Armia dostała „Kraby”, premier „donaldówkę”

Takie lufy kalibru 155 mm, za ciężkie miliony kupuje nasza armia w Hucie Stalowa Wola. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Wątpliwości zostały rozwiane. Szef rządu zapewnił, że Huta Stalowa Wola nadal będzie samodzielnym podmiotem.

Huta Stalowa Wola w najbliższej dziesięciolatce może liczyć na zamówienia ze strony naszej armii warte nawet 7,5 mld zł. Z informacją taką na posiedzenie rządowo-związkowego zespołu ds. HSW przyjechał w piątek premier Donald Tusk. Premier tak rozczulił związkowców wielkością zamówień, że ci podarowali mu „donaldówkę”, wielką rurę, z którą jeździli na manifestacje do Warszawy, gdy Huta chyliła się ku upadkowi. Raz ze związkowcami na antyrządową manifestację wybrał się prezydent miasta i podejrzewa, że dlatego nie został zaproszony teraz na piątkowe spotkanie z premierem.

Zespół ds. HSW został powołany w 2009 r., podczas wielkiego kryzysu w branży maszyn budowlanych. Kierował nim szef Agencji Rozwoju Przemysłu, a efektem prac tego kolegium było m.in. sprzedanie Chińczykom części cywilnej Huty. Pieniądze z tej transakcji zasiliły część zbrojeniową i HSW w ciągu krótkiego czasu, z maleńkiego zakładu zbrojeniowego urosła do potentata. Armia właśnie kupiła dywizjon ogniowy armatohaubic 155 mm „Krab” za cenę kilkuset milionów.

Huta nie dla Bumaru
Rząd za „Kraby” płaci, więc premier miał prawo obejrzeć je w akcji. Strzelały w piątkowy poranek z ośmiu luf, ale nie na maksymalne odległości. Na wszelki wypadek z okolicznych lasów usunięto grzybiarzy, a zwierzyna przy pierwszym huku sama uciekła. Zespół ds. huty zebrał się w najsilniejszym składzie, z premierem i prezesem ARP, i spodziewano się jego rozwiązania. Nikt jednak takiego wniosku nie złożył i „zespół Tuska” pracuje dalej. Najistotniejsza informacja z jego piątkowego posiedzenia jest taka, że Bumar nie wchłonie HSW. Bumar jest prawie krajowym monopolistą w handlu bronią, ale ma deficyt w kasie i Huta z pieniędzmi od Chińczyków oraz zamówieniami od MON, byłaby dla niego zbawieniem. Wystarczyłoby, żeby rząd podjął taką decyzję. – HSW, która wyszła na prostą, nie będzie ratunkiem dla gorszych firm – powiedział premier, a załoga huty będzie o tym zapewnieniu pamiętać.

Czy rząd jest pamiętliwy? Zdaniem prezydenta Stalowej Woli, tak. Z premierem do Stalowej Woli przyjechało kilku ministrów, nie brakowało posłów z PO, była wojewoda, a nie było prezydenta miasta. W sąsiednim Tarnobrzegu, premier spotkał się z prezydentem, a w Stalowej Woli nie. – Bo nie dostałem zaproszenia – wyjaśniał swoją nieobecność na spotkaniu z premierem prezydent Andrzej Szlęzak. – Pewnie zapamiętali mi tamte protesty z początku 2009 r. Nie tylko huta była wtedy w kryzysie i musieliśmy się jakoś bronić. Grunt, że huta ma się dobrze i płaci do miasta podatki. Kurtuazja tu się nie liczy.

„Donaldówka” pojechała do Warszawy
Szlęzak się kiedyś wybrał na manifestację ze związkowcami z HSW do Rzeszowa. Pod Urzędem Wojewódzkim spalili kilka opon i w świat poszła informacja, że w Stalowej Woli żarty się skończyły. Związkowcy potem jeździli jeszcze do Warszawy, a zabierali ze sobą rurę, w której odpalali petardy. Najczęściej rura grzmiała pod Urzędem Rady Ministrów, więc na cześć najważniejszego urzędnika URM nazwali ją „donaldówką”. Kiedyś policja zabrała im „donaldówkę”, a związkowcy długo musieli tłumaczyć się prokuratorowi, że nie zamierzali zabić premiera. Teraz topór wojenny został zakopany i związkowcy dali premierowi słynną rurę.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.