Dawne gwiazdy wciąż na fali

Fot. Archiwum

WOKÓŁ SPORTU. Trener, cukiernik, prezes, i tłumacz to zajęcia na które postawili znani sportowcy z naszego regionu. Czy nie żałują?

Jan Domarski, Antoni Weryński, Bogusław Kanicki. Te nazwiska na dobre zapisały się już w historii sportu. Bo kto nie pamięta otwierającego nam drogę do Mistrzostw Świata w Niemczech – gola na Wembley, czyje szarże przyczyniły się do wywalczenia przez szczypiornistów Stali Mielec Pucharu Polski, a kto miał niekwestionowany udział w olimpijskim sukcesie siatkarskiej reprezentacji? Sprawdziliśmy co dziś słychać u dawnych gwiazd i jak potoczyło się ich życie po zakończeniu kariery.

- Są dwa rodzaje sportowców. Jeden to taki, któremu się wydaje ze będzie grał całe życie i nie myśli co będzie jutro, nic nie planuje, nie kształci się. Jest to najgorszy scenariusz jaki istnieje. Tak było wcześniej, choć i dziś zdarza się tego typu nastawienie – mówi Antoni Weryński, kiedyś święcący triumfy szczypiornista, obecnie prezes SPR stali Mielec i… mistrz cukiernictwa. – Dziś jest zupełnie inaczej niż za moich czasów i zauważam właśnie ten drugi typ sportowców, którzy grając jednocześnie studiują, inwestują, próbują bawić się w drobny biznes – dodaje. A jak było w jego przypadku?

Stalowy prezes, co osładza życie
- Moje odejście ze sportu w 1984 r., było o tyle bolesne, że skończyłem coś pięknego – w sumie 15 lat w ekstraklasie, kontrakt na zachodzie… To zostaje na całe życie i tego mi brakowało później w mojej pracy – wspomina Mielczanin. – Byłem w tej komfortowej sytuacji, że mieliśmy rodzinną cukiernię a ja, jeszcze grając, już ją przejąłem – wyjaśnia. Były as szczypiornistów, dziś – mistrz cukiernictwa wraz z rodziną wypieka pączki oraz inne pyszne słodkości, jednak jak podkreśla, ze sportem nigdy nie skończył.

Na początku pojawił się pomysł by postawić na trenerkę. Pan Antoni zaczął nawet studia AWF w tym kierunku. Przerwał je jednak. – Doszedłem do wniosku, że nie lubię siedzieć na walizkach, i życie dziś tu, jutro tam, nie bardzo mi odpowiada. Jestem domatorem – twierdzi. Zamiast trenerem, został… prezesem SPR Stali Mielec. Opiekę nad klubem sprawuje już od 12 lat. Okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, a jego udział w reaktywowaniu piłki ręcznej w tym mieście jest niekwestionowany.

Dwa razy udało się awansować do Superligi – dziś drużyna także walczy wśród najlepszych w kraju i w poprzednim sezonie zajęła wysokie 4. miejsce, kwalifikując się do europejskich pucharów. – Mam dużo satysfakcji, że mnie i grupie ludzi działających ze mną udało się zrobić cos od podstaw. Powiedziałbym że nawet tyle, jakbym sam grał – przyznaje. – Funkcja prezesa podoba mi się bardziej niż trenera, tym bardziej, że znam się na tym co robię, mam tą łatwość. No i to ja zatrudniam dziś trenera i niech on się martwi czy walizki ma już wyciągać z szafy. Ja nie muszę – śmieje się.

Prezes i cukiernik związany jest także z… piłką nożną. – Grałem w nią cały czas i mimo swoich 62 lat gram do dzisiaj w oldbojach – przyznaje. Dlaczego nie w ręczną? – Ciężko jest w tej dyscyplinie znaleźć oldbojów, bo po tylu latach gry nie każdy zdecydowałby się na oddanie silnego rzutu piłką. Bałby się, że piłka z ręką poleci – śmieje się.
Prezes Stali dziś jest szczęśliwy, że życie tak się ułożyło. Ma rodzinę, pracę, która daje mu satysfakcję, wciąż jest związany ze sportem. – Czego więcej potrzeba? – śmieje się dawna gwiazda.

Zawodnik, trener i biznesmen
A jak wyglądała sportowa emerytura wieloletniego siatkarza Resovii, i olimpijczyka – reprezentanta kraju – Bogusława Kanickiego?
- Można uznać, że moja kariera wyczynowa zakończyła się ok. 1989 r., gdy przestałem grać w Finlandii. Tak naprawdę jednak trwało to trochę dłużej – śmieje się. – Miałem 48 lat gdy wchodziłem do II ligi jako trener i zawodnik w Orkanie Nisko. Dla zachowania aktywności grałem w AZS Politechniki Rzeszowskiej, odbijałem sobie cały czas w III lidze, poza tym byłem czynnym zawodnikiem oldbojów w reprezentacji Polski – dodaje.

Po zakończeniu oficjalnej kariery Bogusław Kanicki, jak wielu sportowców, postawił na trenowanie. Szkolił zawodników Resovii Rzeszów, Gamratu Jasło i Orkanu Nisko, choć przez sezon miał też pieczę nad jedną z fińskich drużyn.

Jako, że lubi wyzwania, spróbował swych sił również w biznesie. Wspólnie z kolegą otworzył klub “Antresola” w kinie “Helios”, w którym, rzecz jasna, nie zabrakło akcentów sportowych w postaci transmisji sportowych. Klubem zajmował się przez ok. 3-4 lata, cały czas nie zrywając jednak więzów z miejscem gdzie spędził wiele lat, czyli Finlandią. Często odwiedzał tam przyjaciela, a jak się później okazało, miał tam wrócić na dłużej…

Fińskie przeznaczenie
Zaczęło się od ogłoszenia. Fińska firma poszukiwała tłumacza ze znajomością języka fińskiego, który dla byłego siatkarza i trenera w tamtym kraju, nie stanowił problemu. – Byłem samoukiem. Przebywając wyłącznie wśród Finów musiałem się go nauczyć. Łatwo nie było. Pierwsze zdania budowałem na angielskim i niemieckim, potem zaczęły się formy jak u Piętaszka: “ja pić, ja robić”. Z czasem było coraz lepiej – wspomina były siatkarz.

Odpowiedział na ogłoszenie i od tego czasu, czyli od 2007 r., Finlandia znów jest jego “drugą ojczyzną”. – Jestem tłumaczem przy projektach, m.in. budowlanych, w których Polacy biorą udział Sprawuję nad nimi nadzór zarówno w czasie pracy jak i po niej, bo zdarza się, że np. ktoś zachoruje. Wymaga to ciągłej dyspozycji – opowiada. Taki jednorazowy projekt zajmuje nawet 4 m-ce, po których wraca na jakiś czas do Rzeszowa. Mimo, że jest to życie na przysłowiowych walizkach wciąż tryskającemu energią sportowcowi to nie przeszkadza.

- Dzięki temu mogę cały czas coś robić, być w ciągłym ruchu, a ponadto spotykać wielu ciekawych ludzi. Przez to, że znam fiński poznałem bliżej Mikko Oivanena, Antti Siltala, czy Daniela Castellaniego – wylicza. Do łatwości nawiązywania kontaktów ze sławnymi ludźmi Finlandii jest już przyzwyczajony. Kiedyś poznał nawet ówczesnego prezydenta tego kraju, fana siatkówki – Mauno Koivisto. Co więcej, korzystał razem z nim… z sauny. – Zwracałem się oczywiście do niego per “panie prezydencie”, na co on do mnie: “Jesteśmy w saunie, tu jesteśmy wszyscy tacy sami. Mów mi Mauno”. To było niesamowite – podkreśla. – Wyobraża sobie pani, że idę z prezydentem Polski do sauny? Ja też nie – śmieje się.

A jakie plany na przyszłość ma olimpijczyk z Moskwy? – Myślę ze dopóki zdrowie dopisze – odpukać, bo 58 lat już jest na karku, będę robił to, co robię. Tym bardziej, że bardzo mocno zżyłem się z Finlandią. Ten kraj na nowo otworzył mi drzwi, szanują mnie tam i doceniają. Mogę powiedzieć, ze wyrobiłem sobie tam pewną markę – mówi B. Kanicki. – Na razie się tam odnajduje aczkolwiek to w Polsce mam rodzinę, tu mam żonę, córki, wnuki. A wiadomo, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! – zaznacza siatkarska gwiazda.

Bohater z Wembley pozostał bohaterem
Jan Domarski bardzo dużo zawdzięcza piłce. To dzięki niej stał się sławny i na trwałe zapisał się historii światowego futbolu. Pewnie także dlatego nie miał dylematu, co chciałby robić po zakończeniu kariery piłkarskiej. – Rzeczywiście byłem zdecydowany by pozostać przy futbolu. Na tym się trochę znam i swoją wiedzę i doświadczenie, chciałem przekazać innym – wspomina były reprezentant Polski.

Pan Jan zajął się trenerką, którą para się do dziś. Pracuje głównie z młodzieżą, której przekazuje to czego sam nauczył się podczas obfitującej w sukcesy kariery piłkarskiej. Jego młodzi podopieczni wciąż widzą w nim strzelca bramki z Wembley, która dała naszej reprezentacji remis z Anglią i w konsekwencji wyjazd na mistrzostwa świata do Niemiec w 1974 roku. – Chłopcy rzeczywiście o tym pamiętają, choć nawet nie było ich wtedy na świecie. Odczuwam to w kontaktach z nimi. Darzą mnie chyba większym szacunkiem niż zwykłego trenera, przynajmniej tak to odczuwam. Ze swojej strony, chcę im przekazać jak najwięcej i mam nadzieję, że z tego skorzystają. – dodał pochodzący z Rzeszowa szkoleniowiec.

Legendarny piłkarz stara się też młodych ludzi zachęcać do uprawiania piłki nożnej. – Gdy ja zaczynałem trenować, brakowało boisk, piłek, sprzętu i wielu innych rzeczy. Dziś młodzież ma dużo lepsze warunki, ale brakuje jej z kolei chęci do podjęcia wyzwania. Futbol jest bowiem wyzwaniem, które oprócz niewątpliwych przyjemności, niesie za sobą pewne wyrzeczenia. Wielu nie chce ich podjąć, ja staram się przekonywać, że warto to zrobić. – zakończył Jan Domarski.

Aneta Jamroży

do “Dawne gwiazdy wciąż na fali”

  1. Włodzimierz

    Przepraszam, nie dopatrzyłem.

  2. Włodzimierz

    Podziwiam Panią, że potrafi Pani rozmawiać ze zmarłymi.
    Mój serdeczny kolega ŚP.Antoni NIE ŻYJE JUŻ KILKA LAT

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.