5-latek mógł umrzeć z powodu durnych przepisów

Baza podkarpackiego Lotniczego Pogotowia Ratunkowego znajduje się w Sanoku. Służbę pełni “od wschodu do zachodu słońca”. Fot. Wit Hadło

KRAJ. PODKARPACIE. Lotnicze pogotowie nie przewiozło ciężko rannego dziecka ze szpitala do szpitala, bo… zabraniają mu tego przepisy.

Do szpitala w Gostyniu trafił chłopiec z wypadku, lekarze podejrzewając ciężkie obrażenia wewnętrzne chcieli przewieść go do specjalistycznej placówki w Poznaniu, gdzie w dodatku stacjonuje Lotnicze Pogotowie Ratownicze. Miało być szybko i bezpiecznie, bo lotnicza karetka dystans 90 km pokonuje w 23 minuty, żadna inna karetka nie jest w stanie poruszać się z prędkością 240 km na godzinę. Niestety. Pogotowie odmówiło przylotu po rannego chłopca. Powód? Przepisy.

5-latek z rozległymi obrażeniami jamy brzusznej i klatki piersiowej, podejrzeniem zmiażdżenia nerki i stłuczenie płuca musiał czekać cztery godziny na załatwienie innego transportu sanitarnego. Na szczęście przeżył to opóźnienie. Dlaczego jednak LPR, który wylatując do różnego typu wypadków potrafi wylądować na drodze czy polu w tym przypadku odmówił przylotu?

Przepisy ponad wszystko
Takie są przepisy lotnicze. Transportując chorego ze szpitala do szpitala możemy lądować jedynie na lądowiskach zalegalizowanego przez Urząd Lotnictwa Cywilnego i miejscach, które noszą znamiona lądowisk i znajdują się w instrukcji operacyjnej pogotowia. Transport pacjentów z wypadków drogowych i innych nagłych zdarzeń podlega innym regulacjom – mówi Justyna Sochacka, rzecznik Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Warszawie.

Na Podkarpaciu przyszpitalne lądowiska są przy wszystkich większych szpitalach. W Rzeszowie, Mielcu, Sanoku, Przemyślu, Stalowej Woli, Krośnie. Gdyby jednak pomocy w przewiezieniu wymagał chory znajdujący się w szpitalu w Leżajsku wystąpiłby podobny problem, bo ta placówka niema przyszpitalnego lądowiska. Jak to więc jest? Niby mamy najnowocześniejszą flotę ratowniczą, a w przypadku konieczności nagłego wylotu ogranicza nas głupi przepis. W dodatku chodziło o dzienny lot, przy pełnej widoczności. Dla doświadczonych pilotów “siadanie” w dzień na boisku szkolnym nie powinno być żadnym problemem. Tu nie miało zastosowanie powiedzenia, że “liczy się także bezpieczeństwo ratujących”

***
W tym przypadku zawiodło wiele rzeczy. Po pierwsze gostyński szpital powinien mieć karetkę, która mogłaby natychmiast wyjechać z pacjentem do innej placówki (a nie miała), konieczność ściągania jej z oddalonego o kilkadziesiąt km szpitala jest sama w sobie skandalem. Jeszcze większym skandalem jest jednak odmówienie wylotu w takiej sytuacji lotniczego pogotowia. W takiej sprawie aż chce się bowiem powiedzieć ”przepisy są po to by je łamać” .

Anna Moraniec

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.