Do kasyna nie chodzę

Bramkarz Zagłębia Lubin, mający za sobą epizod w reprezentacji Polski, najpierw odpowiadał na pytania młodzieży i dziennikarzy, a następnie przeprowadził trening z uczniami SMS-u Resovia. Fot. Wit Hadło

PIŁKA NOŻNA. Rzeszowianin Michał Gliwa o bogatych prezesach polskich klubów, dystansie do dziennikarzy i o tym, dlaczego “bramkarz musi mieć jaja z betonu”.

Michał Gliwa był trzecim, po Łukaszu Trałce i Mateuszu Cetnarskim, gościem specjalnym Szkoły Mistrzostwa Sportowego Resovia. Bramkarz Zagłębia Lubin, mający za sobą epizod w reprezentacji Polski, najpierw odpowiadał na pytania młodzieży i dziennikarzy, a następnie przeprowadził trening z uczniami SMS-u. Wykazał się profesjonalizmem i niemałym poświęceniem, bo jeszcze kilka godzin przed wyjściem na zmrożoną płytę boiska walczył z wysoką gorączką.

– Ponoć każdy bramkarz musi mieć w sobie coś z szaleńca. Pan to ma?
– Na boisku, owszem, poza boiskiem niekoniecznie. Ja po zakończeniu meczu jestem spokojnym człowiekiem. Trzeba być również odpornym psychicznie, bo błędy się zdarzają, a gdy piłka wpadnie do siatki, to już nie ma odwrotu. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że “bramkarz musi mieć jaja z betonu”.

– Pana kariera ciekawie się układa. Trafiał pan do klubów rządzących przez charyzmatycznych prezesów-biznesmenów: Wojciecha Filipiaka w Cracovii, Zbigniewa Drzymałę w Groclinie, Józefa Wojciechowskiego w Polonii Warszawa. Którego z nich wspomina pan najmilej?
– Najbardziej polskiej piłce brakuje Zbigniewa Drzymały. To był człowiek, który wiedział, o co w tej zabawie chodzi. W jego klubie wszystko dopięte było na ostatni guzik. Pan Drzymała wykładał pieniądze, ale miał też wyniki, bo zespół grał w europejskich pucharach.

– W Polonii ptasiego mleka piłkarzom też nie brakowało. Sęk w tym, że prezes Wojciechowski miał przeróżne pomysły. Pan trafił kiedyś do osławionego Klubu Kokosa?
– Przez chwilę wszyscy się tam znaleźliśmy. Gorzej, że inne kluby zaczęły praktykować te same metody. Najpierw na Klub Kokosa się oburzano, a potem zaczęto jego idee wcielać w życie. Gdybym miał scharakteryzować prezesa Wojciechowskiego, powiedziałbym: człowiek hojny, niecierpliwy, barwna postać polskiej piłki.

– No i Wojciechowski płacił. Dziś zawodnicy Polonii nie otrzymują pensji na czas. Dobrze pan zrobił, zmieniając klub.
– Wybrałem najwłaściwszy moment, by zostawić Polonię za sobą. W Zagłębiu gram regularnie, bronię we wszystkich meczach, mam pełne zaufanie trenera Pavla Hapala. Początki były trudne, zrobiłem kilka błędów, ale potem – gdy unormowała się sytuacja w linii obrony – wszystko się poukładało.

– Nie brakuje panu świateł wielkiego miasta? Lubin przy Warszawie to wioska.
– Tylko że ja przyjechałem do Lubina grać w piłkę, a nie bawić się. Mam już 25 lat i poważnie traktuje swój zawód. Poza tym nigdy nie byłem rozrywkowym typem.

– W razie czego można wyskoczyć do pobliskiego Wrocławia, do kasyna chociażby…
– Na szczęście hazard mnie nie kręci. To największa choroba.

– Porozmawialiśmy o szefach klubów, to teraz kilka zdań o trenerach. Zdaje się, że wiele pan zawdzięcza Jose Mari Bakero, który w Polsce był raczej krytykowany.
– Pierwszy raz spotkałem się z kimś, kto poświęcał bramkarzowi aż tyle uwagi. Był przy tym szalenie drobiazgowy i wymagający, pracowaliśmy głównie nad zachowaniem podczas stałych fragmentów. Powtarzał: gra bramkarza w linii mnie nie interesuje. Dzięki Bakero poprawiłem się w grze na przedpolu, zacząłem też ustawiać kolegów na boisku. Z kolei na początku przygody z piłką miałem szczęście zetknąć się z Jackiem Kazimierskim, który trenował bramkarzy w Groclinie.

– Kto dziś jest najlepszym polskim bramkarzem?
– Wojciech Szczęsny. Wrócił do składu Arsenalu, gra coraz pewniej.

– A w ekstraklasie?
– Jest Darek Trela w Piaście Gliwice, Jakub Słowik w Jagiellonii, ale mój numer jeden to Słowak Dusan Pernis z Pogoni Szczecin. Niezbyt efektowny, za to dość skuteczny.

– Pytam w kontekście nowego rozdania w reprezentacji. Upłynął właśnie rok, odkąd zadebiutował pan w kadrze w towarzyskim meczu z Bośnią i Hercegowiną.
– Na razie kadrą głowy sobie nie zaprzątam. Na takie wyróżnienie trzeba zasłużyć, więc gdy będę bronił lepiej, wtedy pomyślę o reprezentacji.

– Pan jako jedyny wychowanek Orłów Rzeszów dostał się i utrzymał na szczycie. Wojciech Reiman czy Krzysztof Hus tyle szczęścia nie mieli.
– Właśnie. Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele zależy od szczęścia. Mieliśmy w Orłach świetny rocznik, zdobywaliśmy mistrzostwo Podkarpacia, graliśmy w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Niestety, sporo chłopaków przepadło przez kontuzje.

– Dobrze się nam gawędziło i dlatego zastanawiam się, skąd u pana niechęć do dziennikarzy?
– To prawda, nie przepadam za wami. Wywiady to nie jest mój żywioł i pewnie dlatego nie mam dobrej prasy. Nie zamierzam jednak z tego powodu płakać (śmiech).

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Skomentuj

Uważaj, co piszesz. W Internecie nie jesteś anonimowy!

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.