Chcę być jak Meryl Streep, a nie jak Nicole Kidman

Dorota Chotecka jest prowadzącą programu "Fabryka urody" emitowanego na kanale Polsat Cafe. W każdym odcinku widzowie poznają historie kobiet, które na i oczach przechodzą metamorfozę, poddawane są zabiegom medycyny estetycznej, kosmetycznym i stomatologicznym.

W czasach wszechobecnego kultu piękna kobiety pragną wyglądać atrakcyjnie i nienagannie. Czy to naprawdę takie ważne? O byciu piękną za wszelką cenę, operacjach plastycznych i „Fabryce urody”, PAP rozmawia z aktorką Dorotą Chotecką.

PAP: – Prowadzi pani program o nazwie „Fabryka urody” – to oznacza, że piękno to przemysł?
Dorota Chotecka: – Tak, i choć sama tego nie rozumiem, to mamy do czynienia z wszechobecnym kultem piękna. Myślę, że w dużej mierze dzieje się tak za sprawą mediów. Zdjęcia, które ukazują się w gazetach czy Internecie, bardzo często są retuszowane, a kobietom wydaje się, że tak powinny wyglądać. Jest moda na fabrykę piękna, natomiast tego się nie da tak zrobić: piękna nie da się wyprodukować. To, jak wyglądamy, bierze się także ze środka.
Jest niewielki procent ludzi, którym operacje plastyczne są naprawdę potrzebne. Jest to zrozumiałe, kiedy ktoś jest po wypadku samochodowym, albo jeśli kobieta waży 140 kg i jest to niebezpieczne z medycznego punktu widzenia. Jeśli kobieta musi schudnąć 10 czy 12 kg, to przychodzi czas nie na operacje, ale na walkę, ćwiczenie woli i charakteru. Trzeba zakasać rękawy i ćwiczyć ciało i silną wolę.
PAP: – To znaczy, że potrzeba więcej gabinetów psychologicznych, niż odnowy biologicznej?
D.Ch.: – Myślę, że w dzisiejszych czasach większość z nas potrzebuje psychoterapeuty. Jeżeli sami nie potrafimy odnaleźć się w życiu codziennym, brakuje nam równowagi, nie umiemy rozdzielić życia zawodowego od prywatnego, to jak najbardziej powinno być więcej psychoanalityków, niż gabinetów kosmetycznych. Gabinety kosmetyczne pomagają nam jednorazowo, po zabiegach czujemy się piękne góra tydzień, ale co dalej? A psychoterapeuta może nam pomóc polubić siebie na całe życie.
PAP: – Naprawdę wygląd ma tak duże znaczenie?
D.Ch.: – Bardziej akceptacja samego siebie, to ona dodaje sił.
PAP: – W pani zawodzie aparycja odgrywa dużą rolę? Aktorki poprawiają urodę skalpelem, by zdobyć angaż?
D.Ch.: – Mnóstwo moich koleżanek rzeczywiście “robi się” i to widać. Nie trzeba wytykać palcami, bo gołym okiem można to zauważyć. Tego po prostu nie da się ukryć.
PAP: – Pani zdecydowałaby się na operację plastyczną?
D.Ch.: – Absolutnie! Nie zrobiłabym sobie żadnej operacji upiększającej, a to dlatego, że bardzo kocham i szanuję swój zawód. Chcę zagrać babcię i nie mogłabym tego zrobić, nie mając zmarszczek. Zawodowo chcę być bardziej jak Meryl Streep, a nie jak Nicole Kidman.
PAP: – Idealny wygląd jest niewiarygodny?
D.Ch.: – Gram głównie role charakterystyczne i nie mogę sobie pozwolić nawet na doklejenie rzęs. Proszę sobie wyobrazić, że gram alkoholiczkę, dopiero co wstaję z łóżka i trzepocę pięknymi, długimi rzęsami jak z „Dynastii”. Przecież to absurdalne i kompletnie nieprawdziwe! Chcę tworzyć postacie prawdziwe, normalne, odbicie życia, więc sama muszę być prawdziwa. Bo dopiero wtedy jest to wiarygodne.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.