Czy malutka Agnieszka musiała umrzeć

- Oni tak chcieli mieć córeczkę, a nawet nie zdołaliśmy jej ochrzcić - rozpacza Andrzej Żak, dziadek Agnieszki. Fot. Autor

Czy sąd nie mógł wcześniej zareagować i zabrać dziecka, które nie miało zapewnionej odpowiedniej opieki?

Los czasowo połączył krótkie życie Agnieszki z równie krótkim zyciem Magdy. Magda wypadła z rąk matki w Sosnowcu, rozpętując ogólnokrajową histerię. Agnieszka umarła cichutko u boku matki. Może dlatego, że była o dwa miesiące młodsza od Magdy, a może los chciał oszczędzić Radomyślowi najazdu ekip telewizyjnych. Obie, jak to się zwyczajowo pisze na małych nagrobkach, “powiększyły grono aniołków”. Ci, którzy czytać będą napisy na ich nagrobkach, zastanowią się jednak, czy tak być musiało.

Dziecię w rodzinie Anny i Marcina przyszło na świat we wrześniu. Po dwóch chłopakach, urodziła się wreszcie dziewczynka. Na okoliczność urodzin rodzice przenieśli się nawet do Radomyśla nad Sanem. Wcześniej mieszkali w sąsiedniej gminie, u matki Marcina. Coś się tam nie kleiło i żyjący w konkubinacie rodzice dwóch chłopców w wieku 5 i 6 lat zamieszkali w drewnianym domku niedaleko radomyskiego rynku. Żadnych wygód, raptem dwie izby i wygódka na zewnątrz, ale poczuli się na swoim. Sypialnię dzielić musieli z ojcem Anny. Nic nadzwyczajnego, bo w niejednej rodzinie tak jest. Pech konkubentów przyszedł w listopadowy wieczór i to pech ubrany w policyjny mundur.

- To był taki andrzejkowy wyskok i tyle. Skąd mielibyśmy na alkohol, jeżeli trudno było coś uzbierać na jedzenie? – usprawiedliwia sytuację z końca ubiegłego roku Andrzej Żak, dziadek Agnieszki. Wtedy to policjant poszedł sprawdzić, jak się sprawują podopieczni sądowego kuratora. Anna i Marcin byli objęci  kuratelą sprawiedliwości, bo nie radzili sobie w życiu, a opiekowali się wszak dwoma synami i nowo narodzoną córeczką. Policjant, można powiedzieć, wszedł w środek imprezy. Mama miała prawie 2 promile alkoholu, ojciec i dziadek powyżej czterech. Synowie grzali się przy piecu, 2-miesięczna Agnieszka drzemała w łóżeczku. Policjant nie był wyrozumiały na taką sytuację. Sporządził raport i sąd rodzinny musiał coś zdecydować. Rozprawę wyznaczono na 20. lutego.

Dwa tygodnie przed tym terminem Anna obudziła domowników krzykiem. – O czwartej rano karmiła córkę piersią. Miała ją nakarmić jeszcze raz o siódmej rano, ale maleńka nie dawała znaku życia. A wieczorem wszystko wydawało się, że będzie dobrze. Śmiała się nawet do nas – opowiada Żak.

Chore dziecko bez opieki lekarskiej

Agnieszka prawdopodobnie nie żyła, gdy zbudziła się jej matka. Była cała sina. Rodzice wezwali pogotowie, ale ratownicy nie zdołali przywrócić życia. Lekarz wypisał akt zgonu, a chwilę później do drzwi domu zapukali policjanci. Na początek zbadali trzeźwość domowników, zmierzyli temperaturę w sypialni, chcieli zebrać lekarstwa, ale ich nie znaleźli. Ciało 4-miesięcznej Agnieszki pojechało do prosektorium, by tam odczekać czas do sekcji. Dwaj jej bracia zostali oddani pod opiekę babci, a ich rodzice trafili do pokojów przesłuchań w stalowowolskiej komendzie policji. Dlaczego? Bo policjanci znaleźli podstawy do podejrzeń, że śmierć maleństwa mogła nastąpić wskutek złej nad nim opieki.

Kilka dni wcześniej Agnieszka zachorowała na ospę. Rzec można, że to normalna kolej rzeczy u dzieci. Ospa – im wcześniej przychodzi, tym mniej wyrządza szkód w organizmie. Jednak za każdym razem go osłabia. Agnieszce przyplątało się jeszcze zapalenie płuc. Może dlatego, że w domu było zimno, a może z różnych innych powodów, ale to ta choroba doprowadziła do śmierci małej istoty. Prokurator był gotów wystąpić o areszt tymczasowy dla rodziców. Nie tylko jego zaszokowało to, że opiekunowie dziecka nie wezwali lekarza, gdy objawy choroby były aż nadto widoczne. Od odosobnienia uratowało ich poręczenie wójta.

- Wystąpiłem z tak zwanym poręczeniem społecznym, bo widziałem szok matki po stracie córki i jestem przekonany, że nie będą mataczyć w śledztwie, czego najbardziej obawiał się prokurator – mówi Jan Pyrkosz, wójt Radomyśla nad Sanem. – Nie jestem przekonany o ich niewinności, ale nawet gdyby winę rodzicom udowodniono, to raczej nie była ona zamierzona. To są ludzie, którzy nie dojrzeli do pełni odpowiedzialności życiowej.

Prokurator ma głos

Gdy Anna ze swym konkubentem i synami sprowadziła się do Radomyśla, została objęta nie tylko opieką kuratora. W gminie działa zespół interdysyplinarny czuwający nad sytuacjami, które mogą budzić niepokój. W przypadku tej rodziny niepokojących sygnałów było aż nadto. Synom gmina zapewniła przedszkole, a ich rodzice dostawali zasiłek. Można powiedzieć, że samorząd w pełni wywiązał się z zadań opiekuńczych. Pozostaje tylko pytanie, czy sąd nie mógł wcześniej zareagować? Czy Agnieszka musiała umrzeć przed rozprawą, która mogłaby inaczej ułożyć jej życie? Przede wszystkim, życie!

- Na dzień dzisiejszy nie mamy podstaw podejrzewać, by były jakieś niedociągnięcia ze strony służb i instytucji powołanych do opieki nad tą rodziną – mówi prokurator Anna Romaniuk z Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. – To dopiero początek śledztwa, ale na pewno sprawdzimy, co robił ośrodek pomocy społecznej i czy w pełni ze swych zadań wywiązał się kurator. To nie była codzienna sytuacja i choćby przez to musi być dokładnie przeanalizowana.

Rodzice zmarłej Agnieszki wyprowadzili się z Radomyśla. Opiekę nad nimi przejmie zespół interdyscyplinarny z sąsiedniej gminy. W poniedziałek staną przed sądem. Tym, którego nie doczekała ich córka.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.