Biznes w domu wójta

Krzysztof Klecha, wójt gminy Dzikowiec: - Jeśli powstałaby ta biogazownia i uruchomiłaby rozwój tej gminy, to ja i moja rodzina moglibyśmy oczekiwać jednego słowa: przepraszamy. Ale nawet tego nie ma co się spodziewać. Fot. Autor

Dom wójta był… siedzibą spółki, która ma w planach budowę na terenie Dzikowca biogazowni rolniczej i elektrowni fotowoltaicznej. Żeby było mało, pojawiły się informacje, że prawo do dysponowania 95 proc. udziałów w tejże spółce posiada… żona wójta.

Dlaczego spółka „Bioenergia Dzikowiec”, która chce budować biogazownię i elektrownię fotowoltaiczną, miała swoją siedzibę w domu wójta? Dlaczego biogazowni w Dzikowcu umorzono decyzję środowiskową? Czy żona wójta ma pełnomocnictwo do 95 proc. udziałów w „Bioenergii”? Tych pytań jest sporo, kontrowersji nie mniej…

A wszystko zaczęło się od tego, kiedy do wójta Krzysztofa Klechy zgłosił się inwestor z Gdyni z propozycją budowy w Dzikowcu biogazowni rolniczej o mocy 0,5 MW.

Dlaczego umorzono decyzję środowiskową?
– Firma MHB wystąpiła do nas z wnioskiem o wydanie decyzji środowiskowej – wspomina Klecha. – W związku z tym, że złożyła wszystkie niezbędne dokumenty, nie mogłem nie wszcząć tej procedury, musiałem to zrobić. Dlatego też wystąpiłem do Sanepidu i Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Gremia te uznały, że nie należy przeprowadzać oceny oddziaływania na środowisko, a postępowanie w tym zakresie należy umorzyć.

Powód? – Okazało się, że biogazownie o mocy 0,5 MW nie są ujęte w ministerialnym rozporządzeniu w sprawie inwestycji mogących w znaczący sposób pogorszyć stan środowiska – przekonuje wójt. – Mając to umorzenie w ręku, firma MHB wystąpił do mnie o decyzję o warunkach zabudowy. Po otrzymaniu niezbędnych materiałów od inwestora nasz urbanista gminny przygotował projekt decyzji. Ponieważ nikt nie złożył żadnych odwołań i wszystkie opinie były pozytywne, gmina wydała decyzję o warunkach zabudowy.

W międzyczasie firmę MHB zastępuje spółka „Bioenergia”
Rozochocony inwestor postanowił, że zainwestuje również w budowę elektrowni fotowoltaicznej w Nowym Dzikowcu. – W związku z tym, że taka elektrownia słoneczna miałaby mieć moc 1,5 MW, wymagana była decyzja środowiskowa. I takowa została wydana przez RDOŚ i Sanepid. Mając to w ręku, inwestor wystąpił z wnioskiem o wydanie decyzji o warunkach zabudowy, właśnie w tych dniach ma się ona uprawomocnić – podkreśla Klecha.

W pewnym momencie miejsce MHB zajęła spółka „Bioenergia Dzikowiec”. Po co? – Firma z Gdyni ma tereny przy drodze wojewódzkiej Dzikowiec-Raniżów. Jest tam również grunt gminny: taki ugór o powierzchni ośmiu arów, stanowiący drogę polną, której i tak nikt nie używa – mówi wójt. – Firma zaproponowała więc, żeby gmina wniosła ten ugór aportem do spółki i żeby współtworzyła z firmą MHB coś w rodzaju przedsiębiorstwa publiczno-prywatnego.

Siedzibą inwestora był pokój w domu wójta
- Rada Gminy podjęła jednomyślnie podjęła uchwałę o utworzeniu spółki „Bioenergia Dzikowiec”, w której mamy pięć procent udziałów w formie gruntów, resztę ma inwestor z Gdyni – wspomina Klecha. – Naznaczono też cel: budowę i eksploatację odnawialnych źródeł energii: biogazowni rolniczej i elektrowni fotowoltaicznej. Udziałowcy spółki mieli jeden dylemat. – Poszukiwali jakiegoś punktu kontaktowego, jakieś biura z telefonem i faksem, do którego ma przychodzić korespondencja i które będzie działać w określonych godzinach.

– Przeanalizowano sytuację w Kolbuszowej. Wynajęcie takiego biura z pracownikiem kosztuje miesięcznie kilka tysięcy złotych. Spółka nie miała żadnych dochodów, stąd zwróciła się o pomoc do mnie i mojej żony. Wyraziliśmy zgodę. Stwierdziliśmy, że możemy wynająć pokój za symboliczną opłatą, dopóki firma się nie rozkręci. I gdzie tu przestępstwo? Przecież tylu ludzi wynajmuje swoje mieszkania, a nawet całe domy.

Wójt: – Nie żałuję tego, to nie przestępstwo
- Teraz jednak ta spółka nie ma już siedziby w moim domu, rozwiązaliśmy umowę. Znalazła sobie nowe lokum na terenie Kolbuszowej – zaznacza nasz rozmówca. – A więc afera pod tytułem „wynajęcie przez spółkę pokoju w domu wójta” już się skończyła. Czy żałuję, że wynająłem pokój tej spółce? A dlaczego mam żałować? Jakie to przestępstwo? Przedsiębiorcom, którzy mają pomysł i pasję warto podać rękę na początek. Tak też zrobiłem.

- Proszę sprawdzić, w ilu domach starostów wójtów czy burmistrzów prowadzona jest działalność gospodarcza. Ilu samorządowców wynajmuje swoje nieruchomości? Wielu. Tego nikt nie piętnuje. Tutaj stworzono aferę z rzeczy zupełnie prozaicznych. Że żona wynajęła pokój? Że im pomogła? Nie rozumiem tego. Przeżyłem w tej gminie wiele, ale nie pamiętam takiej medialnej nagonki na mnie i moją rodzinę. Najgorsze jest to, że nie czujemy się winni.

„Nie jestem słoniem, a moja żona nie jest pełnomocnikiem”

Kiedy pytamy, czy to prawda, że Renata Klecha ma prawo do dysponowania 95 proc.
udziałów w „Bioenergii Dzikowiec”, wójt odpowiada: – Po raz kolejny oświadczam, że „nie jestem słoniem” i ani ja, ani moja żona, ani nikt z mojej rodziny nie ma w tej spółce nawet jednego udziału. Pojawiły się też informacje, że moja żona jest pełnomocnikiem tej spółki. Otóż nie jest. Spółka nie dała nikomu, w tym i mojej żonie, żadnego pełnomocnictwa.

Wójt jednak przyznaje, że jego małżonka miała prywatne pełnomocnictwo do czynności notarialnych, ale w imieniu zupełnie prywatnych osób, przed założeniem tej spółki. – Osoby te prosiły moją żonę, aby w ich imieniu dokonała założenia tej spółki, tak, żeby nie musiały przyjeżdżać do Dzikowca z Gdyni, aby podpisywać akt notarialny. Okazało się, że to pełnomocnictwo ma wadę prawną i żona nie może z niego w ogóle korzystać – dodaje.

„Zawiść, chamstwo, pomówienia i kompletna niewiedza”
- Chodzi o to, że takie pełnomocnictwo można udzielić wyłącznie radcy prawnemu, adwokatowi czy mecenasowi. Moja żona nie spełnia tych warunków – precyzuje wójt. – W związku z tym jej pełnomocnictwo do założenia spółki „Bioenergia Dzikowiec” nie mogło być używane i nie było. Tymczasem nieprawdopodobna zawiść, chamstwo, pomówienia i kompletna niewiedza na ten temat spowodowała burzę, wydaje mi się, że w szklance wody.

- Trudno, zdzierżyłem wiele, więc zdzierżę i to. Czy myślę nad pozwami sądowymi? Nie. Przez 22 lata pracy publicznej przeszedłem wiele protestów. Ja ludzi szanuję i dopuszczam krytykę na każdy temat. Choć tutaj oskarżenia pod moim adresem są poniżej poziomu jakiejkolwiek krytyki. Boli mnie, że odbija się to na moich bliskich – kończy wójt Dzikowca.

Paweł Galek

do “Biznes w domu wójta”

  1. dzikowianin

    Oj chodził Krzysiu po wsi i skupywał działki. „Zachęcał” jak mógł!!!

  2. ROMAN

    nie rozumiem- dlaczego Pan wójt nie może prowadzić w domu interesu – może jeszcze złoży wniosek i dostanie dofinansowanie z Uni- jak ma pomysł to działa nie ?

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.