„Pokłosie”, czyli Ku-Klux – Klan po polsku

Polska wieś w filmie Pasikowskiego płonie jak kiedyś amerykańskie Południe (kadr z filmu). Fot. MONOLITH

Nowości filmowe. Recenzuje PIOTR SAMOLEWICZ.

Najnowszy film Władysława Pasikowskiego „Pokłosie” opowiada o współczesnej Polsce, czy też raczej o świecie wzorowanym na filmach o amerykańskim Południu z Ku-Klux – Klan w roli głównej? Bardziej to drugie.

„Pokłosie” od początku było wiązane z książką Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” (2000) o zbrodni dokonanej na Żydach w łomżyńskim miasteczku w 1941 roku przez Polaków sprowokowanych do tego przez Niemców. Książka Grossa odbiła się szerokim echem w kraju i za granicą, historycy IPN generalnie potwierdzili ustalenia Grossa o masowym spaleniu Żydów w stodole.

Ale Pasikowski odcina się od inspiracji Grossem. Mówi, że nakręcił film współczesny. Dopowiada, że nie chciał zrobić filmu o polskim antysemityzmie, ale o poszukiwaniu prawdy, o moralnych postawach ludzi wobec zbrodni z okresu wojny, w którą uwikłana jest wiejska zbiorowość.

To nie Hitchcock
Deklaracje bardzo szlachetne, ale rozmijające się z ekranową rzeczywistością. Bo w „Pokłosiu”, przedstawianym jako thriller w amerykańskim stylu, brakuje tego, co najważniejsze w tym gatunku: dużego stopnia prawdopodobieństwa oraz suspensu. Filmy Hitchcocka nie odniosłyby sukcesu, gdyby nie były wiarygodne pod względem psychologicznym i społecznym.

W przypadku Pasikowskiego jest inaczej. Bo czyż za wiarygodne można uznać , że dziś, w Polsce, dokonuje się linczu za ratowanie żydowskich nagrobków? Mało prawdopodobne. Tak samo jak wzniecanie wielkiej pożogi, mające więcej wspólnego z rzeczywistością amerykańskiego Południa z lat 50. ub. wieku, gdzie działał Ku-Klux-Klan , niż z polską, nawet najbardziej zapadłą wsią opanowaną przez piromanów. Reżyser zawodzi też kreując atmosferę osaczenia i napięcia. Sceny, gdy jeden z bohaterów jest zastraszany na drodze i w ciemnym lesie trącają nieporadnością i ostatecznie są naiwnym naśladownictwem amerykańskich wzorów.
Rażą też nielogiczności w scenariuszu. Pasikowski wprowadza do akcji kobietę solidaryzującą się z głównymi bohaterami, gdy w ostatecznym rozrachunku jej rola okazuje się nikła. A ostatnia scena ukrzyżowania na wrotach stodoły jednego z bohaterów trąci fałszywym mistycyzmem i więcej ma wspólnego z satanistycznymi horrorami niż z poważnym dramatem.

Macewy w zbożu
Nowy film Pasikowskiego broni się tylko w kilku punktach. Obrazem macew leżących pośród łanów zboża Pasikowski ociera się o wielkie kino. Na uwagę zasługuje też aktorstwo Ireneusza Czopa jako jednego z braci skonfliktowanych z wsią. Ten łódzki aktor w naturalnym, amerykańskim stylu odgrywa postać człowieka szczerego i odważnego. Estetyczną wrażliwość widzów zaspokajają natomiast znakomite zdjęcia Pawła Edelmana.

Ni dramat, ni thriller
Pasikowski zasłynął przed laty realizując dramat policyjny „Psy”. Film śmiały pod względem zawartości brutalnych scen i kolidujący z ówczesną „polityczną poprawnością”. Jednocześnie wewnętrznie spójny, w rozrywkowej formie stawiający ważne pytanie o miejsce negatywnie zweryfikowanych esbeków w nowej Polsce. „Pokłosie” nie wytrzymuje próby porównania. Bo tam, gdzie powinien być dramatem, jest nieudaną rozrywką, a w miejscu, gdzie powinien być godziwą rozrywką, rości pretensje bycia czymś więcej. Najgorzej, że reżyser nie stawia pytań o kondycję moralną współczesnego człowieka, ale otwiera spojrzenie na negatywne stereotypy o Polakach.

Scen. i reżyseria: Wł. Pasikowski, w rolach głównych Maciej Stuhr, Ireneusz Czop. Polska, 2012.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.