Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą

Z narzeczonym Łukaszem Achrukiem w górach Czarnogóry. Fot. Zbiory prywatne Kingi Byzdry
Z narzeczonym Łukaszem Achrukiem w górach Czarnogóry. Fot. Zbiory prywatne Kingi Byzdry

Rozmowa z Kingą Byzdrą, piłkarką ręczną Buducnost Podgorica i reprezentacji Polski, wychowanką JKS-u Jarosław.

Kinga Byzdra w styczniu skończy zaledwie 25 lat, ale już należy do najbardziej doświadczonych piłkarek w reprezentacji. W koszulce z orzełkiem wystąpiła 104 razy, zdobyła 231 bramek. W zakończonych niedawno mistrzostwach świata w Serbii zagrała we wszystkich meczach, odpowiadała głównie za defensywę. Wychowanka JKS-u Jarosław występuje w Buducnost Podgorica, czołowym klubie Europy.

– Jak minęły pani święta?
– Cudownie było się znów spotkać z rodziną. Szkoda tylko, że tak krótko. W drugi dzień świąt wyruszyłam do Podgoricy, bo w piątek rano mieliśmy trening.

– Tęskni pani za Polską?
– Najbardziej tęsknię za bliskimi. Wiedziałam jednak na co się pisze, zostając zawodowym sportowcem. Z rozłąką jakoś sobie radzę, choć nie ukrywam, że miewam kryzysy.

– Tydzień temu walczyła pani w Serbii o medal mistrzostw świata. Jest pani rozczarowana, że nie udało się go zdobyć?
– Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Gdyby przed turniejem ktoś powiedział, że Polska dotrze do półfinału i zakończy mistrzostwa jako czwarta drużyna świata, uznano by go za wariata. Po porażce z Danią w meczu o brąz pojawił się smutek, ale zniknął jak tylko wróciłyśmy do kraju. Gdy usłyszałyśmy tyle pochwał, zetknęłyśmy się z tyloma wyrazami sympatii, dotarło do nas, jak wiele w Serbii osiągnęłyśmy.

– Ponoć w reprezentacji jest teraz sielsko i anielsko. To właśnie kapitalna atmosfera w największym stopniu przyczyniła się do sukcesu?
– Atmosfera rzeczywiście odgrywa znaczącą rolę. Na kadrę przyjeżdża się z przyjemnością. Wiem, że mogę zaufać każdej z dziewczyn, że możemy na siebie liczyć. Jednak ta chemia nie zrodziła się w Nowym Sadzie czy Belgradzie, ale znacznie wcześniej. Gdy zaczynałyśmy preeliminacje do turnieju głównego, a potem podczas baraży ze Szwecją.

– Kim Rasmussen to chyba ktoś więcej niż trener?
– Świetnie nam się współpracuje. Zaufałyśmy trenerowi, on zaufał nam. Dużo rozmawiamy, nie tylko na tematy związane z piłką ręczną. Trener chce wiedzieć, jak się czujemy. To są partnerskie relacje, Kim Rasmussen niczego nie narzuca, nie jest typem dyktatora.

– Grała pani w każdym meczu, odpowiadając głównie za defensywę. Nie korciło panią, żeby pobiec do ataku?
– To zaszczyt grać w reprezentacji. Nie ma znaczenia, czy bronię dostępu do własnej bramki, czy zdobywam gole. Trener widział mnie w takiej roli, zresztą podobne zadania wykonuję w swoim klubie. O czym tu w ogóle mówić. Przecież w tej drużynie nie było podziału na zawodniczki pierwszoplanowe i drugoplanowe. Dziewczyny, które siedziały na ławce, pomagały w równie wielkim stopniu.

– Ponoć łatwiej wspiąć się na szczyt, niż się na nim utrzymać.
– Ależ my nie zamierzamy spocząć na laurach! Mamy swoje ambicje, chcemy być częścią każdej wielkiej imprezy. Teraz priorytetem są mistrzostwa Europy, które odbędą się w Chorwacji i na Węgrzech.

– Kolega, który często podróżuje po Bałkanach prosił, żebym spytał panią jacy naprawdę są Czarnogórcy. Podobno to najbardziej dumny i wyniosły naród w tej części Europy?
– O Czarnogórcach mówi się “barbarzyńcy”. To stereotyp i do tego szalenie krzywdzący ludzi, którzy są bardzo otwarci, życzliwi i pomocni. W Podgoricy zostałam miło przyjęta przez kibiców, szefów klubu, sztab trenerski, Bojanę (Bojanę Popović, legendę światowego szczypiorniaka, obecnie dyrektor sportową Buducnost – red.). Na każdym kroku czuję ich wsparcie. Tutaj kładzie się nacisk na dobre samopoczucie. W klubie wiedzą, że szczęśliwy zawodnik to lepszy zawodnik. Genialnie proste.

– Ma pani jakieś ulubione miejsce w Czarnogórze. To przecież uroczy zakątek świata.
– Razem z moim narzeczonym (Łukaszem Achrukiem, piłkarzem ręcznym czarnogórskiego Lovcen Cetinje – red.) wolny czas spędzamy najchętniej nad morzem. Ale oczywiście Czarnogóra to nie tylko Adriatyk. Są tu góry i jeziora, przyroda jest pięknie zróżnicowana. Bardzo dobrze się czujemy w tym kraju.

Buducnost (Przyszłość) Podgorica w żeńskim szczypiorniaku znaczy tyle, co Chelsea w futbolu. Kinga (w środku) w towarzystwie serbskiej kołowej Dragany Cvijić (z lewej) i niemieckiej bramkarki Clary Woltering.
Buducnost (Przyszłość) Podgorica w żeńskim szczypiorniaku znaczy tyle, co Chelsea w futbolu. Kinga (w środku) w towarzystwie serbskiej kołowej Dragany Cvijić (z lewej) i niemieckiej bramkarki Clary Woltering.

– Występuje pani w Buducnost, klubie z najwyższej półki. Jak duże zainteresowanie wzbudzają w Czarnogórze piłkarki ręczne?
– Na nasze mecze przychodzi 4-5 tysięcy kibiców. To fanatyczna publika, doping jest niesamowity! Czarnogórcy żyją sportem. Osiągają sukcesy w piłce ręcznej, koszykówce, piłce wodnej, piłce nożnej, nawet siatkówce. W takim miejscu przyjemnie być sportowcem.

– Czytałem w “Przeglądzie Sportowym”, że koleżanki z drużyny uczyła pani gotować. Nadal to pani robi?
– Zaprosiłam kilka dziewczyn do siebie na obiad. Nic więcej. Dziennikarz wszystko przekręcił, a na koniec dał tytuł “Polska księżna na Czarnogórze”. Mało fortunny.

– Zaczynała pani kilkanaście lat temu w Jarosławskim Klubie Sportowym. Pamięta pani te zamierzchłe czasy?
– Jak mogłabym zapomnieć! Najpierw był mój trening, potem zostawałam popatrzeć jak ćwiczy mama (Małgorzata, która w 1997 roku zdobyła z JKS-em brązowy medal mistrzostw Polski – red.). Często wspominam te wspaniałe czasy. Jestem w kontakcie z Galą Kowalenko, moją pierwszą trenerką. Rozmawiałyśmy zaledwie kilka dni temu. Korzystając z okazji, chciałam ją serdecznie pozdrowić.

– Dostrzegłem u pani tatuaż. Co ma pani napisane z boku talii?
– Łacińską sentencję “Dum pugnas, victor es” – Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Odnosi się do sportu i życia. Mam też kilka innych tatuaży, ale nie powiem jakich, ani gdzie. Zrobiłam je dla siebie, a nie na pokaz.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments