Czują się jak na wojnie

– Miejmy nadzieję, że już niedługo to wszystko się skończy, dlatego nie poddawajmy się i bądźmy ze stali aż do końca! – apelują Tomasz Ryznar i Konrad Baum, medycy ze szpitala w Łańcucie.
Fot. Paweł Dubiel

Tomasz Ryznar jest gastrologiem, Konrad Baum – neurologiem. Obaj pracują w Łańcucie. Od dwóch miesięcy nawet na jednym oddziale – jako zakaźnicy. Gdy ich szpital przekształcono na jednoimienny, musieli podjąć decyzję, czy tu zostaną. Nie mieli żadnych wątpliwości – od 10. tygodni każdego dnia walczą. A jakby tego było mało, dodają sił innym. Założony przez nich zespół DOC. skomponował utwór „Jesteś ze stali”. Ten jest już hymnem służby zdrowia w dobie epidemii. Także swój ostatni koncert dedykowali kolegom po fachu!

– Na pewno nikt się nie spodziewał, że może dojść do globalnej pandemii, która sprawi, że cały świat się zatrzyma. Jako lekarze, ale też po prostu jako ludzie musieliśmy się przystosować do tej sytuacji – mówi Konrad Baum. Choć nie ma wątpliwości, że nie można było do niej w pełni się przygotować: – Gdyby rok temu ktoś nam powiedział, że zostaniemy zakaźnikami, z pewnością byśmy w to nie uwierzyli. Ale kiedy już to się wydarzyło, trzeba było stanąć na wysokości zadania, nauczyć się wszystkich procedur, przezwyciężyć strach, a potem wejść do pacjenta i robić swoje – opowiada lekarz z łańcuckiego szpitala.

– Kilka lat temu oglądaliśmy film science-fiction „Epidemia”. Niedawno zobaczyliśmy go drugi raz i dziś odbieramy go jak dokument – dopowiada Tomasz Ryznar. – Początkowo wydawało się, że epidemia wszystkich przerosła. Z czasem jednak zaakceptowaliśmy to i staramy się radzić sobie w tych ekstremalnych warunkach.

Nie zeszli z dyżuru

13 marca Ministerstwo Zdrowia podało listę szpitali jednoimiennych, które miały zostać przekształcone w zakaźne i przyjmować wyłącznie chorych zakażonych koronawirusem SARS-CoV-2. Wśród kilkunastu wymienionych placówek znalazł się Szpital św. Michała Archanioła – Centrum Medyczne w Łańcucie. Władze szpitala musiały błyskawicznie przeorganizować lecznicę. A Konrad Baum i Tomasz Ryznar, podobnie jak wielu innych pracowników służby zdrowia, zdecydować, czy zostają. – To była nasza indywidualna decyzja. Nikt nas nie zmuszał, choć gdyby brakowało lekarzy pewnie byłaby taka opcja. Natomiast w naszym szpitalu praktycznie wszyscy od razu powiedzieli: „Tak”. No i jesteśmy tutaj, na pierwszej linii – opowiada Tomasz Ryznar. Dlaczego nie „zeszli z dyżuru”, gdy mogli to zrobić? – Czuliśmy się jak na wojnie, tylko że z groźnym wirusem. Ktoś musi to brzemię udźwignąć, ktoś musi pomagać ludziom. Jesteśmy lekarzami i to nasz obowiązek, w końcu składaliśmy przysięgę Hipokratesa – tłumaczy gastrolog.

11 marca odnotowano pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem na Podkarpaciu. Początkowo kolejne pojawiały się stopniowo, ale już w kwietniu mieliśmy do czynienia z gwałtownym wzrostem. Choć słowo „my” jest tu raczej nie na miejscu. Bo my – przed monitorami albo gazetami – mogliśmy tylko śledzić, jak linia na wykresie pnie się do góry. Tymczasem na szpitalnych łóżkach przybywało chorych. Jednocześnie nadchodziły dramatyczne wieści o tym, że kolejni pacjenci nie byli w stanie pokonać wirusa. Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni – wszyscy walczyli. Po pierwsze z groźnym wirusem. A po drugie, żeby nie dać się zarazić…

– To zupełnie inna praca niż do tej pory. Wchodzimy do samego epicentrum pandemii. Mamy wyłącznie pacjentów z COVID, więc to bardzo stresujące – nie ukrywa Konrad Baum.

Medycy w łańcuckim szpitalu pracują zmianowo, z 24-godzinnymi dyżurami. W większości w parach. – My z Tomkiem mamy wszystkie dyżury razem. Można powiedzieć, że obaj jesteśmy w tym momencie zakaźnikami, bo tak naprawdę nie ma podziału na specjalności. Wszyscy lekarze, którzy zostali w szpitalu, pracują jako zakaźnicy – tłumaczy Konrad Baum, neurolog – z wyboru, zakaźnik – z potrzeby. – Oczywiście gdybyśmy mieli przypadek neurologiczny czy gastrologiczny, krwawienie czy podejrzenie udaru, to oczywiście skonsultujemy go jako specjaliści. Natomiast opiekujemy się chorymi tak jak lekarze chorób zakaźnych. Mamy pacjenta z rozpoznaną chorobą. Robimy mu badania, oceniamy tego pacjenta ogólnie, wdrażamy odpowiednie leczenie. I patrzymy na efekty – tłumaczy. Do tej pory w szpitalu jednoimiennym w Łańcucie przyjęto już ponad 300 osób zakażonych koronawirusem. Niestety, 30 z nich zmarło. Te liczby mogą budzić strach.

– Naszym bliskim było bardzo ciężko. Bali się o nas. Z kolei my obawialiśmy się, że możemy się zarazić wirusem, a po przyjściu do domu narazić zdrowie całe rodziny. Początkowo nie wiedzieliśmy, jak się zachować – wspomina Tomasz. – Z czasem stres się zmniejszył. Stało się to dla nas chlebem powszednim. Musimy po prostu na siebie uważać i leczyć innych – przekonuje gastrolog, a od niedawna również zakaźnik.

Otuchy dodawało wsparcie najbliższych, ale też znajomych i całkiem obcych. – Wspaniałe jest to, że nie spotkaliśmy się z przejawami hejtu ze strony mieszkańców Łańcuta. Nasi sąsiedzi, wszyscy, traktowali nas normalnie. Nie było żadnych sygnałów, że ktoś się nas boi. To budujące – podkreśla gastrolog. A form wdzięczności dla służby zdrowia było mnóstwo – od szycia maseczek, przez fundowanie „michy dla medyka”, aż po dzielenie się choćby najdrobniejszą kwotą ze szpitalem.

Każdy błąd może skutkować zarażeniem

A jaki był najtrudniejszy moment? – Myślę, że pierwsze wejście do pacjentów w kombinezonie ochronnym. Kiedy pandemia już trwała przechodziliśmy intensywne szkolenia. Potem dostaliśmy informację, że zostajemy szpitalem jednoimiennym i każdy musiał być przygotowany na to, co będzie. Natomiast czym innym są ćwiczenia na korytarzu wśród kolegów, a czym innym zakładanie całego stroju ochronnego i wejście na oddział ze świadomością, że każdy nasz błąd może skutkować zarażeniem nas samych – przyznaje Konrad Baum. Oprócz tego w tych ekstremalnych warunkach muszą sobie poradzić ze zbadaniem pacjenta i opieką nad nim. Kiedy jednak lekarz ma na sobie strój ochronny zakrywający go aż po czubek głowy, już samo osłuchanie chorego i ocena jego parametrów życiowych trwa dłużej niż zwykle. – Proszę mi wierzyć, że w goglach, które parują po 5 minutach i potwornym gorącu, sprawiającym, że czasami człowiek wypaca z siebie ok. kilograma wody, ciężko jest to zrobić. Praca w tych kombinezonach jest obciążająca i fizycznie, i psychicznie – przekonuje neurolog. Jak mówi, po kilku tygodniach nabiera się wprawy, jest łatwiej niż na początku, ale do tego nie można się przyzwyczaić.

– Najgorsze dla nas jest to, że nie możemy mieć z pacjentami takiego kontaktu jak byśmy chcieli. Czasami, kiedy człowiek wejdzie na oddział, ma ochotę zedrzeć to wszystko i „potraktować normalnie” pacjentów. Zwłaszcza, że dziś większość z nich jest w dobrym stanie. U nas pandemia powoli mija. Od kilku dni na Podkarpaciu nie odnotowano zachorowań i mocno trzymamy kciuki, żeby to już nie wróciło – mówi Tomasz Ryznar.

Swoim najnowszym utworem muzycy z zespołu DOC. dodają sił pracownikom służby medycznej. Fot. Arch. DOC.

Optymizm obu lekarzy to ich cecha wrodzona. Po przekroczeniu „pierwszej linii frontu”, nigdy jej nie tracą. – Mamy z Tomkiem wszystkie dyżury razem, więc jeżeli wchodzimy do pacjentów, jeden drugiego ma wspierać. Dzięki temu, że jesteśmy tam we dwóch, jesteśmy silniejsi. A optymizm w tym momencie może nam tylko pomóc. Jeżeli będziemy szli do szpitala, jak na skazanie, to sami się skazujemy na większy stres – nie ma wątpliwości Konrad. – To, czy będziemy smutni czy radośni nie wpłynie na prawidłowe wykonywanie pracy, ale jeżeli nawet w takich warunkach będziemy to robić z uśmiechem, na pewno doda nam to sił – dodaje neurolog.

Gdy artystom zakazano grać…

Jeszcze do marca tym co dodawało łańcuckim medykom energii z pewnością była muzyka. Los sprawił, że kilka lat temu doskonały basista oraz wokalista o niesamowitej barwie głosu spotkali się na korytarzu łańcuckiego szpitala. Umówili się na próbę i tego samego dnia postanowili założyć zespół DOC. Niedługo potem ich płyta została uznana za najlepszą na Podkarpaciu.

Jak dziś żyją artyści, którym zakazano grać? – Jest ciężko. Dla każdego muzyka kontakt z publicznością jest najważniejszy. Można tworzyć muzykę w domu, ale jeżeli nie ma kontaktu z publicznością, zapał jest coraz mniejszy – wyznaje wokalista.

Zespół nie marnuje jednak czasu i pracuje nad nową płytą. – Co jakiś czas – z zachowaniem wszelkich zasad epidemiologicznych – spotykamy się w naszym małym gronie. Traktujemy się jak rodzina, więc sobie ufamy. Poza tym robimy na bieżąco testy. Jesteśmy odpowiedzialni i nie chcemy nikogo narazić – podkreśla basista.

Nic nie zastąpi jednak koncertów z fanami, którzy śpiewają ulubione kawałki i tańczą przed sceną. – Konrad bez tego nie potrafi funkcjonować. On jest naszym frontmanem, zwierzęciem scenicznym. Czerpie od ludzi energię i jemu na pewno jest najtrudniej – ocenia Tomek. Grupa miała już zaplanowaną całą wakacyjną trasę koncertową. Niestety, z powodu obostrzeń wszystkie koncerty trzeba było odwołać. Ponieważ dla chłopków z zespołu DOC. niemożliwe nie istnieje, zwłaszcza w czasach, kiedy trzeba podnieść ludzi na duchu, udało im się zagrać koncert akustyczny ze specjalną dedykacją dla służby zdrowia. Występ był transmitowany na żywo na antenie Polskiego Radia Rzeszów oraz na kanale YouTube.

– To było bardzo trudne, bo byliśmy rozdzieleni. Każdy z członków zespołu był w innym pomieszczeniu. Poza mną i Tomkiem. Codziennie na siebie chuchamy, więc nie byliśmy dla siebie zagrożeniem – śmieje się wokalista. Wszyscy musieli być perfekcyjnie przygotowani. Nie widzieli się, więc jakiekolwiek komunikowanie się czy dawanie znaków odpadało. – Pod względem realizatorskim wyzwanie też było ogromne. Mieliśmy próby od samego rana, a koncert był na żywo o godz. 19. Był duży stres – przyznaje Konrad.

Co więcej, publiczność była… ale po drugiej stronie monitora. – To zupełnie inny koncert niż wszystkie do tej pory! Musieliśmy sobie wyobrazić, że przed komputerami ludzie nas oglądają i mają z tego frajdę. Niesamowite przeżycie! Finalnie byliśmy bardzo zadowoleni – uśmiecha się Konrad. – Słuchało nas wielu fanów, przypadkowych osób, ale też lekarze z Katowic, z Irlandii, USA, czym byliśmy zaskoczeni – dodaje Tomek. Wszyscy chwalili, dziękowali, a domach zapewne nucili.

Utwór, który wybrał sobie premierę

„Krótka noc, płytki sen i w godzinę duchów budzisz się. Każdy dzień wygląda tak./Wiesz, że dziś kolejny raz musisz udowodnić, że cię stać być ponad tym, poskromić strach” – tak w piosence „Ze stali” muzycy z DOC. motywują wszystkich, którzy walczą na pierwszej linii frontu. Utwór krótko od premiery stał się hitem, który dodaje medykom sił. Szczególnie za sprawą mocnego refrenu, którego przesłaniem jest to, że nic ich nie złamie. Gdy raz się go usłyszy, na długo pozostaje w głowie.

Autorem muzyki jest Tomek. – Napisał ją wcześniej i z zupełnie innym zamysłem – zdradza Konrad. – Nie tworzyliśmy tego utworu w trakcie pandemii. Otrzymaliśmy propozycję zagrania hymnu dla klubu, dlatego muzyka jest mocna, energetyczna. Natomiast, kiedy zacząłem pisać tekst, stwierdziłem, że powinien być uniwersalny, dla wszystkich i dotyczyć różnych aspektów – opowiada wokalista. Utwór był właściwie skończony. Nagrali go w studio, a wybuch pandemii zmobilizował muzyków, żeby go udostępnić na YouTube jeszcze bez teledysku, nad którym dopiero będą pracować. – To był moment, kiedy pomyśleliśmy, że możemy w ten sposób dodać ludziom siły – przekonuje Konrad. – Ten utwór po prostu sam wybrał sobie premierę.

I szybko został okrzyknięty hymnem medyków na czasy pandemii. – Tak jest odbierany. Wykonaliśmy go na koncercie dla służby zdrowia, więc jak najbardziej idealnie się wpasowuje. Teraz już nawet ciężko nam o nim inaczej myśleć. Nie musimy nagrywać #hot16challenge2, bo mamy swoją drogę i swój utwór, którym pomagamy medykom – śmieje się Konrad. A fani są zachwyceni. – Dociera do nas mnóstwo sygnałów i za pośrednictwem Internetu i z samego Łańcuta, że ten numer się podoba. Często gra go Radio Rzeszów. Został również wysłany do innych stacji. Niedawno mieliśmy premierę radiową w Lublinie – opowiada autor tekstu.

Kiedy pandemia się skończy…

Pierwsza rzecz, jaką lekarze-muzycy zrobią, gdy epidemia koronawirusa się skończy i świat wróci do normalności? – Koncert oczywiście! W podziękowaniu za to, że wszyscy byli ze stali. Ja już nie mogę się doczekać – mówi z przejęciem Konrad. – Kiedy tylko będzie to możliwe, ustalamy termin.

– Zaczniemy grać regularne koncerty, poświęcać więcej czasu na muzykę, bo stres i napięcia na pewno nie służyły tworzeniu – wyznaje Tomasz. – A jako lekarze marzymy o tym, żeby to wszystko zakończyło się pozytywnie, nikt nie cierpiał i było jak najmniej zgonów. Na szczęście, pandemia powoli wygasa, a szczerze mówiąc, przygotowywaliśmy się na znacznie gorszą rzeczywistość. Tu na Podkarpaciu jesteśmy bardziej zdyscyplinowani. Mamy coraz mniej pacjentów. Powoli będziemy wracać do normalności i realizować się w swoich specjalizacjach – liczy gastrolog. – Czekamy również na to, aby każdy z nas mógł normalnie funkcjonować, wyjść na spacer jak do tej pory, spotkać się z rodzicami, znajomymi. Myślę, że teraz każdy o tym najbardziej marzy – nie ma wątpliwości Konrad.

Choć w całym kraju liczbę zakażeń groźnym wirusem notuje się w tysiącach, a zgonów w setkach, gdyby nie bohaterowie w lekarskich fartuchach, mogłoby być znacznie dłużej. Oni sami też mają tę świadomość. – Dziękujemy wszystkim kolegom po fachu za to, że wytrwali. Na pewno w innych szpitalach było gorzej, dużo strachu. Poza tym pacjenci z Łańcuta nie mogli być u nas leczeni i musieli „wędrować” do innych szpitali, więc tam też było więcej pracy niż zazwyczaj – jest przekonany Tomasz. – Myślę, że wszyscy medycy – nie tylko ze szpitali zakaźnych – stanęli na wysokości zadania. Za to chcielibyśmy im podziękować… – …i podtrzymać na duchu – dodaje Konrad. – Miejmy nadzieję, że już niedługo to wszystko się skończy, dlatego wytrzymajmy, nie poddawajmy się i bądźmy ze stali aż do końca!

Wioletta Kruk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o