Alkohol zmienił ich w bestie

W ciągu ostatnich 10 lat, na Podkarpaciu dokonano 198 zabójstw. Do wielu z nich nie doszłoby, gdyby nie… wóda.

Co roku, na Podkarpaciu dochodzi do około 20 zabójstw. Za spust, siekierę lub nóż sięgają zazwyczaj najbliżsi i znajomi ofiar, a zbrodnię poprzedza wspólne picie alkoholu. Policyjne i sądowe akta pełne są opisów morderców, którzy zanim zabili, prowadzili względnie normalne życie. Nie urodzili się przestępcami. W bestie zmienił ich alkohol.

Życie można stracić z powodu kilku złotych, papierosa, kieliszka wódki albo kolejnej rodzinnej kłótni. Każdy powód jest dobry. Wystarczy chwila, błędny gest, zła odzywka, krzywe spojrzenie i ludzie, których znamy od lat, zmieniają się w brutalnych zabójców.

W ciągu pięciu ostatnich lat, na Podkarpaciu odnotowywanych było około 20 zabójstw rocznie. Najmniej było ich w 2007, bo jedynie 12. Najwięcej, rok później, bo aż 26. W sumie od śmiertelnego ciosu w ciągu ostatniej dekady zginęło 198 osób. Sprawców wykryto w 184 przypadkach. Najczęściej byli to synowie, ojcowie, bracia współlokatorzy lub po prostu kumple od kieliszka.

Domowe piekło

Podkom. Paweł Międlar, rzecznik podkarpackiej policji nie pozostawia wątpliwości, że do zbrodni najczęściej dochodzi w domowych zaciszach. – Zabójstwa, do których dochodzi na ulicach, w dyskotekach, zakładach pracy to u nas rzadkość – mówi policjant. – 95 procent przypadków to zabójstwa, których dopuszczają się znajomi i bliscy ofiar. Najpierw piją razem alkohol, potem dochodzi do kłótni z byle powodu, a potem padają śmiertelne ciosy. Może trudno w to uwierzyć, ale sprawcy tych zabójstw nie są wcale społecznie niebezpieczni. Zabili w afekcie. Poza domem nie byliby zdolni skrzywdzić nikogo obcego.

Zabójcy, którzy trafili już przed oblicze sądu nie są zazwyczaj w stanie odpowiedzieć na pytanie, co pchnęło ich do zadawania śmiertelnych ciosów.

- Niech mi ktoś wytłumaczy, co się ze mną działo – prosił nie tak dawno przed tarnobrzeskim Sądem Okręgowym zabójca schorowanego ojca. – Może zbada mnie jakiś lekarz, który mi to wyjaśni?! – apelował 53-latek, który w alkoholowym amoku skatował 86-letniego staruszka.

Sprawca śmierci własnego ojca od lat opiekował się seniorem. Tragicznego dnia, zabrakło mu jednak kilku złotych na alkohol, wściekł się na 86-latka i zakatował go na śmierć. Potem trzy dni pił nad jego zwłokami, zanim powiadomił o zbrodni policję. Biegli psychiatrzy, którzy badali mężczyznę uznali, że nie cierpi on na żadne zaburzenia psychiczne. Demony obudził w nim alkohol. Narastająca frustracja z nieudanego życia i tłumiona agresja pękły w chwili, gdy był kompletnie pijany. Upustem tych złych emocji było wyładowanie się na ojcu.

Oduczył picia “na krzywy ryj”

Przez alkohol życie stracił także 39-letni mieszkaniec Stalowej Woli. Mirosław W. lubił pić, ale nie miał za co, bo nie pracował. Wpraszał się więc tam, gdzie stawiano na stole pełne butelki. Feralnego dnia zapukał do drzwi, za którymi pił jego przyszły zabójca. Dramat rozegrał się w centrum Stalowej Woli. Mirosław W. i Adam K., który od kilku miesięcy odsiaduje już wyrok za zabójstwo kompan mieszkali po sąsiedzku. Często razem pili. Jak ustalili śledczy, a podczas procesu potwierdzili także świadkowie, tragicznego dnia Adam K., wściekł się, że sąsiad znów wprosił się do niego bez swojej flaszki. W trakcie imprezy skopał mężczyznę do nieprzytomności i półnagiego w kałuży krwi zostawił na korytarzu odgrażając się, że raz na zawsze oduczy go picia “na krzywy ryj”.

Na sali sądowej mężczyzna siedział pokorny jak baranek. Jego konkubina, wypowiadała się o nim w samych superlatywach. – To bardzo dobry człowiek, opiekował się mną, utrzymywał. Złego słowa o nim nie powiem – mówiła młoda kobieta i zaprzeczała, by kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się w paść w taką złość.
O tym, jaką bestią stawał się po alkoholu Adam K. chętnie opowiadali wspólni znajomi kata i ofiary. – Każdy się go wtedy bał. Lepiej było nie wchodzić mu w drogę – mówiła sąsiadka denata. – Po wódce był po prostu nieobliczalny.

Zarąbał współlokatora

Tragiczny scenariusz z alkoholem w tle miało także jedyne zabójstwo, do którego doszło na Podkarpaciu w 2011 roku. W styczniu, w Jedliczu, nad brzegiem Jasiołki odkryto zwłoki z poderżniętym gardłem i tak zmasakrowaną głową, że nikt nie był w stanie rozpoznać denata. Tożsamość 49-letniego Władysława G. udało się ustalić dopiero po tym, gdy przy nieżyjącym znaleziono kwity ze skupu złomu i rozpytano o niego kolejne osoby.

Do zbrodni doszło 19 stycznia. Władysław G. mieszkał od kilku tygodni u 60-letniego Zygmunta W. I jeden i drugi byli samotni, a zimą, przy kielichu było im raźniej. Feralnego dnia, wypili w sumie trzy wina. Potem lokator wyszedł po zakupy, a gospodarz zajął się gotowaniem zupy. Obiad minął spokojnie, a pod wieczór mężczyznom znów zachciało się pić. Młodszy poszedł po nalewkę, kilkadziesiąt minut później, butelka jest już prawie pusta. Współlokatorzy kładą się do łóżek i dochodzi między nimi do kłótni. Podczas wizji lokalnej 60-latek przyznał, że miał pretensje, że kompan sam dopija butelkę i nie chce się z nim podzielić. Wkurzył się też, gdy ten zwymiotował obok materaca, który mu odstąpił. Gospodarz zawiesza jednak awanturę i pozwala zasnąć Władysławowi G. Gdy 49-latek chrapał w najlepsze, Zygmunt W. wziął siekierę i uderzał tyle razy, aż z karku trysnęła krew. Zwłoki przeciągnął do sąsiedniego pomieszczenia, nałożył na głowę worek. Dwa dni później, 21 stycznia postanowił pozbyć się zwłok. Zawinał zwłoki w dywan, przerzucił je przez rower i pojechał nad rzekę, by się ich pozbyć.

Skatować na śmierć

Druga z tegorocznych tragedii, którą jednak prokuratura nie zakwalifikowała jako zabójstwo, ale pobicie ze skutkiem śmiertelnym to śmierć 34-letniego Konrada T. 1 kwietnia, w Tarnobrzegu mężczyzna wracał w nocy z kolegą z knajpy. Zaczepiło ich trzech pijanych bandytów. Zaczęło się od zaczepki o papierosa, a skończyło na bestialskim pobiciu. 21-letni Kamil S. miał już pare wpisów w policyjnej kartotece, nie chodziło jednak nigdy o pobicia, ale akty wandalizmu. Tragicznej nocy wracał pijany od koleżanek. Na Konrada napadł bez żadnego ostrzeżenia. Bił, kopał dotąd, aż tamten stracił przytomność. Matka i sąsiedzi 21-latka przyznają, że na co dzień był miłym człowiekiem, to po alkoholu budziły się w nim demony. Wpadał w szał. Był niebezpieczny do tego stopnia, że trzeba go było przytrzymać aż piana przestanie mu lecieć z ust. Feralnej nocy nie miał kto powstrzymać bestii, która się w nim obudziła i doszło do dramatu. Konrad T. osierocił żonę i dwoje dzieci.

Specjaliści badający chorobę alkoholową nie mają wątpliwości, że jednym z jej objawów są zmiany osobowości alkoholików. Nie jest jeszcze źle, gdy z osoby nieśmiałej zmienia się on Don Juana, gorzej, gdy z Doktora Jekyll’a wychodzi Mr. Hyde.

Małgorzata Rokoszewska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.