Chciałbym dokończyć to, co zacząłem

- Wydaje mi się, iż zasłużyłem na kredyt zaufania. Latem wielu trenerów odmówiło Resovii. Ja się nie przestraszyłem i podjąłem wyzwanie - mówi Roman Borawski. Fot. Paweł Bialic
– Wydaje mi się, iż zasłużyłem na kredyt zaufania. Latem wielu trenerów odmówiło Resovii. Ja się nie przestraszyłem i podjąłem wyzwanie – mówi Roman Borawski. Fot. Paweł Bialic

III LIGA. Trener Resovii Roman Borawski o braku skuteczności, młodzieży, o którą trzeba dbać, i gaszeniu pożarów.

– Za panem pierwszy etap pracy z Resovią. Jest pan zadowolony z tego, co udało się osiągnąć?
– Połowicznie. Ukoronowaniem naszych wysiłków byłoby pierwsze miejsce w tabeli. Tak się jednak nie stało, choć pewnie wszyscy mamy świadomość, ze mną na czele, że tę drużynę stać na dużo więcej. Z drugiej strony, mamy 33 punkty i wystarczy wykorzystać jedno potknięcie JKS-u, by zostać liderem. Wciąż wszystko jest w naszych nogach. Tym bardziej że jarosławianie przyjeżdżają do Rzeszowa.

– Tylko że kibicom i dziennikarzom wydawało się przed sezonem, iż Resovia przejedzie się po rywalach jak walec. Mieli prawo tak sądzić, patrząc na skład zespołu.
– Nie byliśmy jak walec; w kilku meczach zawiedliśmy i tłumaczenia są tu zbędne. Ale mało kto wie, że latem Resovia montowana była na ostatnią chwilę. Nazwiska zostały, owszem, jednak należało zresetować głowy, podbudować zawodników, którzy bili się o awans na zaplecze ekstraklasy, a kilka tygodni później dowiedzieli się, że będą grać tylko w trzeciej lidze.

– Andrij Nikanowycz powiedział ostatnio na łamach Super Nowości, że nie ma powodów do niepokoju, bo Resovia najlepiej gra w piłkę i z pewnością to ona wystąpi w barażach. Duch w zespole nie ginie.
– Można grać w piłkę ładnie dla oka i skutecznie, a można kopać ją przed siebie, licząc, że wpadnie do bramki. Myśmy próbowali pierwszego wariantu. Nie zawsze nam wychodziło, ale materiału do analizy mamy pod dostatkiem i w zimie powinniśmy wyeliminować wszelkie błędy. Jeśli jednak dokonujemy oceny, to trzeba też wspomnieć o sprawach, które sprawiały, iż, hmm, jakby to powiedzieć, nie czuliśmy wiatru w żaglach.

– Widzę, że niezręcznie panu o tym mówić, więc pomogę: chodzi o zaległości finansowe. To zresztą żadna tajemnica. Kilka dni temu na łamach prasy Aleksander Bentkowski, prezes klubu, przyznał, iż są poślizgi w wypłatach.
– Polonia Przemyśl czy Stal Sanok mają swoje problemy, my mamy swoje. Nie skarżyliśmy się, robiliśmy swoje i teraz też spokojnie czekamy na ruch ze strony działaczy. Z tego co mi wiadomo, w klubie pracują nad tym, by było lepiej i ponoć są widoki na poprawę. Mocno w to wierzymy, bo należy podkreślić, że poślizgi w wypłatach nigdy nie wpływają dobrze na zespół. Tego nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć.

– Zimą dobrze byłoby się zająć czymś innym niż gaszeniem pożarów w szatni.
– Z problemami trzeba sobie jakoś radzić. Mam nadzieję, że przerwę między rozgrywkami spędzimy wyłącznie na szlifowaniu formy sportowej. Chcemy dostać się do baraży, a potem powalczyć o ligę centralną.

– To wróćmy do spraw stricte sportowych. Skąd tak nagłe wahania formy u pana podopiecznych? Mieliście problem, by zagrać na równym, wysokim poziomie choćby dwie połowy. To dziwne przy tak doświadczonej kadrze.
– Zawiodła nas skuteczność. Niemal w każdym meczu mieliśmy okazje posłać przeciwnika na deski, ale z wyprowadzeniem nokautującego ciosu był kłopot. W ten sposób straciliśmy kilka punktów, bo rywale, najczęściej w ostatnich minutach, doprowadzali do remisu. Bardzo długo cierpieliśmy z powodu deficytu w ataku. Poszukiwaliśmy złotego środka, chyba wszyscy napastnicy dostali szansę.

– Deficyt w ataku nie kłuł w oczy tak jak błędy w obronie, formacji, która przyzwyczaiła, że jest ostoją drużyny.
– Błędy zdarzały się wszędzie i każdemu, bo piłka to gra błędów. Jeśli popełniają je obrońcy, to zespół traci gole. Dlatego ich pomyłki są najbardziej widoczne. Denerwujące było co innego: że tak łatwo oddajemy punkty przeciwnikom, którzy raz bądź dwa razy w meczu wyprodukowali jakąś akcję. I bardzo często zupełnie przypadkowo znaleźli się w naszym polu karnym.

– Kiedy Resovia będzie mogła czerpać ze swojej młodzieży w takim stopniu jak czyni to dziś Stal Mielec? Pracował pan w mieleckiej Szkole Mistrzostwa Sportowego, teraz pracuje pan w resoviackim SMS-ie.
– SMS Resovia istnieje na rynku drugi rok, a wykonał ogromną pracę choćby w stosunku do tego, co w takim samym okresie zrobiono w Mielcu. Dlatego czapki z głów przed dyrektorem placówki Maciejem Bajorkiem i grupą trenerów, pracowitych, otwartych na nowinki. Efekty już widać choćby po awansie juniorów młodszych do makroregionu. Już w zimie zaproszę do wspólnych treningów kilku naszych wychowanków. Zobaczymy, jak spiszą się w rywalizacji ze starszymi. W składzie Stali Mielec, tak świetnie radzącej sobie w II lidze, co mecz oglądamy bodaj dziewięciu wychowanków. Mam nadzieję, że za jakiś czas to samo będzie w Resovii, bo w podkarpackich, ba – polskich warunkach, to najlepsza droga do budowy wartościowego zespołu i klubu opartego na mocnych fundamentach.

– Spotkał się pan już z szefami klubu, by podsumować pierwsze półrocze?
– Jeszcze nie. Ale mam nadzieję, że szybko do niego dojdzie, bo chcielibyśmy coś zaplanować.

– Pytam nie bez kozery i liczę na szczerą odpowiedź. Jak pan reaguje na informacje o negocjacjach z potencjalnym sponsorem. Jeśli sprawy zostaną sfinalizowane, dojdzie do zmiany na ławce trenerskiej. Zastąpi pana Mirosław Hajdo.
– Na pewne rzeczy nie mam wpływu. Chciałbym, żeby pozwolono mi skończyć pracę, a dopiero potem rozliczono. Wydaje mi się, iż zasłużyłem na kredyt zaufania. Latem wielu trenerów odmówiło Resovii, ja się nie przestraszyłem i wyzwanie podjąłem.

– Prezes Bentkowski wypoczywa na Sri Lance. Pan się na urlop nie wybiera? Z tego co wiem, też lubi pan podróżować po świecie.
– Chciałbym, ale nie mam czasu. A Sri Lanka? Tylko pozazdrościć, bo to fajny kierunek.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments