Do św. Jakuba w czasach pandemii

Podróże Michała można śledzić na prowadzonym przez niego blogu: todreams.eu oraz profilu na Facebook’u o tej samej nazwie. Fot. arch. prywatne

Najpiękniejsza droga świata”, „główna ulica Europy”, „droga wiary”… To jej szlakami wędrowało co roku tysiące pielgrzymów. W czasach pandemii tylko nieliczni udają się do do Santiago de Compostela. Wśród nich jest – Michał Maruszak, który do grobu św. Jakuba dotarł 24 lipca – czyli w wigilię wspomnienia apostoła. Czego można nauczyć się podczas samotnej wędrówki? O czym myśli się przemierzając pieszo setki kilometrów? Co czuje pielgrzym, który musi zmierzyć się z własnymi słabościami?

– Od dawna chciałem przejść Drogę Świętego Jakuba, jednak odkładałem to w czasie. W tym roku planowałem pojechać na 2 miesiące na Kaukaz, ale niestety Gruzja się zamknęła i nie było takiej możliwości – opowiada Michał Maruszak z Nowosielec, koło Przeworska. Szukał alternatywy, bo wziął już kilkutygodniowy bezpłatny urlop. – W końcu pomyślałem: „Czemu nie Camino de Santiago?” Kupiłem bilety do Hiszpanii i poleciałem – mówi. Wędrówki „drogą wiary“, która przecina Europę zakosztował kilka lat temu. W Polsce. – Nie mając planów na wolny weekend, wybrałem się na jeden z odcinków Camino na Podkarpaciu. Potem obejrzałem bardzo popularny w środowisku caminowiczów film „Droga życia” i sam zacząłem marzyć, żeby pieszo dotrzeć do Santiago de Compostela – zdradza nasz rozmówca. Marzenie się ziściło!

Michał obrał drogę Camino Primitivo, tzw. Drogę Pierwotną, która prowadzi z Oviedo do Melide, a stamtąd łącząc się z Camino Frances, do Santiago de Compostela. Według legend, pierwszym pielgrzymem zmierzającym tymi ścieżkami był król Asturii Alfons II Cnotliwy, który wyruszył już w IX w. – To bardzo uroczy szlak, po części górski. Jest wymagający, ale piękne widoki i natura wynagradzają wysiłek – zapewnia chłopak, który codziennie pokonywał średnio 30 km. – Każdego dnia planowałem dany etap, jednak nie zawsze udawało się zrealizować zamierzenia. Kiedyś przeszedłem 15 km, a innym razem ponad 40 km.

– Na początku wędrówki otrzymałem paszport pielgrzyma, w którym z każdego miejsca zbierał pieczątki. Na ich podstawie dostaje się compostelę, czyli certyfikat potwierdzający przejście Drogi św. Jakuba. Warunkiem jest pokonanie co najmniej 100 km pieszo lub 200 km – rowerem – tłumaczy Michał Maruszak. Fot. arch. prywatne

Zdezynfekowany od stóp do głów

Przez lata tysiące ludzi przemierzało Hiszpanię, aby uklęknąć przed grobem jednego z dwunastu apostołów. Ten rok jest wyjątkowy. Obostrzenia wynikające z pandemii dotarły nawet na szlak. – W miejscach publicznych trzeba przebywać w maseczkach – zaznacza pielgrzym. – Pielgrzymów jest dużo mniej niż wcześniej. Zdarzyła mi się nawet sytuacja, że w albergu, czyli schronisku, byłem sam, albo z tylko innym Polakiem. Właścicielka dziękowała nam nawet, że przyszliśmy Camino, bo nie ma z czego żyć – wspomina Michał.

– Śledziłem stronę poświęconą osobom przemierzającym Camino i wybrałem miejsca na nocleg, w cenie, na którą mogę sobie pozwolić. Niestety – mimo informacji, że są otwarte, większość okazała się zamknięta. W efekcie musiałem nadrabiać kilometry. Gdy w końcu trafiłem do miejsca, gdzie mogłem przenocować, też odbiłem się od drzwi, bo pielgrzymów przyjmowano do godz. 21, a ja dotarłem tam o 23 – tłumaczy chłopak. Pozostał mu nocleg pod rozgwieżdżonym niebem. – Rozłożyłem się na ławce przed budynkiem. Po jakimś czasie przyjechali policjanci, ale nie przejęli się mną specjalnie i pojechali dalej. Ostatecznie wyszło do mnie starsze małżeństwo Hiszpanów. Pani wytłumaczyła, że jest hospitalero, zajmuje albergiem i mnie wpuszczą – relacjonuje caminowicz.

Jakie zasady pandemiczne panują w schroniskach? – Na pierwszym noclegu zostałem posadzony na krześle i zdezynfekowany z góry na dół… razem z plecakiem. Nie zapomniano o niczym, nawet podeszwach! – śmieje się Michał. – Byłem w dużym szoku i obawiałem się, że dalej też tak będzie, ale wszystko zależy od osób, które prowadzą schroniska.

W przypadku całej infrastruktury na szlaku, jest dobrze rozwinięta. – W Hiszpanii są bary, restauracje, sklepy, czy postoje dla pielgrzymów, gdzie mogą uzupełnić butelki z wodą. W normalnych warunkach wystarczy dobrze przeanalizować mapę, by znaleźć to, czego potrzebujemy – stwierdza pielgrzym. Jest jedno „ale“. – Należy się przestawić na hiszpańską mentalność i nie dziwić np. tym, że w niewielkiej wiosce łatwiej znaleźć bar niż sklep. Szczególnie w sobotę lub niedzielę. Niestety, byłem przygotowany, że w sobotę popołudniu zrobię gdzieś zakupy, tymczasem sklep był zamknięty. Dwa bary obok – już nie – konstatuje.

Michał jest pod wrażeniem gościnności i otwartości Hiszpanów. – Każdy, kogo spotkałem, witał mnie z uśmiechem, zagadał. Oni są bardzo pozytywni, mocno ekspresyjni. Jadąc tam, znałem może 4 słowa po hiszpańsku, a zdołałem się dogadać, mimo że oni nie rozumieją angielskiego. Z ich gestów i ekspresji można bardzo wiele wyłapać – przekonuje Michał.

Hiszpanie słyną też ze wspaniałej kuchni. – Jestem bezglutenowcem i w podróży często mam z tym problem. A tutaj mogłem spróbować wiele potraw – paellę…, tartę galicyjską – wylicza pielgrzym. Asceza i post to domena średniowiecznych pątników. – U mnie wynikał on raczej z przypadku. Czasem nie jadłem prawie dobę, bo nie wybrałem wystarczająco dużo pieniędzy, a w okolicy nie było bankomatu – mówi. – Zdarzało się, że po drodze nie natrafiłem na żaden sklep, albo gdy już był, to zamknięty. No i jest jeszcze sjesta – o tym, że Hiszpanie mocno jej przestrzegają, też trzeba pamiętać – dodaje śmiejąc się.

Fot. Pixaby

Kiedy ciało mówi dość

Jednak gdy ma się do pokonania 400 km, na sjestę nie ma czasu. Co zatem ze sobą zabrać, by nie upaść pod ciężarem bagażu? – Jak najmniej. Nie warto brać ubrań na cały wyjazd. Może i trzeba je codziennie prać, ale przynajmniej nie nosi się tego na plecach – podkreśla Michał. – Dziś już wiem, że najważniejsze na Camino są plecak z dobrym pasem biodrowym, bo odciąża nasz kręgosłup oraz buty. Kiedy są złe, a moje takie były, pojawiają się pęcherze, ból i problemy na trasie – nie kryje. Przyznaje też, że liczył, iż z trasą poradzi sobie znacznie lepiej. Tymczasem już po pierwszym dniu i pierwszych 40 km jego stopy pokryły się pęcherzami. – Drugiego dnia ślimaczyłem się przeokrutnie. Dużo osób mnie mijało. Dopadł mnie kryzys. Zastanawiałem się, czy w ogóle dotrę do Santiago, a Finisterrę całkowicie odsunąłem na kolejny rok – wyznaje.

Co było najtrudniejsze w całej wędrówce? – Głowa. Przekonanie samego siebie, że warto iść i dam radę to zrobić – odpowiada bez namysłu. – Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić. Ból cały czas mi towarzyszył. Każdego dnia go przezwyciężałem i szedłem kolejne 20 – 30 km – relacjonuje nasz rozmówca. Ani przez sekundę nie pomyślał, by się poddać. – Wycofanie się było ostatecznością. Brałem to pod uwagę, gdyby rozwinęła się pandemia, a szlak został zamknięty, ale w innej sytuacji nie – zaznacza.

Starał się więc nie myśleć ani o otarciach, ani doskwierającym upale. Po prostu szedł. Krok za krokiem. Z każdym dniem było coraz lepiej i mógł zwiększyć tempo nawet mimo bólu. – Nie wiem, skąd się to bierze. Być może człowiek jest tak stworzony, że potrafi przekonać do czegoś swoją głowę, nawet gdy ciało mówi dość – zastanawia się. Choć niemal dwa tygodnie wędrował w pojedynkę, nie doskwierała mu samotność. – Ja nawet chciałem jechać sam, bo wtedy człowiek otwiera się na innych. Dużo podróżuję i gdy robię to bez towarzystwa, zawsze mogę liczyć na poznanie ciekawych osób. Teraz też tak było. Zamieniłem z kimś słowo, dwa, czasem wysłuchałem ich zwierzeń, albo po prostu maszerowałem obok – mówi pielgrzym.

Na trasie natrafił na czwórkę Polaków. – Część z nich przyjechała turystycznie, bo szlak jest nie tylko dla wierzących, ale również turystów, którzy chcą zobaczyć kraj od innej strony. Wędruje się głównie przez wioski, a tutaj Hiszpania jest trochę inna niż ta, którą znamy z folderów – nie ma wątpliwości. – Poznałem też Holendra, który prowadził firmę turystyczną, a teraz chce propagować Camino w swoim kraju – opowiada Michał. – Przez 2 dni pielgrzymowałem z Polakiem ze Śląska. W jego przypadku również Covid sprawił, że trafił do Hiszpanii, po kilku latach wrócił na szlach św. Jakuba.

Fot. Arch. prywatne

Liczy się tu i teraz

Mówi się, że maszerując „najpiękniejszą drogą świata“ można odnaleźć siebie. – Na pewno jest dużo czasu, żeby zastanowić się nad swoim życiem, ale też oddalić od siebie wszystkie problemy. Nie interesuje cię daleka przyszłość. Myślisz o tym, dokąd masz dziś dojść, gdzie przenocować i żeby sobie kupić jedzenie – wylicza Michał. – Człowiek odpoczywa psychicznie. Wraca do spotkań z dopiero poznanymi osobami.

O czym jeszcze myśli się na Camino? – Chyba żeby dojść do końca – śmieje się. Nieraz wyobrażał sobie ten moment. – Na trasie zapytałem poznanego chłopaka: „Jak to jest wejść do Santiago?” Odpowiedział: „Z jednej strony pragniesz tam już dojść, a z drugiej celowo opóźniasz ten moment. Idziesz wolniej niż dotychczas, żeby napawać się tym momentem. Nie chcesz kończyć tej drogi” – wspomina. I dodaje: – U mnie było podobnie. Chciałem już dotrzeć do św. Jakuba, a jednocześnie było mi żal, że ta droga się już kończy.

Kiedy stanął u progu romańskiej katedry, był przeszczęśliwy. – To niezwykłe przeżycie dotrzeć do grobu św. Jakuba. Oczywiście, że o nim słyszałem, czytałem, oglądałem filmy, ale w końcu na własne oczy mogłem zobaczyć to miejsce i dokładnie tu się pomodlić – zauważa caminowicz.

Michał dotarł do grobu św. Jakuba z kolegą, którego spotkał w Melide – tuż przed Santiago. Wbrew pozorom to nie był koniec ich wędrówki. Według tradycji, pątnik, który docierał do Santiago, udawał się jeszcze do oddalonego o ok. 90 km – przylądka Finsterre (tłum. kraniec Ziemi). Po wielomiesięcznej podróży mył się w oceanie i zabierał muszle św. Jakuba, które można znaleźć tylko tam.

– Niestety, gdy doszliśmy do Santiago, motywacja bardzo nam spadła. Można powiedzieć, że plan był zrealizowany. Mówiłem, że idę do Santiago i doszedłem. „Może lepiej spędzić ten czas leżąc i nic nie robiąc?” – rozważał ze swoim towarzyszem. W końcu jednak ruszyli przed siebie i po 3 dniach zobaczyli Finisterrę. Może i mimo gęstej mgły niewiele widzieli na tym „końcu świata”. Nawet potężny ocean był ledwie widoczny. Jednak tego uczucia, gdy stanęli przy słupku z napisem „0,000 km” nic im nie zastąpi. – Dla mnie dotarcie do Finisterry było klamrą spinającą całość. Osiągnąłem cel, który sobie wyznaczyłem. Natrafiłem tam również na Polaka, którego kilka dni wcześniej zostawiłem w tyle, a mój kumpel spotkał chłopaka, z którym przyleciał do Lourdes przed miesiącem. Kraniec świata okazał się miejscem spotkań – uśmiecha się.

Gdy cieszą małe rzeczy

Gdy następnego dnia pojechał do Madrytu, czuł się nieswojo wśród miejskiego zgiełku. – Myślami wracałem na Camino. Zastanawiałem się, co dalej. Okazuje się, że nogi bardzo szybko się regenerują, a człowiek ma ochotę znowu wyruszyć – zdradza Michał. – Chciałbym wrócić na szlak i przejść trasę portugalską. Nie wiem, czy to będzie za rok, dwa czy za 10, ale na pewno to zrobię…

– Kiedyś przeczytałem wyznanie jednego z pielgrzymów, że chce jeździć co 3 lata, aby sobie przypomnieć, jak niewiele człowiek potrzebuje – dachu nad głową, czegoś do jedzenia, prysznica. To wystarcza. Miał rację. Człowieka w drodze cieszą małe rzeczy – przekonuje Michał. Nie marzy się „nie wiadomo o czym”. Któregoś dnia ze spotkanym na trasie Adamem schodziliśmy z przepięknego górskiego odcinka – Ruta de los Hospitales, gdzie w przeszłości były szpitale dla pielgrzymów. To trudny fragment, ale widoki są zachwycające – opisuje nasz rozmówca. Okazało się, że w miejscowości, w której chcieli przenocować, zabrakło miejsc i musieli iść dalej. – Maszerując w tym skwarze, zmęczeniu, z kończącą się wodą, pomyślałem sobie: „Ale bym chciał teraz popływać w basenie!” Doszliśmy do następnego alberga, które było nawet tańsze od poprzedniego. A tam okazało się że… mieli basen. Marzenie się spełniło! I to całkiem szybko – śmieje się.

Michał Maruszak ma za sobą wiele dalekich wyjazdów, krótkich wypraw i podróży autostopem. Pielgrzymkę do Santiago de Compostela trudno porównać do jakiejkolwiek z wypraw. – Dziś wydaje mi się, że spotkania z ludźmi, przygoda są ważniejsze, aniżeli zwiedzanie kolejnych muzeów, oglądanie budynków, które w gruncie rzeczy niewiele się od siebie różnią – ocenia. – W każdym mieście jest jakiś rynek, wszędzie może być zamek. To ciekawe, ale najważniejsi są ludzie. A tych znajdziesz na drodze do Camino.

Wioletta Kruk

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
były kleryk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
były kleryk
Gość
były kleryk

A jakiej to on jest sekty ?
PIERWSZE PRZYKAZANIE BOŻE
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.
Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemia. Nie będziesz się im kłaniał ani służył. Ja jestem Pan, Bóg twój, mocny, zawistny, karzący nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą; a czyniący milosiedzie tysiącom tych, którzy mię miłują i strzegą przykazań moich.