Chopin ciekawszy od meczu

STEFAN SZCZEPŁEK urodził się 64 lata temu w Warszawie. Jako dziennikarz zaczynał w „Sztandarze Młodych” (1973 r.), potem przez 16 lat pracował w tygodniku „Piłka Nożna”. Był także w redakcji sportowej TVP i „Życiu Warszawy”, od 1999 roku pisze dla „Rzeczpospolitej”. Laureat nagrody im. Dariusza Fikusa, „Złotego Pióra” Klubu Dziennikarzy Sportowych i Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Autor książek: „Deyna”, „Moja historia futbolu”, „Mecze, które wstrząsnęły światem”, „Polska! Biało-czerwoni!”, „Żonglerka”. Pasjonat muzyki poważnej, historii, architektury, kolekcjoner pamiątek piłkarskich. Miłośnik Warszawy, posiada imponujący zbiór varsavianów. Fot. Paweł Bialic

PIŁKA NOŻNA. STEFAN SZCZEPŁEK, wybitny dziennikarz sportowy, o ukochanej Warszawie, mieszkaniu zawalonym książkami i pamiątkami oraz o tym, że futbol wcale nie jest najważniejszy.

Stefan Szczepłek (64 l.) gościł w Tarnobrzeskim Domu Kultury. To jeden z najwybitniejszych dziennikarzy sportowych. Był na sześciu finałach mistrzostw świata i pięciu mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Więcej, niż kolega Kazimierza Deyny, o którym napisał książkę.

- Ponoć zna pan historię każdego budynku i każdej warszawskiej ulicy?
- Doprawdy? (śmiech). Aż tak dobrze z tą moją wiedzą nie jest, ale interesuje się historią, szczególnie dziejami Warszawy i historię tych ważniejszych budynków owszem, znam. Pierwsze 30 lat swojego życia spędziłem na przedmieściach stolicy, w Falenicy, lecz Warszawa zawsze była dla mnie bardzo ważna. A poza tym, jak sobie łączę historię powszechną tego miasta z wydarzeniami kulturalnymi, które lubię i z historią sztuki, którą kocham, to wszystko układa mi się w zgrabną całość. Nie robię z siebie kogoś lepszego, Boże broń, ale sport jest tylko dodatkiem.

- Tak po prostu?
- Właśnie tak. Ostatnio wpadła mi w ręce książka „Warszawa Chopinów”. To fantastyczny przewodnik po miejscach związanych z Fryderykiem Chopinem i jego rodziną, po Warszawie pierwszej połowy XIX wieku. Dziwi się pan, że to jest dla mnie ciekawsze od większości meczów ligowych? Dziennikarz sportowy nie powinien ograniczać się do dyscypliny, którą się zajmuje.

- Popuśćmy wodze fantazji. W jakiej Warszawie, pytam o okres historyczny, chciałby pan mieszkać?
- Nikt mnie o to nie pytał, więc się nie zastanawiałem. Ale to byłby okres od końca powstania kościuszkowskiego do powstania listopadowego i potem dwudziestolecie międzywojenne.

- W pana tekstach świat futbolu przenika się ze światem historii i wysokiej kultury. Od zawsze chciał pan pisać w taki sposób, czy to raczej wpływ wybitnych nauczycieli, których spotkał pan na swojej drodze?
- Zaliczyłbym siebie do grona przeciętnych inteligentów. Po prostu trzeba coś wiedzieć, coś przeczytać, pójść na koncert, porozmawiać, nie tylko z trenerem. Oprócz piłki od zawsze interesowałem się muzyką, historią sztuki i architekturą. I dlatego gdy piszę o futbolu, zwłaszcza w felietonach, które dają większe możliwości, odnoszę się do jakiegoś wydarzenia z historii, jakiegoś konkretnego miejsca. Co do nauczycieli, rzeczywiście miałem wybitnych. Mieczysław Szymkowiak, kiedyś trener reprezentacji, Jerzy Lechowski, Stefan Grzegorczyk, Witold Szeremeta. Oni mi uświadamiali, jakie mam braki. Że trzeba sporo wiedzieć, żeby się mądrzyć. Oczywiście miałem do nich mnóstwo pytań. Takich, które nie znajdowałem w gazetach czy książkach piłkarskich. Tych nie było zresztą w Polsce do połowy lat 70. I pan Szymkowiak opowiadał mi jak widział na własne oczy Ernesta Wilimowskiego i to było super. Dziś młodzi ludzie przychodzący do zawodu nie mają niestety żadnych pytań. Dlatego, że ich wiedza jest bardzo powierzchowna. Od lat powtarzam zatem za Bohdanem Tomaszewskim: czytajcie książki, po każdej będziecie mądrzejsi!

- Nie jest pan napastliwy, nikogo nie obraża i nie miesza z błotem. Poza tym bardzo rzadko krytykuje pan piłkarzy bądź trenerów. Nie pasuje pan do dzisiejszego świata tabloidów i coraz bardziej wulgarnych serwisów internetowych.
- Umiem przywalić, ale zanim to zrobię, pięć razy się zastanowię. Staram się wejść w buty tego, którego mam skrytykować. Dowiedzieć się, czy on jest słaby, bo obija się na zajęciach albo się upił, czy jest słaby, bo ma w domu chore dziecko. Wiem, że mam opinię starego pierdziela zakochanego w swojej dyscyplinie, ale przyznam się panu, iż czasem mam ochotę z tej roli wyjść. Natomiast w świecie bulwarówek i portali, na których obowiązuje plugawy język, na pewno bym się nie odnalazł. To nie moja bajka.

- Pan jest od tego, by dostarczać nam wzruszeń. „Pan Kuchar był przed wojną najwszechstronniejszym polskim sportowcem. Grał we Lwowie. Dlaczego drużyny z tego Lwowa nie ma dziś w polskiej lidze – odpowiedź otrzymywałem w domu, a nie w szkole”. W pańskiej historii futbolu z Falenicy takich fragmentów jest cała masa!
- Staram się przelewać na papier, co czuję i co myślę. Raz się uda, a raz nie. Ot, cała filozofia.

- Ile meczów obejrzał pan na stadionie jako dziennikarz?
- Ostatnio musiałem policzyć i liczyłem tak: 40-50 meczów rocznie od niemal 50 lat. Wychodzi 2 tysiące, czyli wcale nie tak dużo.

- Był pan jednym z dwóch polskich dziennikarzy na stadionie Heysel, gdzie na własne oczy zobaczył tragedię. Jednak po powrocie do kraju nie mógł pan napisać tego, co pan chciał.
- Byłem już duży, miałem swój rozum i wydawało mi się, że jak wrócę do Polski to zaczną się moje wielkie dni. Ale gdy w samolocie wziąłem do ręki „Trybunę Ludu” to już wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

- Wyjeżdżając za granicę w czasach PRL-u otrzymywaliście instrukcję od politycznych. Jednak nie zdarzyło się panu napisać o wyższości gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną.
- Jak się zastanawiam, czy dziś, w dobie powszechnej lustracji, ktoś mógłby znaleźć w moich tekstach coś, co by mnie kompromitowało, to jestem spokojny. Z instrukcją, o którą pan spytał, zetknąłem się tylko raz, przed mundialem w Argentynie w 1978 roku. Notabene na ten turniej nie pojechałem. Zostaliśmy wezwani do gmachu KC, gdzie politruk Marzec mówił: wicie, rozumicie, my tutaj krajem mlekiem i miodem płynącym, a tam to jest wielka degrengolada. Cztery lata wcześniej, na pamiętne dla Polski mistrzostwa świata, pojechałem jako osoba prywatna. Zabrałem się z wycieczką z „Almaturu” i zanim wsiedliśmy do autobusu, to faktycznie ostrzegano nas, że jedziemy do wrogiego kraju. Że w Niemczech po ulicach chodzą Krzyżacy i będą nas kaperować do Radia Wolna Europa.

- O jakim stadionie mógłby pan powiedzieć: oto jest świątynia futbolu!
- O starym Wembley i stadionie Azteca w Mexico City. Tam jest strasznie stromo, człowiek się czuje tak, jakby siedział w kuble. No i ta atmosfera! Na mundialu w 1986 roku zacięła się taśma z meksykańskim hymnem, więc kibice wyśpiewali go tak, że nasz owiany legendą Stadion Śląski może się schować. To do Azteki należy rekord frekwencji – finał mistrzostw świata Argentyna – RFN oglądało 115 tysięcy ludzi.

- Ma pan pół tysiąca koszulek piłkarzy. Które z nich ceni pan najbardziej?
- Koszulek przybywa, teraz jest ich ponad 600. Jednak trudno mi je wartościować. Bo jak porównać dziesięć różnych koszulek Kazimierza Deyny, co samo w sobie jest wyjątkowe, z koszulką Franza Beckenbauera i jego autografem? Staram się, żeby koszulki były podpisane. Podobnie jak bilety, których także mam sporą kolekcję. Ostatnio Pele złożył autografy na charakterystycznych biletach: z finału mundialu z 1970 roku i swojego ostatniego meczu na 50-urodziny, który odbył się na San Siro. Przy okazji mocno się zdziwił, że w dalekiej Polsce ktoś posiada takie pamiątki. Zbieram też programy, książki…

- Gdzie pan to wszystko trzyma?
- Mieszkam w bloku na Ursynowie i faktycznie łatwo nie jest. Żona mogłaby powiedzieć nieco więcej w tym temacie (śmiech). Największy problem mam z książkami. Samych sportowych jest u mnie 2 tysiące i gdy już jakąś zlokalizuję, to zanim ją wygrzebię, muszę wyciągnąć pół setki innych.

- A spotkania z piłkarzami? Było jakieś absolutnie niezwykłe, takie, które zapamięta pan do końca życia?
- Długi wywiad w Warszawie z Eusebio, jesienią 2008 roku. Ten facet spełnił wszystkie moje oczekiwania, bo ja się w nim kochałem jako młody chłopak, wyidealizowałem go sobie, a on mnie nie zawiódł. Był przemiły, skromny, odpowiedział na wszystkie pytania. Dowiedziałem się wielu rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Spełniło się moje marzenie! Ale musi pan wiedzieć, że mam w życiu fart, że wszystko mi się udaje (uśmiech). Pan Bóg o mnie pamięta, choć ja o nim nie zawsze. Spotkań, krótszych bądź dłuższych, oficjalnych i nieoficjalnych, z wybitnymi piłkarzami miałem kilka. Mógłbym wymienić Alfredo di Stefano, Ferenca Puskasa, Francisco Gento czy Jeno Buzanszky`ego. Znalazłem się w delegacji PZPN na pogrzebie Puskasa w Budapeszcie i jeśli o pogrzebie można powiedzieć, że był fantastyczny, to wtedy tak właśnie było. Mocno się wzruszyłem, gdy kondukt szedł ze Stadionu Narodowego do katedry świętego Stefana. Tak powinno się żegnać wielkich piłkarzy.

- Przyjaźnił się pan z wielkimi zawodnikami reprezentacji Polski, a legendarny trener Kazimierz Górski pozwalał panu potrenować z drużyną, a nawet wpuszczał do szatni na odprawy.
- Jakiż ja byłem głupi, że w ogóle o to prosiłem! Szczęśliwy, ale jednak głupi.

- Nie rozumiem…
- To był nietakt. Łamałem pewne zasady, choć w tamtych czasach dziennikarz nie był wrogiem piłkarza. Dziś zawodnicy często mają poczucie, że jak dziennikarz przychodzi to nie po to, by pomóc, tylko żeby znaleźć haka, coś, co piłkarza skompromituje. To jest chore.

- Największe dziś niebezpieczeństwo dla futbolu to?
- Bukmacherka, korupcja, a jeśli chodzi o ludzi, to agenci piłkarzy. To są ludzie, którzy trzęsą piłką, myśląc wyłącznie o swoim interesie. Dotyczy to 90 przypadków na 100. Naprawdę rzadko się zdarza ktoś tak mądry i uczciwy jak Cezary Kucharski, prowadzący karierę Roberta Lewandowskiego.

- Rodzina podziela pana pasję?
- Żona nie chodzi na mecze, nie sądzę, żeby była w stanie wymienić więcej, niż trzech piłkarzy reprezentacji i to mi się u niej podoba. Ale gdy zabiegałem o jej względy, to zabierałem ją na Legię, bo niby gdzie miałem ją zabierać? Córka ma 30 lat, jest nauczycielką angielskiego w szkole, zwykłej i nawet japońskiej, i czasem pójdzie na mecz. Syn ma lat 27, grał w piłkę długo, ale bez sukcesów. Teraz się wyżywa jako biegacz, triatlonista i instruktor snowboardu oraz pracuje w firmie sprzętu sportowego. Rodzina to mój wielki skarb.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

do “Chopin ciekawszy od meczu”

  1. ROMAN

    no tak Pan St. Szczepłek podobnie jak ja urodził się w niewłaściwym czasie – o którym tylko można powspominać i zatęsknić.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.