Czym nas straszono i kto na tym zarobił

Informacje o zagrożeniu wybuchem epidemii są niczym woda na młyn dla firm farmaceutycznych i właścicieli aptek. To one wówczas notują największe zyski.

Różnego rodzaju zarazy miały nas zdziesiątkować. Jak na razie co najwyżej uszczupliły portfele tych bardziej naiwnych i niezorientowanych.

W ostatniej dekadzie na ludzkość miało spaść wiele plag. Najpierw zagrażały nam priony (choroba szalonych krów), później SARS (nietypowe zapalenie płuc), następnie ptasia i świńska grypa, a ostatnio śmiercionośne stały się ogórki i inne warzywa skażone pałeczkami okrężnicy escherichia coli (EHEC). Wszystkie ataki zarazy jakoś udało się przetrwać i z reguły kończyło się na strachu. Na naszej niewiedzy i obawach można jednak było zarobić. I znaleźli się tacy, którzy umieli to wykorzystać.

By wywołać panikę, nie potrzeba wiele. O tym, jak łatwo nas przestraszyć, świadczą ostatnie wydarzenia w Niemczech, gdzie najpierw na cenzurowanym znalazły się ogórki przenoszące śmiercionośnego bakterie EHEC, później podejrzenie padło na kiełki, a dziś tak naprawdę wciąż nie wiadomo, co jest źródłem zarazy. Ten scenariusz powtarza się już od kilku lat. Najpierw na jakiś czas wyrzuciliśmy z menu wołowinę, bo przecież zagrażały nam priony. Później przyszła pora na drób – wiadomo: ptasia grypa. Niedawno zaś przestała smakować nam wieprzowina, bo jak ją jeść, skoro szaleje świńska grypa. Tymczasem w tym ostatnim przypadku, zwierzęta okazały się niczemu niewinne, bo źródłem wirusa A/H1N1 są przede wszystkim… ludzie.

Jak tu się jednak nie bać, skoro Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłasza piąty (w sześciostopniowej skali) stopień zagrożenia pandemią danej choroby? Szkopuł w tym, że ten alarm jest skierowany do służb sanitarnych, a nie do zwykłych ludzi. To one mają bowiem być gotowe na walkę z ewentualnym zagrożeniem, gdyby ono w rzeczywistości wystąpiło.

Czy Polaków można przestraszyć
Powszechna niewiedza i alarmujące doniesienia mediów zrobiły jednak swoje. Ludzie poddawali się strachowi, z tym, że poszczególne nacje na swój sposób podchodziły do tematu. To, co u Brytyjczyka czy Niemca wywoływało panikę, u Polaka budziło nieufność bądź sceptycyzm. – Wbrew pozorom u nas tak łatwo nie da się wywołać histerii. Większość naszego społeczeństwa wywodzi się z środowiska wiejskiego i ma pewien zakres wiedzy na tematy związane z hodowlą czy uprawą. Na pewno zaś jesteśmy w tych kwestiach bardziej świadomi od obywateli innych bardziej uprzemysłowionych krajów. – uważa socjolog Leszek Gajos.

Bardzo dobry przykład na to mieliśmy kilkanaście miesięcy temu, gdy większość Europy masowo kupowała szczepionki uodparniające na działanie wirusa A/H1N1. Polska minister zdrowia Ewa Kopacz upierała się że jest to zbędny wydatek, ponieważ te specyfiki są nieskuteczne w działaniu. Ostatecznie postawiła na swoim, zagrożenie minęło, a w kraju nie wybuchła żadna epidemia. – Minister Kopacz sporo wtedy ryzykowała, bo gdyby się pomyliła, media by ją zniszczyły. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i po raz kolejny się okazało, że zamiast ulegać emocjom, warto kierować się zdrowym rozsądkiem i posiadaną wiedzą – dodaje dr Gajos.

Kto wywołuje epidemię
Analizując statystyki zachorowań publikowane na bieżąco przez Światową Organizację Zdrowia (patrz załączone tabele), trudno nie oprzeć się wrażeniu, że staliśmy się ofiarami pewnej manipulacji. Liczba osób, które zachorowały na zdiagnozowane w ostatnich latach wirusy, i liczba zgonów nimi wywołana nijak się mają do tradycyjnych chorób zakaźnych. Gdzie więc to zagrożenie epidemią bądź pandemią, jakimi karmią nas media? Otóż jak się okazuje, funkcjonują one jedynie w języku, jakim środki masowego przekazu relacjonują bieżące wydarzenia. – Trzeba dobrze rozumieć specyfikę działalności tego sektora. Tutaj głównym towarem jest informacja. Ta zaś żyje krótko i trzeba ją sprzedawać jak najszybciej i jak najbardziej efektownie. Strach przed czymś jest zaś bardzo dobrym nośnikiem. Media po prostu tak funkcjonują i z tego żyją. – tłumaczy nasz ekspert.

Szczepionka na niewiedzę
Informacje o zagrożeniu wybuchem epidemii są też niczym woda na młyn dla firm farmaceutycznych i właścicieli aptek. To one wówczas notują największe zyski. – Nie ma co ukrywać, że sami się to tego przyczyniamy. Nie posiadając odpowiedniej wiedzy, pędzimy po specyfiki, które ochronią nas przed zakażeniem lub jego skutkami. Tymczasem by np. szczepionka była skuteczna, musimy ją przyjąć o określonej porze roku. Poza tym nie tylko my sami powinniśmy zostać uodpornieni. Weźmy pod uwagę grypę sezonową, w Polsce szczepi się na nią 5 procent społeczeństwa. By spowolnić efekt przenoszenia infekcji, musiałoby to zrobić o 30 procent więcej populacji. O tym się jednak głośno nie mówi, skoro jest popyt na dany towar. Skutki jego działania są znikome bądź żadne, ale na pewno też nikomu nie powinny zaszkodzić – tłumaczy proszący o anonimowość farmaceuta.

Zachowajmy zdrowy rozsądek
Wszystkie “epidemie”, które w ostatnich latach wybuchały, równie szybko gasły. Dla naszego kraju nie stanowiły większego zagrożenia. Źródło zakażenia nigdy nie miało miejsca  w Polsce, jedynie przyjeżdżały tutaj osoby zakażone. Warto o tym pamiętać, gdy znów usłyszymy o kolejnej szalejącej zarazie.

Piotr Pezdan

do “Czym nas straszono i kto na tym zarobił”

  1. anna

    jak nie straszyć jeżeli nie ma wiedzy to można zatrudniać w granicznej inspekcji sanitarnej na Kolejowym Przejściu Granicznym w Przemyślu od (w godz 8-15)-2 ludzi , którzy biora kase co miesiąc , łapiąc podejrzanych o niecne choroby zakażne , które stanowią zagrożenie jak w artykule a nie ma na profilaktyke chorób układu krążenia , nowotworów , ale bedzie bezpieczeństwo na euro 2012

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.