Fatalne pomysły Ferenca

Prezydent Rzeszowa topi pieniądze w słomianych projektach

RZESZÓW. Sprawa kolejki gondolowej, a później nadziemnej to doskonały, wzorcowy wręcz przykład sposobu działania prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca i podległych mu urzędników. Polega on na tym, że najpierw wymyśla się bardzo kosztowny pomysł, a dopiero później dorabia się na siłę jego uzasadnienie, nie licząc z realiami Rzeszowa.

Do pomysłu kolejki gondolowej Tadeusz Ferenc zapalił się w 2008 r. na jednym ze spotkań organizowanych przez Business Centre Club. To właśnie BCC zaangażowało się w promocję pomysłu inżyniera Olgierda Mikoszy – dla jednych szarlatana, dla innych genialnego wynalazcy. Projekt kolejki gondolowej o nazwie MISTER, czyli Miejski Indywidualny System Transportu Elektryczno-Rolkowego, miał według Mikoszy zrewolucjonizować poruszanie się po mieście. Tyle tylko, że system ten nigdzie nie został sprawdzony w praktyce i istniał jedynie na papierze. W dodatku jego koszt miał być ogromny – aż 15 – 20 mln złotych za kilometr kolejki!

Entuzjazm Ferenca osłabł po prezentacji inż. Mikoszy w rzeszowskim ratuszu, kiedy to ekscentryczny wynalazca usiłował przekonywać zebranych, że system ten choć jest tylko pomysłem, jest „całkowicie niezawodny”, nie ma wad i jest bardziej ekonomiczny niż inne środki transportu. Dla większości uczestników spotkania takie teorie były po prostu nawiedzone. Sprawę gondoli zamieciono pod dywan.

Szwajcarska eskapada Ferenca

Nie trzeba było jednak długo czekać, by prezydent zachwycił się kolejnym futurystycznym pomysłem. Na zaproszenie szwajcarskiej firmy, w połowie 2009 r., udał się do jej siedziby niedaleko miasta Chur, aby zapoznać się z testowym, 100-metrowym odcinkiem jednoszynowej kolejki nadziemnej. Samo urządzenie przeznaczone było dla Tajwanu, więc (Chińczycy są niżsi od Europejczyków) wagoniki były bardzo niskie. Oczywiście dla Ferenca to żaden problem i natychmiast po powrocie obwieścił, że w ciągu jednego roku chce rozpocząć budowę kolejki.

Przeanalizujmy więc kolejność wydarzeń. Ferenc najpierw jedzie do Szwajcarii, gdzie daje się ografować i filmować przez lokalną telewizję jako pasażer kolejki. Potem przyjeżdża do Rzeszowa i rozkazuje urzędnikom: budujmy kolejkę, bo się mu spodobała.

Po co ta kolejka?

Nigdzie jednak nie padły podstawowe pytania: Po co Rzeszowowi kolejka nadziemna? Jakie problemy komunikacyjne ma ona rozwiązać? Jakie problemy (finansowe, techniczne, organizacyjne) pociągnie za sobą jej ewentualna realizacja? Prezydentowi nie przyszła też do głowy zwyczajna myśl: może najpierw spróbuję zająć się MPK, z którym mam ciągle problemy, a dopiero potem zajmę się futurystyką.

Takie myśli nie zaprzątały głowy prezydenta z jednego prostego powodu: kolejka nie miała na celu rozwiązywać problemów mieszkańców, ale miała być kolejnym PR-owskim posunięciem Ferenca, obliczonym na poklask tłumu.

Zanim o realności pomysłu zdążyli się wypowiedzieć jacyś eksperci, nie pytając nikogo o zdanie, Ferenc wydał rozkaz: budujemy kolejkę. Gdzie? Trasa się znajdzie. Jaka? Najprostsza.

Współczesny Ochódzki nazywa się Ferenc

Zwróćmy uwagę: ponieważ budowa kolejki wymaga postawienia słupów, na których opiera się cała konstrukcja szyny, trzeba posiadać niezbędne działki. Gdzie miasto nie ma z tym problemów? Nad Wisłokiem… Ot, i całe wyjaśnienie, dlaczego urzędnicy z ratusza na rozkaz Ferenca wysmażyli od ręki bezsensowną 5-kilometrową trasę kolejki biegnącą wzdłuż Wisłoka w kierunku hipermarketów.

Potem pod wpływem krytyki zaczęły pojawiać się kolejne warianty trasy, takie jak np. do kina „Helios”, ale nadal wzdłuż Wisłoka. Koszt

– 50 mln złotych.

– To barejowska rzeczywistość – komentowali radni opozycji działania prezydenta Tadeusza Ferenca, porównując je do kombinacji filmowego prezesa Ochódzkiego ze słomianym misiem.

– Prezydent tak jak prezes Ochódzki chce budować wielkiego słomianego misia nie licząc, ile to będzie kosztowało – grzmieli radni opozycji. – Główny cel tego pomysłu to promocja, ale to będzie drogi gadżet. Mamy coraz to nowe pomysły ratusza, niedawno słyszeliśmy, że na pewno będzie budowana kolejka gondolowa, teraz że kolej jednotorowa, aż się boimy pomyśleć, jaki pomysł będzie obowiązywał wkrótce.

W Szwajcarii prezydent Ferenc zachwycił się kolejnym futurystycznym pomysłem - jednoszynową kolejką nadziemną

Prezydent Ferenc nic sobie z tej krytyki nie robił i nie krył wcale, dlaczego zdecydowano się na taką, a nie inną trasę pierwszego odcinka. – Kierowaliśmy się możliwością rozpoczęcia budowy i własnością terenów – poinformował beztrosko radnych. Tym samym sam przyznał, że chodzi tylko i wyłącznie o to, by budować kolejkę i wydawać ogromne pieniądze, a nie rozwiązać jakiś problem komunikacyjny.Miasto nie czekało więc na opinie specjalistów i wydało 54 tys. złotych na program funkcjonalno-użytkowy kolejki. Te pieniądze wydane lekką ręką przez Ferenca poszły oczywiście w błoto.

Ale przecież naczelne motto Ferenca brzmi: wydawać, wydawać, wydawać!

Unijni eksperci mówią: STOP!

Według kolejnych ujawnionych planów, trasa kolejki miała liczyć 7 km i kosztować aż 85 mln złotych. Połączyłaby dworzec PKP z okolicami stacji Rzeszów – Osiedle i przebiegała al. Rejtana oraz Powstańców Warszawy.

Krytycy punktowali absurdalność pomysłu ratusza. – Na świecie takie kolejki funkcjonują w parkach rozrywki – mówili, przypominając, że jedna kolejka ma zabierać 56 pasażerów. – Najpowszechniej wykorzystywany w komunikacji miejskiej rodzaj autobusu zabiera ich 100. Tymczasem mają funkcjonować zaledwie cztery składy kolejki poruszające się „zawrotną” prędkością 30 kilometrów na godzinę – wyliczali.

Ferenc chciał budować kolejkę w ramach wartego blisko 400 mln złotych projektu „Budowa systemu integrującego transport publiczny miasta Rzeszowa i okolic”. Ma on pomóc gruntownie zmodernizować komunikację miejską. Jednak 85 proc. całej kwoty będzie pochodzić z funduszy unijnych.

I to właśnie unijni eksperci nie zostawili na pomyśle Ferenca suchej nitki. Eksperci uznali, że wielkość nakładów na kolejkę nadziemną w stosunku do osiąganych efektów, czyli ilości przewożonych pasażerów, jest całkowicie nieopłacalna. Groziłoby to odrzuceniem projektu przez Komisję Europejską, a w rezultacie utratą przyznanych wstępnie ogromnych środków.

Tak więc tylko dzięki trzeźwemu oglądowi ekspertów oceniających projekty płynące z ratusza udało się powstrzymać szaleństwo Ferenca. Na jak długo? Prezydent wciąż upiera się, że chce budować kolejkę. Za co? Na razie on sam nie wie. Ale najważniejszy jest przecież nie realny pomysł, a pomysł PR-owski, propagandowy, którym łatwo chwalić się przed mieszkańcami. Gwarancją, że ten absurd się skończy, jest przegrana Ferenca w wyborach. Żaden z jego 4 kontrkandydatów na szczęście nie chce budować kolejki nadziemnej…

Kolejny chybiony pomysł Tadeusza Ferenca to multimedialna fontanna (a właściwie kompleks kilku fontann) na placu przed pałacykiem letnim Lubomirskich. Najpierw z ratusza dochodziły informacje, że takie przedsięwzięcie ma kosztować 4 – 5 mln złotych. Jednak naczelne hasło Ferenca brzmi: wydawać, wydawać, wydawać! Dlatego ta, przecież i tak zawrotna, kwota bardzo szybko urosła do 10 mln złotych.

Według koncepcji ratusza, multimedialna fontanna ma przybrać formę placu o wymiarach 10 na 10 metrów. Na nim pojawi się 400 dysz wytryskujących wodę. Podświetlane urządzenie ma „tańczyć” w rytm muzyki. Woda ma też tworzyć swego rodzaju ekran, na którym wyświetlane byłyby filmy, figury geometryczne i napisy. Obok powstałoby kilka bardziej klasycznych w formie fontann, w tym największa o powierzchni 200 mkw.

Czemu ma służyć takie kosztowne przedsięwzięcie? Zwłaszcza w sytuacji, gdy za 10 mln złotych można zbudować 4 bloki komunalne, z których każdy liczy 22 mieszkania! Odpowiadamy: takie PR-owskie przedsięwzięcia służą jedynie chwaleniu się Ferenca przed mieszkańcami miasta. To czysta kampania wyborcza, robiona jednak niestety za pieniądze podatników.

Stanisław Małkowski

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments