Chcę zrobić coś dobrego dla Rzeszowa

Fot. Wit Hadło
Fot. Wit Hadło

Rozmowa z WOJCIECHEM ZYDRONIEM, byłym piłkarzem ręcznym, reprezentantem Polski.

Energia rozpierała Wojciecha Zydronia (40 l.) na boisku, rozpiera i poza nim. W weekend 8 – 9 września kiedyś zawodnik takich klubów jak Vive Kielce, Azoty Puławy czy Pogoń Szczecin organizuje w Rzeszowie „Zydroń Handball Camp & Festival”. Dwa dni świetnej zabawy z piłką ręczną połączone z szeregiem atrakcji i obecnością znanych postaci – to czeka na wszystkich, którzy pojawią się w hali przy Hetmańskiej.

– Czy Wojciech Zydroń ma czas na sen?
– Ostatnio rzeczywiście bywa z tym ciężko (śmiech). Wstaję o godz. 6, wyprowadzam psy, i zaczyna się kocioł, który nierzadko kończy się mocno po północy. Sypiam po 3, 4 godziny, ale po campie trochę zwolnię tempo.

– Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, akurat pan trenował. Jak rozumiem, sportowiec po zakończeniu kariery bez ruchu żyć nie może?
– Po pół roku nicnierobienia zaczęło mnie tak oblewać tłuszczem, że powiedziałem: dość! Nasz mózg i w ogóle sam organizm są przyzwyczajone do wysiłku po latach reżimu treningowego. To chyba trochę tak jak z używkami czy innymi nałogami – kiedy je odstawiasz, zmienia się ciało i pogarsza humor. Trenuję więc na siłowni, bardzo dużo jeżdżę na rowerze i dumnie, w koszulce Barcelony, zapisałem się nawet na piłkę nożną!

– No właśnie, a propos handballa. W pewnym momencie całkowicie się pan od niego odciął.
– Zmieniłem swoje życie o 180 stopni. Po zawieszeniu butów na kołku wyjechałem na pół roku do pracy za granicę. Dużo myślałem, miałem czas, żeby pewne sprawy przewartościować. Z piłki ręcznej wycofałem się wówczas całkowicie, ludzie przestali pisać, telefony ciągle dzwonić – siłą rzeczy nabrałem dystansu. Dobijała mnie jednak głównie rozłąka z bliskimi, więc wróciłem do Polski, do Rzeszowa. Mieszka tu moja rodzina, m.in. brat. Po 20 kilku latach chcemy tu osiąść i zrobić coś dobrego dla tego miasta. Nie wpadłem tu tylko na chwilę. Córka została na razie w Szczecinie, ale na szczęście często się widujemy.

– Ciągnęło jednak wilka do lasu. Domyślam się, że mógł pan wciąż żyć z piłki ręcznej.
– Miałem oferty trenerskie, dyrektorskie, a nawet łączenia funkcji szkoleniowej z ciągłym graniem w Niemczech. Powiedziałem jednak kategoryczne dość jeśli chodzi o czynne uprawianie tego sportu. Pograłbym jeszcze dwa, trzy sezony i co? Kto zatrudniłby mnie w wieku 43 lat bez większego doświadczenia. Chciałem ruszyć przed siebie mając jeszcze 3 z przodu (śmiech).

– W dniach 8 – 9 września w hali przy Hetmańskiej w Rzeszowie organizuje pan camp dla dzieci. Czego możemy się spodziewać?
– W sobotę zrobimy trzy lub cztery jednostki treningowe, każda po 45 minut. Wszystkie będą przedzielone przerwami pełnymi atrakcji: m.in. spotkaniem z żużlowcem Maciejem Kuciapą czy pokazem taekwondo. Będziemy uczyć dzieciaki podstaw piłki ręcznej, ale też zadbamy o ćwiczenia ogólnorozwojowe. Pierwszy dzień zwieńczy mecz gwiazd, czyli piłkarze ręczni kontra zaproszeni goście. Niedziela to już festiwal, czyli turniej dzieci w dwóch lub trzech kategoriach wiekowych. O godz. 18 zaplanowaliśmy prezentację zespołu seniorek SPR Handball Rzeszów, a na zakończenie koncert Michała Szczygła.

– Jak rozumiem ma to być impreza cykliczna?
– Zdecydowanie, ale podstawowy cel to „złapać” piłkę ręczną nad Wisłokiem za rogi. We wrześniu lub październiku otwieramy w Rzeszowie akademię piłki ręcznej.

– Camp, akademia, rozwój piłki ręcznej, ale gdzieś w zamyśle chodzi też chyba o seniorski zespół.
– Rzeszów to duże miasto wojewódzkie, stolica prężnie rozwijającego się regionu, ale mała plama na mapie jeśli chodzi o handball. Chcemy to zmienić! Bierzemy się za żeńską piłkę ręczną na dzień dobry i najpierw chcemy jak najszybciej awansować do I ligi. Myślę, że jesteśmy to w stanie szybko zrobić i myślimy o tym, by w perspektywie 7 lat zapukać do SuperLigi. Na to jednak potrzeba sporych pieniędzy, min. 2 mln złotych w budżecie drużyny, dlatego działamy powolutku i spokojnie. Dziś mogę sobie snuć wielkie plany, ale po tylu latach blisko piłki ręcznej wiem, że najgorsze co może być to wirtualny budżet. Oczywiście marzy mi się, żeby zrobić w Rzeszowie męską piłkę ręczną, ale na razie zaczynamy od pań.

– Kto pojawi się na campie?
– Zapowiedzieli się m.in. Karol Bielecki, Mariusz Jurasik, Grzegorz Tkaczyk, Ania Wysokińska, Sabina Włodek, Ania Marzec, Michał Świrkula czy Tomasz Kozłowski. Powinna pojawić się też m.in. Kinga Achruk.

– Dziś polska piłka ręczna przeżywa jednak trudne chwile. Chyba nie wykorzystaliśmy potencjału, który dał sukces kadry Bogdana Wenty?
– Zdecydowanie! Sporo rozbija się o tzw. szkolenie początkowe. Dzieci były i są uczone złych nawyków, a później ciężko je wyplewić. Kiedy opiekowałem się drużyną z gimnazjum, w większości przypadków nie udało mi się ich przestawić, a chodzi o – wydawałoby się – błahe sprawy jak odwodzenie ręki czy w ogóle sposób biegania.

– Inna sprawa, że dziś to rodzice robią ze swoich pociech „kaleki”, bez uzasadnienia wypisując np. zwolnienia z WF-u.

– Dzieci nie potrafią wykonać przewrotu w tył, a my na campie będziemy próbować m.in. stania na rękach. Wtedy wszyscy zobaczą, jaki jest problem z ćwiczeniem, które dla nas było niemal standardowe. Dziś czasy są, niestety, inne. My po szkole robiliśmy przed blokiem bramki z cegieł albo tornistrów i na nierównych boiskach graliśmy w piłkę. Teraz są orliki i hale, a wszystko stoi puste, wieczorem kręcą się tam ludzie, ale… starsi z pokolenia dzisiejszych 30- czy 40-latków. Smutny obraz.

– Jakie perspektywy roztaczają się przed reprezentacją Polski?
– Nie mamy zaplecza i jakości. Oczywiście są utalentowani gracze, ale to nie ten kaliber, który dostał w 2005 r. Bogdan Wenta. Piotr Przybecki rzucił się na głęboką wodę, ale potrzebuje czasu, bo warsztat ma super. Absolutnie nie można mieć do niego pretensji. Zawsze powtarzam: słaby samochód może prowadzić rewelacyjny kierowca, ale rajdu nie wygra. Za czasów Wenty większość zawodników co tydzień grała o życie w Bundeslidze. Zresztą mój najcięższy sezon był właśnie w III lidze niemieckiej. Codziennie trzeba było udowadniać, że jest się lepszym.

– Chodzi pan na jakieś mecze w Rzeszowie?
– Raz byłem na meczu siatkarzy Asseco Resovii, a poza tym staram się uczęszczać na żużel. Kiedy mieszkałem w Szczecinie, gdy tylko była okazja meldowałem się na stadionie Stali Gorzów. Ostatnio przy okazji wizyty w Tarnowie też udało mi się znaleźć na to czas. W Rzeszowie jest II liga, ale dla mnie poziom nie jest najważniejszy. Chodzi o atmosferę, zapach tego spalonego metanolu (śmiech). Poza tym uwielbiam rower, przez pierwsze 3 miesiące w Rzeszowie wszędzie nim się przemieszczałem. Uważam zresztą, że to miasto, gdzie można żyć! Mieszka mi się tu rewelacyjnie, pełno parków, ścieżek rowerowych, zieleni.

Rozmawiał Tomasz Czarnota

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o