Co naprawdę kryje raport Millera?

Jerzy Miler, szef Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego przedstawił w piątek długo oczekiwany raport.

WARSZAWA, SMOLEŃSK. Politycy i dziennikarze dyskutują o fragmentach raportu rzuconych na żer publiczności.

Samolot z prezydentem RP i jego gośćmi na pokładzie rozbił się na smoleńskim lotnisku, gdyż piloci lądowali przy użyciu automatycznego pilota z wykorzystaniem nawigacji satelitarnej GPS. Tę prawdę jako pierwsi ujawniliśmy na łamach Super Nowości cztery miesiące temu, 4 marca. Postawiona wówczas przez nas hipoteza została w pełni potwierdzona ustaleniami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Opisano to na stronach 48 i 49 Raportu końcowego, lecz ten fragment został pominięty przy publicznej prezentacji raportu.
Mediom zaprezentowano tylko te fragmenty raportu, które służą do publicznej i politycznej dyskusji na temat stanu państwa i obarczania poszczególnych polityków winą za tragedię z 10 kwietnia 2010 r. Te wybrane fragmenty nie wyjaśniają, co faktycznie wydarzyło się w kokpicie rządowego Tu-154M w czasie ostatniego kwadransa lotu.

Samolot prowadził automatyczny pilot
Dowódca rządowego samolotu wiedział o bardzo trudnych warunkach atmosferycznych na lotnisku w Smoleńsku. Wiedział, że przy tak niskiej (40 – 50 m) podstawie chmur i słabej widoczności (około 200 m) nie ma możliwości wylądowania przy ręcznym sterowaniu samolotem. W tych warunkach nie dało się też bezpiecznie sprowadzić samolotu na pas przy użyciu działających na lotnisku w Smoleńsku prymitywnych (skonstruowanych 60 lat wcześniej) radiowych pomocy nawigacyjnych.

Kpt. Arkadiusz Protasiuk zdecydował się na zastosowanie najnowocześniejszej procedury lądowania stosowanej przez lotnictwo wojskowe NATO w warunkach bojowych. Tu-154M był wyposażony w nawigację satelitarną, działającą podobnie, jak nawigacja samochodowa. Dane z modułu GPS były przekazywane do systemu automatycznego sterowania samolotem. Wcześniej piloci zaprogramowali automatycznego pilota wprowadzając do niego współrzędne geograficzne smoleńskiego lotniska. Dane te pochodziły z kart podejścia i były określone w rosyjskim systemie kartograficznym. Tymczasem moduł GPS w polskim samolocie zaprogramowany był w systemie kartograficznym używanym w Europie i Ameryce, czyli w obszarze NATO.

“ …spowodowało to wprowadzenie błędnych danych do systemów pokładowych (GPS/FMS) samolotu Tu-154M. Przesunięcie liniowe wynikające z błędnego przyjęcia współrzędnych wynosi około 116 m w kierunku południowym.” – czytamy na 49. stronie raportu.

Samolot lądował na kierunku zachodnim, a więc przesunięcie w kierunku południowym oznacza, że samolot leciał o około 116 m po lewej stronie pasa, a piloci niewidzący ziemi w spowitym mgłą i chmurami samolocie byli przekonani, że lecą prosto na pas. Utwierdzał ich w tym kierownik lotu informując, że są na ścieżce i kursie.

Zakazana procedura
Załodze polskiego air force one nie wolno było lądować przy użyciu automatycznego pilota sterowanego sygnałami GPS. Instrukcja użytkowania w locie Tu-154M jednoznacznie nakazuje odłączenie systemu GPS/FMS od autopilota w czasie podchodzenia do lądowania.
Takie lądowania (z wykorzystaniem GPS) są wykonywane jedynie w warunkach bojowych, gdy wykonanie zadania jest na tyle ważne, aby podjąć ryzyko rozbicia statku powietrznego, a nawet śmierci załogi.

Na przykład właśnie według wskazań GPS lądowali amerykańscy marines podczas ataku na siedzibę Osamy bin Ladena. Wtedy też niedokładność wskazań spowodowała, że jeden ze śmigłowców został rozbity, na szczęście nikt nie zginął.

Niedopuszczalne jednak było zastosowanie nowoczesnej, ale wciąż jeszcze niedoskonałej, techniki wojennej do lądowania z prezydentem Polski w czasie lotu na międzypaństwowe uroczystości. O tym jednak nie wiedzieli piloci prezydenckiego samolotu, a gdy tę wiedzę zdobyli, było już za późno na ratunek.

Krzysztof Rokosz

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.