Całkiem fajna przygoda z piłką. FILM

Piotr Piechniak

Rozmowa z PIOTREM PIECHNIAKIEM, nowym pomocnikiem Resovii

- Pański transfer do Resovii to najlepszy dowód na I-ligowe ambicje rzeszowian. Teraz awans musi być.
- Mogę pomóc doświadczeniem, ale sam meczu nie wygram. Sukces przyjdzie tylko wtedy, jeśli będziemy stanowić zwartą grupę.

- Ale to na barki kogoś, kto jeszcze rok temu grał w ekstraklasie, spada największa odpowiedzialność.
- Zdaję sobie sprawę, że oczekiwania w stosunku do mnie będą największe. Że to ja będę oceniany w pierwszej kolejności. Ciśnienie na awans jest spore, pojawi się stres, ale jakoś mnie to nie przeraża. Jeśli wszyscy pociągniemy wózek w tą samą stronę, będziemy się cieszyć tym, co robimy, dopniemy swego.

- Póki co, krążą opowieści o pańskich zarobkach.
- To są totalne głupoty. Nie jest tak, że Piechniak kasuje 9 tysięcy zł, a pozostali biorą po trzy tysiące. Nie pieniądze decydowały o transferze do Resovii. Raczej chęć udowodnienia komuś i sobie samemu, że jeszcze umiem kopać piłkę. Że mogę pomóc. Poza tym wróciliśmy z żoną i dziećmi na Podkarpacie, kończymy budowę domu pod Stalową Wolą.

- Synowie też grają w piłkę?
- Starszy Kacper ma 14 lat i w kieszeni tytuł najlepszego pomocnika w Katowicach. Na tyle dobrze grał w reprezentacji Śląska, że już po niego dzwonią z różnych klubów. Młodszy Bartek ma 9 lat i też posiada smykałkę do futbolu. Muszę ich zapisać do jakiejś szkółki. Może do Krosna, może do Mielca?

- Ponad 200 występów w ekstraklasie, kilkadziesiąt goli – jest Pan zadowolony z kariery, jaką zrobił?
- To była przygoda z piłką, karierę to robi Cristiano Ronaldo. Pewnie, że mam trochę wspaniałych wspomnień. Zwłaszcza z meczów pucharowych z Herthą Berlin i Manchesterem City. Fajną pakę mieliśmy wtedy w Grodzisku!

- Nie było nudno w tak małej miejscowości?
- A skąd, obok był przecież Poznań. Człowiek wyskoczył na rynek, do kina, na dyskotekę.

- Miał za co, bo właściciel klubu Zbigniew Drzymała nie szczędził grosza. Ma Pan z nim jeszcze jakiś kontakt?
- Czasem porozmawiamy przez telefon. Drzymała to facet z klasą, potrafił zrobić coś z niczego. Takich prezesów w polskim futbolu już nie ma. Drzymała jak nie szło, to nie opierdzielał, lecz rozmawiał, tłumaczył, mobilizował. A co do pieniędzy – wypłata była zawsze 29 dnia miesiąca. Żaden piłkarz Dyskobolii nie martwił się o kasę. Koncentrowaliśmy się wyłącznie na swojej robocie.

- W reprezentacji Polski rozegrał Pan trzy mecze. Mogło ich być więcej?
- Trafiłem do kadry Pawła Janasa po dobrych występach w pucharach. Zaczęło się obiecująco, ale potem – podczas meczu z Girondins Bordeaux – zerwałem wiązadła krzyżowe, dwa lata odbudowywałem formę. Zainteresował się mną jeszcze Leo Beenhakker, tyle, że on szukał obrońcy, a ja całe życie grałem w pomocy.



Rozmawiał Tomasz Szeliga

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.