Cudownych uzdrowień ZUS-u ciąg dalszy

- Jak słyszę o tym przekwalifikowaniu się, to po prostu pusty śmiech mnie ogarnia! Jasne, na pewno każdy kierowca, szewc, krawiec, czy budowlaniec może się łatwo przekwalifikować na menadżera, albo na ekonomistę, ewentualnie na bankowca, szczególnie, kiedy jest już po 40-stce - nabija się rencista

PRZEMYŚL, RZESZÓW. Zgłasza się do nas coraz więcej rencistów „uzdrowionych” przez ZUS.

Po naszych publikacjach opisujących „cudowne uzdrowienia”, jakich dokonują coraz śmielej orzecznicy ZUS-u, do naszej redakcji zaczęli zgłaszać się kolejni renciści, których ZUS uznał za zdolnych, albo częściowo zdolnych do pracy, podczas gdy ich lekarze prowadzący mają zupełnie inne zdanie na temat ich stanu zdrowia.

Tak jest z panem Mieczysławem (45 l.) spod Przemyśla. Mężczyzna 1,5 roku temu przeszedł ciężki zawał serca. Ledwo poczuł się trochę lepiej, gdy nastąpiło u niego migotanie przedsionków. Podczas, gdy wracał do zdrowia, skończyła mu się czasowa umowa o pracę. – Jeździłem na TIR-ach – opowiada 45-latek. – Po zakończeniu umowy chorobowe wypłacał mi ZUS. Nie było miesiąca, żeby mnie nie wzywali na kontrolę, chyba podejrzewali, ze symulowałem zawał, czy co? – zastanawia się pan Mietek. Przy której kontroli lekarka -orzeczniczka wspomniała pacjentowi, że…powinien się przekwalifikować. – Nie wytrzymałem nerwowo i powiedziałem pani doktor, że najchętniej przekwalifikowałbym się na orzecznika ZUS- opowiada mężczyzna. – Wyprosiła mnie z gabinetu – wspomina.

Ostatecznie orzeczono niezdolność pana Mieczysława do pracy przez rok. W końcu listopada tego roku przyszedł czas na ponowną ocenę orzecznika ZUS jego zdolności do pracy. – No i okazało się, że jestem do niej częściowo zdolny! Niezmiernie się cieszę, że już się lepiej czuje – ironizuje 45-latek. – Mojej lekarce, kardiolog z drugim stopniem specjalizacji nie udało się mnie uzdrowić, a tu pani orzecznik ZUS tego dokonała. Doprawdy cud! – uśmiecha się sarkastycznie.

Ale tak naprawdę do śmiechu mu nie jest. Dotychczas dostawał 860 złotych renty, teraz pewnie się ona zmniejszy. Tymczasem pan Mieczysław ma 5 dzieci, z których tylko najstarsza dwójka jest już samodzielna. – Najmłodsze dziecko ma 7 lat – mówi. – Boję się z nim zostawać sam w domu, bo wiadomo, jak jest przy chorym sercu. Mogę zasłabnąć, a maluch nawet nie będzie wiedział co robić – wzdycha pan Mietek. Jakby było mało kłopotów pacjent jest uczulony na salicylany i musi brać leki nasercowe z innej grupy. – A taki Plavix na przykład, to wydatek około 120 złotych na miesiąc – opowiada mężczyzna. – W ZUS-ie uważają, że mogę „dorobić”. Tylko gdzie u licha? Kto przyjmie do pracy osobę chorą na serce? Kto mi podpisze badania lekarskie, że mogę pracować? – dopytuje się.

Monika Kamińska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.