Czarny odegrał się na kolegach

No i stało się. Piłka w siatce, Wietecha na kolanach, a obok tryumfujący Michał Czarny. Fot. Bogdan Myśliwiec

STAL STALOWA WOLA – STAL SANDECO RZESZÓW. Ten mecz gospodarze mogli wygrać różnicą nawet pięciu goli, ale były bramkarz Stalowej Woli nie dał zrobić większej krzywdy rzeszowianom.

Zielono-czarni już dawno nie gościli na swoim stadionie tak słabiutkiego przeciwnika. Wojciech Białek dwa tygodnie temu zapowiadał rozgromienie Stali Rzeszów i mogło się tak stać, ale sam napastnik Stalowej Woli nie chciał krzywdzić gości. Gdyby wykorzystał choćby część ze swoich idealnych sytuacji strzeleckich, rzeszowiacy wracaliby ze znacznie wyższą przegraną w plecaku. Mirosław Kalita ze Stalą jeszcze nie przegrał i apetyty stalowowolskim kibicom zaczęły rosnąć. A co się dzieje z jej imienniczką z Rzeszowa? Odpowiedzi na to pytanie powinien jak najszybciej poszukać zarząd klubu.
Żeby myśleć o wygranej, trzeba przynajmniej strzelać. W 8. min. Kamil Stachyra po krótkim rajdzie uderzył w boczną siatkę bramki gospodarzy. W 75. min. Tomasz Margol egzekwując rzut wolny, posłał futbolówkę obok lewego słupka bramki Bartłomieja Dydo. I były to jedyne strzały rzeszowian na bramkę stalowowolan. Ani jeden w światło! Jak na drugą ligę, to o wiele za mało.

Czarny załatwił sprawę
Stalowowolanie natarli zaraz po pierwszym gwizdku. Białek szarżował prawą stroną i huknął tak, że Tomaszowi Wietesze nie zostało nic innego, jak wypiąstkować piłkę na róg. Kornera wykonał Daniel Radawiec, a Michał Czarny zamykał akcję pod bramką gości. Futbolówka spadła mu na głowę  i wystarczyło ją tylko skierować do bramki „Balona”. Tak też obrońca Stali Stalowa Wola, a jeszcze jesienią Stali Rzeszów, zrobił.

Przez następnych 85. minut kibice oglądali festiwal strzeleckiej niemocy gospodarzy. Na przemian w deszczu, śniegu, albo gradzie i przy porywistym wietrze, zielono-czarni wchodzili w strefę obronną rzeszowian jak w przysłowiowe masło. Było to o tyle fajne, że kibice co raz zrywali się z krzesełek, a rozgrzewka w sobotę była jak najbardziej wskazana. Białek robił co chciał z obroną przyjezdnych, ale Wietecha zagiął tego dnia parol na napastnika Stalowej Woli i nie dał mu się wpisać na listę strzelców. Szczęścia próbowali też Piątkowski, Getinger i Radawiec, jednak były bramkarz Stalowej Woli, broniący dziś barw Stali Rzeszów, uwijał się jak w ukropie i oszczędził większego wstydu swojej drużynie. A swoją drogą, trener Kalita powinien porozmawiać z Białkiem, bo tylko po jednym sobotnim meczu stalowowolski napastnik mógł być królem strzelców. – Porozmawiam, ale podejrzewam, że trudno mu będzie wszczepić coś nowego, bo to przecież trzydziestoletni chłop. Ma taki styl i już. Ganić go nie będę, bo swoje zrobił. Czasami cała obrona Rzeszowa za nim biegała – odpowiada trener Stali Stalowa Wola.

Wietecha bohaterem każdego meczu
Stal Sandeco znalazła się w poważnych tarapatach. Na pewno nie tak sobie wyobrażali wiosnę trener Szymański, działacze i kibice. Bez męskich rozmów w zespole się nie obejdzie. Ot choćby z Andreją Prokicem. Facet ma dynamit w nogach, a w Stalowej Woli odstał 60 minut na murawie oczekując na zmianę. Obrońców „Stalówki” trochę straszył Stachyra, ale bez wsparcia z tyłu tylko tyle mógł zrobić. W tyłach więcej potu od innych wylał Klepczarek, a reszta obrony zdawałą się na Wietechę. Przy takiej dyspozycji swoich defensorów, „Balon” ma szansę być bohaterem każdego meczu.

STAL STALOWA WOLA – STAL SANDECO RZESZÓW 1:0 (1:0)
1:0 Czarny (3.)
STALOWA WOLA: Dydo – Demusiak, Czarny, Żmuda, Cebula – Piątkowski (77. Widz), Horajecki, Kachniarz, Radawiec, Getinger (90. Komada) – Białek (84. Fabianowski).
RZESZÓW: Wietecha – Solecki, Przybyszewski, Duda, Klepczarek – Persona, Jędryas (35. Jakubowski, 80. Rzeźnik), Krzysztoń, Nakrosius (46. Margol), Prokic (65. Górecki) – Stachyra.

Sędziował Artur Mital (Mława). Żółte kartki: Piątkowski, Horajecki oraz Klepczarek, Przybyszewski, Persona, Stachyra. Widzów 1,5 tys.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.