Ernest wolał skoczyć w objęcia śmierci, niż żyć

Znicze na osiedlowej ścieżce kiedyś się wypalą. Zostaniemy z pamięcią o młodym chłopaku i wicznie powracającym pytaniem, czy nie mogliśmy cos zrobić?

Nie szukał wysokiej tamy ani mostu. Wjechał windą na ostatnie piętro i nie cofnął się. Spadł obok trzepaka, na którym w ciepły wieczór siedzieli jego rówieśnicy.

Szkoła w żałobie, rodzice na skraju  wyczerpania, dziewczyna wytykana palcami przez znajomych. To najskromniejszy bilans dramatycznej decyzji młodego chłopaka, który uznał, że dorosłe życie nie ma sensu. Życie, którego na dobrą sprawę nie zaznał. Nie zaznał nawet prawdziwej młodości, do której każdy chce wrócić, przynajmniej w myślach. Myśli Ernesta poszybowały w górę, za światłem, które w jego doczesności zgasło, gdy zapadał zmrok ostatniego czwartku sierpnia. Było ciepło, przy trzepaku wesoło gawędziła grupka młodych osób. I nagle…

Chłopak spadł z dachu 11-piętrowego bloku. Upadł na betonowe podłoże. Z widokiem szczątek musiał się zmierzyć lekarz, biegły z medycyny sądowej. Policjanci z szacunkiem osobie zmarłej, odwracali twarze w kierunku gapiów, których wcale nie było tak wiele. Strach? Może obawa, że jakieś fatum zawisło nad Stalową Wolą? Plotki zrobiły swoje, a wiadomo, co jest w każdej plotce.

Pięć samobójstw i każde po skoku
Ernest nie był pierwszym, który pod wpływem jakiegoś impulsu pożałował, że się urodził. Młoda dusza się buntowała i rwała do przodu. Dziś koledzy jego mówią, że życie go nie rozpieszczało, ale czy to był powód, by się z nim rozstawać?

- To raczej nie był przypadek zamierzony – mówi psycholog Włodzimierz Ziajko. – Ten chłopak chciał coś zamanifestować, na pewno dawał jakieś znaki, tylko że nikt z otoczenia nie potrafił ich dobrze odczytać. Mówiąc prościej, w krytycznej dla niego chwili, nie było przy nim nikogo.

Te słowa obleją zimnym potem każdego. W czasach Internetu i kamer na każdym kroku, zdarzają się chwile bezosobowej pustki. Taką chwilę miał 17-letni chłopak z centralnego osiedla Stalowej Woli. Za kilka dni miał rozpocząć nowy rok szkolny. Zdecydował, że żywot zakończy na ostatnich wakacjach. Coś się zdarzyło w jego młodym życiu, że wszedł na dach wieżowca, który stoi niedaleko jego bloku. Tam akuratnie nie ma kamer. Nie wiemy więc, czy stał chwilę, czy też wszedł na skraj dachu od razu skoczył. Krótka decyzja i rozstanie ze wszystkim.

Skok 17-letnego chłopaka był piątą w tym roku śmiercią z wyboru w Stalowej Woli. W całym powiecie skutecznie targnęło się na życie kilkanaście osób. Jednak wszystkie samobójstwa stalowowolskie to skoki w śmiertelną przepaść. Czy nie można przy tym mówić o fatum? Coś w tym jest, ale psycholog Ewa Kosak, radna miejska i wykładowca akademicki, przestrzega przed takimi uogólnieniami. – Każdy z tych przypadków jest inny, ma inne podłoże, jak różne jest każde życie – mówi.
Niepokoje związane z samobójczymi skokami zaczęły się jesienią ub. roku, gdy z dachu wieżowca przy ul. Wojska Polskiego spadł inny 17-latek. Śledczy wykluczyli udział osób trzecich w tamtej śmierci, więc jasne było, że chłopak sam przerwał nić swego życia. Później było kilka innych dramatycznych wypadków wśród młodych stalowowolan, ale doszukiwanie się jakiejś w nich wspólnoty, było stratą czasu. Jednak do czasu, gdy Ernest wykonał krok w śmiertelną czeluść. Przed nim tak zrobił mężczyzna w średnim wieku, który nie chciał dożyć maja i wychylił się z okna własnego mieszkania przy ul. Okulickiego. W najbardziej kwiecistym miesiącu, z mostu na Sanie, w otchłań mętnej wody skoczyła 69-letnia kobieta. Kilka dni przed Ernestem, z okna własnego mieszkania wyskoczyła kobieta 54-letnia. Ta śmierć zdarzyła się tuż obok; raptem dwie przecznice. Ale była śmierć jeszcze inna. W marcu z dachu wieżowca przy Al. Jana Pawła II w objęcia zaświatów rzucił się młodzieniec, który ledwo wszedł w trzecie dziesięciolecie. Te wieżowce wręcz „widzą się”. Dwa młode życia miały jakiś wspólny motyw, nie tylko dramatyczny kres.

Dajcie spokój dziewczynie
- Znali się długo i nie raz się rozstawali, ale do siebie wracali – kolega Ernesta mówi o młodzieńczej przyjaźni z dziewczyną. – Pewnie i tym razem doszło do jakiejś sprzeczki, ale on nie był miękki i to nie mogło być powodem samobójstwa.

Tuż po śmierci, fora internetowe rozgrzały się od epitetów pod adresem nastolatki. Zdarzały się nawet wołania o jej publiczne opluwanie, wygwizdywanie. Z tłumu „opluwaczy” wychylił się ktoś, kto przypomniał marcowy zgon 23-latka, z bloku przy Al. Jana Pawła II, i zapytał: – Czy nie dość dramatów? Chcecie kolejnej śmierci?

Uspokoiło się
W próżni zawisło jednak pytanie, czy tak musiało się stać? Na pewno nie i co do tego, nikt nie ma wątpliwości. Śmierć zawsze jest za wcześnie, ale niepokojący jest obniżający się wiek samobójców. To swoisty znak czasów, które charakteryzują się wcześniejszym dojrzewaniem, dostępem do multimediów, ale czy to ma być związane z niechęcią do życia, którego inni kurczowo się trzymają? Bardzo częstą przyczyną samobójczych dramatów była i jest nieskuteczna walka z chorobą, jednak to raczej symptom wieku dojrzałego. W wieku młodym, człowiek też walczy, ale z emocjami, z inną wizją świata układaną we własnych zmysłach i świata rzeczywistego. To o wiele trudniejsza walka. Tym bardziej, że trudna do zauważenia. Z nóg dosłownie zwalają dane, wg których, drugą przyczyną śmierci w wieku 15-24 lata, są samobójstwa!

Jak przy każdym takim zdarzeniu, śledczy dokładnie analizowali wszystkie znalezione, tu może lepiej pasuje słowo „pozostawione”, ślady Ernestowej doczesności. Udało nam się zajrzeć do jego strony na Facebooku. Ani jednego symptomu, że coś jest nie tak. Pokazaliśmy ją psychologowi, który też nie znalazł śladu niepokoju, poza normalnym młodzieńczym buntem. Czy to mogła być śmierć w wyniku medialnego natężenia informacji o innej śmierci, a w przypadku Stalowej Woli skoków z wysokości? – Zdecydowanie nie – mówi W. Ziajko. – Byłyby tego ślady.

Skonfrontowaliśmy przypadek Ernesta z kilkoma ostatnimi samobójstwami w naszym regionie. Mężczyzna z zachodniej Polski, który powiesił się na moście w Rzeszowie, miejsce i czas podobno wybrał przypadkowo, ale nie było przypadkiem, że przejechał kilkaset kilometrów w poszukiwaniu śmierci. Skoki z korony tamy w Solinie też nie są przypadkowe, bo desperat po coś tam jedzie. Ernest prawdopodobnie podjął decyzję w krótkiej chwili. Nie szukał wysokiej tamy, ani mostu. Wjechał windą na ostatnie piętro i nie cofnął się. Spadł obok trzepaka, na którym w ciepły wieczór siedzieli jego rówieśnicy. Nie wiemy, czy to przypadek, ale na tym trzepaku jakiś czas temu, powiesił się inny młody chłopak. W jednym i drugim przypadku, my żyjący zostaliśmy z piętnem ich śmierci. W krytycznej chwili, nie było przy nich kogoś.

Jerzy Mielniczuk

do “Ernest wolał skoczyć w objęcia śmierci, niż żyć”

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.