Cieszmy się życiem

Jerzy Maksymiuk poprowadzi piątkowy koncert w Filharmonii Podkarapckiej. Fot. Archiwum Filharmonii Podkarpackiej

Z Jerzym Maksymiukiem rozmawia Anna Wiślińska

Zaczynam spotkanie z Jerzym Maksymiukiem od pokazania zdjęcia zrobionego na schodach przed budynkiem Filharmonii. Maestro jest na nim w gronie uczniów z sąsiadującej z Filharmonią szkoły muzycznej. Pod zdjęciem dedykacja skreślona zielonym piórem z datą 1981 r….
- Jak miło na to popatrzeć, to przyjemne wspomnienia…..bardzo wzruszające.
Rozpoznaje Pan kogoś?
Maestro bezbłędnie odszukuje na zdjęciu moją podobiznę, potem wskazuje na postać po prawej stronie mówiąc:
- A tu chyba obecna Pani dyrektor Filharmonii? Tak, pamiętam ten czasy. Wieczorem chodziłem na spacer nad rzeczkę…
Nad Wisłok…
- Tak.
W najbliższy piątek podobnie jak przed laty poprowadzi Pan koncert z Rzeszowskimi Filharmonikami.
- Bardzo się z tego cieszę. Wybrałem na tę okazję Symfonię Es –dur Mozarta, to rzadko grywany utwór – jedna z trzech znakomitych ostatnich Symfonii jakie Mozart napisał. Szczególnie miło będzie mi zadyrygować własnym utworem – “Liście gdzieniegdzie spadające”. Na koniec zagramy Cztery Pory roku Vivaldiego ze skrzypkiem Andrew Wangiem. Sala koncertowa Filharmonii Podkarpackiej, to jedna z lepszych sal w Polsce pod względem akustyki. Bardzo dobrze się tu pracuje, muzycy są niezwykle skoncentrowani.
Chciałby Pan kogoś specjalnie wyróżnić?
- Oresta Telwacha, który koncertmistrzuje w Symfonii Mozarta i w moim utworze.
Pracował Pan 13 lat z orkiestrami w Wielkiej Brytanii, to chyba nieuniknione, że porównuje Pan tamte doświadczenia z pracą z polskimi zespołami?
- Tam praca jest bardzo trudna. W jednym tygodniu realizuje się trzy programy, a muzycy są znakomicie przygotowani. Pamiętam, że kiedyś graliśmy Symfonię Paderewskiego – w Anglii  o tym kompozytorze prawie nikt nie słyszał, ale już na pierwszej próbie zagrano tę Symfonię bezbłędnie. W szkołach uczy się od najmłodszych lat bycia muzykiem orkiestrowym, dlatego orkiestry brytyjskie są na pewno najlepsze na świecie.
Ale kiedy warsztat jest już perfekcyjnie opanowany trzeba czymś natchnąć muzyków…
- To co “boskie” przyjdzie, albo nie. To mnie zupełnie nie interesuję.  Dbam o to, żeby forte zróżnicować od piano, a piano od pianissimo. Dbam o precyzję rytmu. Wszystkie elementy dzieła muszą być doskonałe. Proszę mi wierzyć, że bardzo trudno to osiągnąć. Myślę, że technika tworzy emocje. Może się mylę…Nie wiem. W taki sposób pracowałem i zawsze przynosiło to znakomite rezultaty.
Pana autorska kompozycja “Liście gdzieniegdzie spadające”, to utwór kontemplacyjny, czy taki rodzaj emocji jest Panu najbliższy?
- Lubię to co kameralne, refleksyjne. Z całą pewnością przedkładam melancholię nad radość.
Ale kiedy wychodzi Pan na scenę jest Pan człowiekiem niezwykle energetycznym, skąd czerpie Pan siłę?
- To jest w moich genach, z tym się po prostu urodziłem. Mam w sobie wewnętrzny puls, jeśli chcę coś zrobić, to nic mnie od tego nie powstrzyma.
W pracy z orkiestrą jest Pan dyktatorem?
- Dyrygent ma swoją wizję i swój sposób pracy, nie może pobłażać, ale w osiągnięciu wyznaczonego celu pomaga życzliwość. Myślę, że chyba jestem dobrym człowiekiem. Człowiekiem ze wschodu, bo urodziłem się w Grodnie i stamtąd wyniosłem sympatię do innych ludzi.
Co jest najważniejsze w zawodzie dyrygenta?
- Szukanie prawdy. Staram się dociec, co jest w utworze najistotniejsze.
9 kwietnia będzie obchodził Pan swoje urodziny, ma Pan z tej okazji jakieś refleksje?
- Posłużę się pięknymi słowami Kazimierza Kutza: Jeśli patrzę przez okno i wiem w jakim kraju jestem, jak się nazywam, i jak ma na imię moja żona, to mam powody, żeby być szczęśliwym. Cieszmy się życiem.

Dziękuję za rozmowę

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.