Bez wyłącznika ani rusz

- Ja do premiera, do wojewody napiszę! - grzmiała radna Maria Rehorowska, gdy koledzy z samorządowych ław namawiali przewodniczącego by zabrał jej mikrofon. Fot. Autor

STALOWA WOLA. Jak można paraliżować obrady lokalnego parlamentu? Wystarczy mówić i nie przejmować się pogróżkami przewodniczącego. Posłowie mogą się uczyć od radnej.

Takiego cyrku, jak na poniedziałkowej sesji Rady Miejskiej, już dawno nie było. Zwykle z sesji zapamiętywane były spory prezydenta z radnymi. W miniony poniedziałek radni pożarli się między sobą. Do jatki doszło między 22. wybrańcami, a jedną Marią Rehorowską, która też jest posiadaczką mandatu, ale do tego chciała jeszcze przejąć na własność mikrofon. Mikrofon dalej jest publiczny, ale dziw, że się nie zepsuł podczas dwugodzinnych prób wyrwania go radnej.

Radna Rehorowska zdążyła już przyzwyczaić radnych i mieszkańców do oryginalnych wystąpień na posiedzeniach miejskiego parlamentu. Lubi powiedzieć, co jej na rajcowskim sercu leży i nie zważa przy tym na program sesji. Krótko mówiąc, mówi kiedy chce i co chce. Najczęściej wylewa łzy nad losem dyskryminowanych – jej zdaniem – dzielnic Rozwadów i Charzewice, z których została wybrana.

Przerwa za przerwą
Jednym z punktów ostatniej sesji było dokapitalizowanie Inkubatora Technologicznego. To swego rodzaju nowoczesna wizytówka miasta, na którą magistrat sporo wydał, ale w perspektywie IT ma zarabiać duże pieniądze. Radnej z Charzewic nie spodobało się to, że radni lekką ręką wydają miliony na Inkubator, a nie dają chociażby na naprawę dróg w Rozwadowie. – Wydaje mi się, że żyję w dwóch różnych światach – zaczęła emerytowana nauczycielka. – Wyjeżdżając na sesję widzę, jak mieszkańcy Rozwadowa wylewają wodę na ulice, bo nie mają kanalizacji, a z drugiej strony, już na sesji, patrzę jak koledzy radni lekką ręką szastają milionami na inkubatory, biblioteki czy różne inne budowle, na które stać tylko bogate miasta, a nie takie, z którego młodzi ludzie uciekają.

Radni przełknęli tę pigułkę, a gdy radna kontynuowała swój wywód, zaczęli „organizować sobie zajęcia w podgrupach”. Ale ile można wypić kaw z automatu!? Po kilkudziesięciominutowej tyradzie, przewodniczący zaczął przywoływać radną do porządku. Nie udało mu się to, więc zarządził 10-minutową przerwę. Po powrocie okazało się, że radna dalej dzierży mikrofon i nie zamierza odpuścić. Znów długi wywód i kolejna przerwa. W jej trakcie przewodniczący Klubu PiS próbował przywołać radną do porządku. Na nic. Radna jeszcze bardziej się zacietrzewiła i zaczęła kolegów z ław straszyć Bogdanem Borusewiczem, którego zna i do którego napisze. Przewodniczący Antoni Kłosowski dramatycznie złapał się za serce i wyszedł z sali, oddając prowadzenie swemu zastępcy. Trzecia przerwa, podczas której radni próbowali namówić dziennikarzy do wyjścia, a wtedy radna nie miałaby do kogo mówić i musiałaby przerwać orację. Bogu ducha winni dziennikarze nie chcieli na to przystać, tym bardziej, że sensacja wisiała w powietrzu.

Ja wam jeszcze pokażę!
I nie wiadomo ile by taki cyrk trwał, gdyby któryś z radnych nie popisał się sprytem podczas trzeciej przerwy. Otóż „poginęły” wtedy przenośne mikrofony i ostały się tylko dwa stacjonarne, nad którymi władzę ma przewodniczący. Ale, ale! Radna Rehorowska dała za wygraną tylko na chwilę, a gdy doszło do debaty nad kolejnym punktem, znów zabrała głos i znów zaczęła o Rozwadowie, choć punkt był na zupełnie inny temat. Wtedy radni zaczęli wychodzić z sali. I nie była to pierwsza taka sytuacja. Maria Rehorowska już raz doprowadziła kolegów radnych do rozpaczy. Wtedy uchwalili regulamin wystąpień, ograniczając ich czas do 3., najwyżej 5. minut. Ale kto by się tym przejmował! Póki przewodniczący nie będzie miał wyłącznika do mikrofonów, Rada będzie miała problem.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.