Byłem przekonany, że nie zostanę w Rzeszowie

Fot. Wit Hadło

III LIGA. Rozmowa z JANUSZEM NIEDŹWIEDZIEM, trenerem Stali Rzeszów.

– Jest pan usatysfakcjonowany z tego, co udało się osiągnąć w pierwszym półroczu pracy przy Hetmańskiej?
– Przede wszystkim jestem zadowolony z tego, że zdołaliśmy szybko poukładać na nowo drużynę. Myślę, że to ewenement – do zespołu dołączyło aż 21 nowych piłkarzy i to w okresie wakacyjnym, kiedy czasu na budowę jest niezwykle mało. Pozycja wyjściowa przed rundą wiosenną jest dobra, choć nie ukrywamy, że czujemy niedosyt. Można było pokusić się o więcej zwycięstw, stać nas było na to.

– Przegraliście tylko raz, z Avią Świdnik. To, pod względem sportowym, był najgorszy moment?
– Bardziej żal remisów w Daleszycach czy z Podlasiem Biała Podlaska u siebie. Podobnie szkoda podziału punktów z Hutnikiem. Po przerwie krakowianie zagrali lepiej niż do przerwy, w której ich zdominowaliśmy, ale zdobyli bramkę z ewidentnego spalonego. Teraz nikt o tym nie pamięta, a nasza wygrana w tamtym meczu z dzisiejszej perspektywy zmieniłaby wygląd tabeli.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że Stal – pomimo kolosalnej rewolucji – spisuje się świetnie, bo to „tylko” 3. liga. Np. na zapleczu ekstraklasy takie wietrzenie szatni mogłoby już nie przynieść podobnego rezultatu.
– Moim zdaniem, nie ma większego znaczenia, który byłby to poziom rozgrywkowy. Kluczem jest odpowiednia praca, pomysł na grę, dobrani zawodnicy oraz to, jak funkcjonuje sam klub i jakie stwarza warunki.

– Najwięcej bramek strzelił Tomasz Płonka, sporo zamieszania robi też choćby Dominik Chromiński, ale, moim zdaniem, centralną postacią nowej Stali jest Adrian Ligienza.
– Wiele osób często patrzy tylko na wykończenie akcji, natomiast bez przemyślanej gry od tyłu wiele sytuacji nie doszłoby w ogóle do skutku. Adrian to w zespole tak samo ważna osoba jak każdy inny piłkarz. Razem z Wojtkiem Reimanem mają być mózgiem, regulować grę i decydować o kierunku akcji. W Stali najważniejszy jest zespół i to, jak funkcjonujemy jako całość.

– Na pewno łatwiej negocjuje się Wam dziś z potencjalnie nowymi piłkarzami. W świat poszła informacja, że biało-niebiescy to zorganizowana, wypłacalna firma. No i poparte jest to wszystko wynikiem sportowym.
– Owszem, pół roku temu było trudniej. Teraz wszyscy zobaczyli ile dobrego wydarzyło się w naszym klubie i dołączając do nas mogą zrealizować swoje plany i marzenia. Jesteśmy wiarygodni, mamy wizję i plany na najbliższe lata, działamy profesjonalnie. Jesteśmy stabilni finansowo i sportowo, a także drużyna ma swój styl, który powoduje rozwój umiejętności piłkarzy.

– Jak więc rozumiem, możemy się spodziewać małych przetasowań w składzie przed rundą rewanżową?
– Chcemy wzmocnić rywalizację niemal na każdej pozycji. Przez to kilku zawodników się z nami pożegna. Nie potrzebujemy bardzo szerokiej kadry, bo to nie sprzyja funkcjonowaniu zespołu. Liczy się dla nas jakość. Jednakże z czystym sumieniem każdego piłkarza, który kończy z nami współpracę, możemy polecić do innego klubu. Zawodnicy pod każdym względem: taktycznym, motorycznym czy mentalnym są przygotowani do gry w piłkę.

– Gdy obejmował pan Stal, mówiło się o tzw. planie dwuletnim. Ewentualny brak awansu do II ligi już teraz, mimo wszystko, będzie dużym rozczarowaniem?
– Wierzymy, że przy odpowiedniej pracy wszystkich w klubie jesteśmy w stanie dokonać tego już w pierwszym roku pracy. Idea jest taka, żeby w ciągu 3 lat trafić na zaplecze ekstraklasy. Właśnie z tego powodu zrezygnowałem z klubu, w którym miałem wszystko poukładane i wyjechałem od rodziny, która została w Nowym Targu. Ambitne plany Stali i moje osobiste jako trenera pokrywają się idealnie, chcemy być wyżej.

– Domyślam się, że dużą rolę odegrała osoba prezesa Rafała Kalisza.
– Mogę powiedzieć uczciwie, że przyjeżdżając na rozmowę do Rzeszowa byłem przekonany, że tu nie zostanę. Obiecałem sobie, że kolejny krok w karierze trenerskiej to będzie wyższa liga niż trzecia. Po 2 godzinach rozmowy z prezesem stwierdziłem, że chcę tu pracować. Daliśmy sobie czas, by móc wspólnie rosnąć, w międzyczasie porządkując wszystkie sprawy i układając drużynę.

– Możemy dziś powiedzieć, że Stal to najlepiej zorganizowany klub w III lidze?
– Nie wiemy do końca, jak jest gdzie indziej, ale z doświadczenia i znajomości drużyn w Polsce na tym szczeblu myślę, że tak. Jesteśmy też świadomi, ile jeszcze brakuje, ale to co już udało się stworzyć pozwala tak myśleć. Co więcej, wszyscy w klubie jesteśmy ludźmi, którzy wierzą w etos pracy. W dłuższej perspektywie takie podejście musi zaprocentować. Dziś gramy w 3. lidze, ale już jesteśmy gotowi na poziom wyżej.

– Niestety, taka murawa w II lidze, nie przystoi. Nie wspominając np. o zapleczu ekstraklasy.
– Do grania w piłkę potrzeba dobrych warunków treningowych i meczowych. To coś, bez czego nie można funkcjonować w dłuższej perspektywie. Gra naszej drużyny bazuje na wielu podaniach po ziemi, więc stan boisk jest dla nas sprawą kluczową.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do tragicznego wydarzenia, którym żyła cała Polska. Wiem, że nie brzmi to zbyt poprawnie, ale śmierć Krystiana Popieli, w pewnym sensie spowodowała, że Stal szybciej dojrzała jako drużyna. Pod każdym względem.
– Rozumiem, co ma pan na myśli. W trudnych chwilach ludzie się jednoczą, panuje większe zrozumienie i wzajemna tolerancja. Gdy dowiedzieliśmy się o wypadku i śmierci Krystiana… to było coś niewyobrażalnego. Nikt nie uczy tego na żadnych kursach, nie przeczyta się tego w żadnej książce – jak, będąc trenerem, wejść do szatni i spowodować, by zaszklone oczy poczuły trochę otuchy i żeby piłkarze wyszli w ogóle na trening. Była to dla nas wszystkich ekstremalnie trudna chwila. Mamy Krystiana cały czas w pamięci i chcemy go uczcić najlepiej jak możemy: dobrą postawą na boisku. Ten sezon dedykujemy właśnie jemu.

– Jak wrażenia z niedawnego stażu we włoskiej Fiorentinie?
– Pouczające! Każdy dzień, każda rozmowa były na wagę złota. Pojechaliśmy tam, by poznać inne spojrzenie na futbol. Główna różnica polega na świadomości zawodników. Piłkarze na treningu każde podanie traktowali bardzo poważnie, ważny był każdy szczegół. Są również różnice taktyczne, które są zauważalne już po kilku minutach treningu.

– A może w Polsce za bardzo zaczynamy się skupiać na wszystkim poza treningami?
– Ostatnio czytałem wypowiedź jakiegoś trenera, który mówił, że zmorą naszych czasów jest to, że zawodnicy myślą o wszystkim wokół: jedzeniu, treningach mentalnych, siłowni itp. Tak dużo energii poświęcają na pozaboiskowe czynności, że nie wystarcza im energii na to, co najważniejsze, czyli trening z drużyną. To co robisz poza treningiem jest bardzo ważne, ale nie może być ważniejsze od zajęć z drużyną.

– Gdyby miał pan możliwość umówienia się na kawę z dowolnie wybranym szkoleniowcem, na kogo by padło?
– Pepa Guardiolę. Jest najlepszy na świecie pod względem kompleksowego przygotowania drużyny. Myślę, że na kawie by się nie skończyło, za krótko (śmiech) i chciałbym mieć dużo więcej czasu na pytania.

– Zdarza się panu jeszcze samemu grać w piłkę, czy nie ma już na to czasu?
– Jeśli się chce, to na wszystko znajdzie się chwila. Skończyłem z grą i nawet na zajęciach z drużyną staram się nie wchodzić np. do gier. Robię to bardzo sporadycznie, tylko wtedy kiedy kogoś brakuje, a inny członek sztabu nie jest w stanie grać. Mój organizm nie pozwala na podejmowanie regularnych treningów. Przeszedłem w swoim życiu przez 6 operacji, a urazów było jeszcze więcej i nie chcę złapać poważniejszej kontuzji, żeby swojej energii nie poświęcać na leczenie. Wolę patrzyć z boku i analizować poczynania zawodników.

– Jest pan kolejnym przykładem człowieka, któremu drzwi do poważnej piłki zamknęły problemy ze zdrowiem?
– Do 18. roku życia moja kariera przebiegała wręcz wzorcowo: reprezentacje województwa, makroregionu, młodzieżowe kadry Polski, m.in. u trenera Michała Globisza i trenera Zamilskiego. Grałem w drugim zespole Amiki Wronki, a z pierwszą drużyną trenowałem i jeździłem na zgrupowania. Wielokrotnie siedziałem na ławce i zawsze kiedy miałem zadebiutować w pierwszym zespole, to na drodze najczęściej stawały kontuzje. Między 18. a 21. rokiem życie leczyłem się łącznie prawie 2,5 roku. Nikt nie potrafił mnie zdiagnozować. Najlepsze i najważniejsze lata przepadły bezpowrotnie. Kiedy wróciłem, czułem, że to nie to. Serce chciało, a organizm nie był w stanie podążyć. Kiedy miałem na karku 25 lat udało się postawić diagnozę, ale było już za późno na wielką karierę. Kilka operacji na tamten czas i mnóstwo przerw w grze zrobiło swoje. Musielibyśmy przesiedzieć pół nocy, żeby porozmawiać o moich kontuzjach, lekarzach i liczbie zastrzyków, które przyjąłem.

– Kiedy więc narodził się pomysł na to, żeby pójść inną, ale zbliżoną drogą?
– Od małego wiedziałem, co chcę robić po zakończeniu gry w piłkę. Kontuzje przyczyniły się do tego, że dużo wcześniej niż planowałem rozpocząłem kursy i szkolenia trenerskie. Dziś – mając 36 lat – mam kilkanaście lat doświadczenia i mogę pochwalić się najwyższymi uprawnieniami trenerskimi. Razem z Arturem Skowronkiem (trener Stali Mielec – red.) jesteśmy najmłodszymi szkoleniowcami w Polsce z licencją UEFA PRO.

– Przez 365 dni w roku zdarza się jednak choć chwila odpoczynku od futbolu?
– Kiedyś powiedziałbym, że nie. Przez wiele lat chodziłem z notatnikiem, w którym zapisywałem pomysły nawet podczas dni wolnych od treningów. Ciągle musiałem coś analizować. Dziś z perspektywy doświadczenia, jak również z rozmów prowadzonych z wiele starszymi szkoleniowcami wiem, że trzeba czasem wyłączyć się chociaż na chwilę. Nie potrzebuję długich resetów (śmiech), ale mała chwila odpoczynku, czasem pół dnia i już widzę, że głowa na nowo jest pełna pomysłów.

– W takich okolicznościach syn musi pójść w ślady ojca i też kopać piłkę.
– Mam nadzieję, że syn nie będzie kopał, tylko grał (śmiech). Każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było przede wszystkim szczęśliwe, więc zaakceptuję cokolwiek wybierze i będę go w tym wspierał. Myślę jednak, że genów się nie oszuka i już widzę, że ma szybkie nogi, idealne na skrzydłowego lub napastnika (śmiech).

Rozmawiał Tomasz Czarnota

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o