Czym załatać fotoradarową dziurę budżetową?

Minister Jacek Rostowski (z prawej) nieustannie myśli, jak zwiększyć wpływy do budżetu. W nagrodę premier Tusk (z lewej) mianował go swoim zastępcą. W końcu ten, kto zdobywa kasę, jest najważniejszy… Fot. Archiwum

PODKARPACIE, KRAJ. Statystyki styczniowe pokazują, że wpływy z mandatów za przekraczanie prędkości są dwudziestokrotnie mniejsze, niż planował minister Rostowski.

Półtora miliarda złotych planował Jan Antony Vincent-Rostowski wydrzeć w tym roku z kieszeni kierowców. Widać już, że się to nie uda. Zamiast 125 mln złotych miesięcznie, Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym w styczniu wystawiło wezwania do zapłaty na niespełna 7 mln zł. Nie wiadomo na razie, ile z tych pieniędzy uda się rzeczywiście ściągnąć do państwowej kasy.

Jedni kierowcy uważają i zwalniają po minięciu tablic ostrzegających o fotoradarze. Inni wykorzystują niedoskonałości systemu i skutecznie unikają płacenia kar. Pieniądze z sieci fotoradarów zamiast płynąć do budżetu szeroką strugą, ledwo kapią. Widać więc, że nie uda się z kieszeni kierowców wydrzeć kwoty oczekiwanej przez fiskusa. Powstała więc dziura fotoradarowa.

Dziury dziurą nie załata
Zaplanowane w budżecie 1,5 miliarda złotych ściągnąć trzeba koniecznie. Nie chodzi wprawdzie o zgromadzenie kasy na podwyżki emerytur, dofinansowanie szkół czy ochronę zdrowia. Pieniądze potrzebne są rządowi i parlamentowi. Wprawdzie marszałek Sejmu zawiesiła nagrody dla prezydium niższej izby polskiego parlamentu, to jednak pieniądze są niezbędne na nagrody dla pozostałych.

Swoją dolę spokojnie zgarnęło prezydium Senatu. Pracownikom kancelarii Sejmu wypłacono w ten sposób blisko milion złotych. Na nagrody i premie w ministerstwach wyasygnowano około 60 milionów zł. Rekordzistą jest Ministerstwo Finansów, gdzie na nagrody przeznaczono około 20 mln zł. Należy im się. W końcu to urzędnicy tego resortu gromadzą pieniądze na wynagrodzenia, nagrody i premie dla pozostałych urzędników centralnej administracji.

Podatkiem w pączka
Widmo braku środków na kolejne nagrody uaktywniło fiskalnych poborców. Prześcigają się oni w pomysłach na łatanie fotoradarowej dziury.

Najpierw wymyślili, by opodatkować karty rodzinne uprawniające rodziny wielodzietne do zniżek między innymi na bilety do kina czy wstęp na basen. Nieważne, czy dana rodzina korzysta z dóbr kultury i sportu. Ma prawo do zniżki – niech płaci podatek. W kolejności mogą zostać opodatkowane karty seniora i legitymacje uprawniające do ulg rencistów i emerytów. Można też znaleźć sposób na opodatkowanie rabatów w sklepach i obniżek na promocjach czy wyprzedażach. Przecież to zysk klienta.

Kolejnym pomysłem jest zabieranie części tego, co pracodawca daje swoim pracownikom. Wymyślono już, że pączki, które w tłusty czwartek firmy dały pracownikom, to przychód do opodatkowania.

– Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych przychodami są otrzymane lub postawione do dyspozycji podatnika w roku kalendarzowym pieniądze i wartości pieniężne oraz wartość otrzymanych w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń – kombinuje Ministerstwo Finansów.

Tym samym sposobem mogą zostać opodatkowane czekoladki, którymi za dwa tygodnie szef poczęstuje swoje pracownice. W Dniu Kobiet nikt już nie daje paniom goździków i rajstop, ale czekoladki i owszem, często się pojawiają.

Opodatkowane też mogą zostać koszty imprez integracyjnych i pakiety medyczne. Nieważne, czy ktoś uczestniczył w pracowniczym spotkaniu po godzinach. Nie ma znaczenia czy chodził do lekarza. Mógł, a więc koszt tego prawa opodatkować można. Pomysłów może być wiele, a niejednokrotnie już urzędnicy fiskusa udowodnili, że ich paranoiczna inwencja jest bezgraniczna.

W jakim kierunku pójdą pomysły urzędników Ministerstwa Finansów? Przekonamy się już wkrótce.

Krzysztof Propolski

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.