Ferenc przepłacił za estradę dwukrotnie

Przez to, że urzędnicy wybrali taką drogę zakupu estrady, zapłacili o 100 procent wyższą cenę

RZESZÓW. Paskudny, drogi i niewykorzystany moloch szpeci Rynek. Miasto wydało na niego krocie Od trzech lat na rzeszowskim Rynku króluje mało wykorzystywana estrada, za którą prezydent Ferenc zapłacił aż 637 tys. zł. W innych miastach podobne sceny kupowano za dużo niższe kwoty. Jednak w Rzeszowie w przetargu na dostarczenie estrady wystartowała tylko jedna firma. Ratusz z niewiadomych powodów zgodził się na jej warunki.

Naczelne hasło, jakie przyświeca jeszcze urzędującemu prezydentowi Tadeuszowi Ferencowi, brzmi: wydawać, wydawać, wydawać! Nie można się więc dziwić, że Ferenc nie przepuści żadnej okazji, by wydać pieniądze rzeszowskich podatników. Tak też było ze sceną na Rynku ustawioną nad wejściem do trasy podziemnej, tuż obok ratusza.

Warunki przetargu pod jedną firmę

Jej projekt Urząd Miasta zamówił u architekta Krzysztofa Popińskiego z Warszawy. Wykonał on też bardzo szczegółową specyfikację estrady, a ona zaważyła później na warunkach przetargu na wykonanie sceny. Za pracę Popińskiego miasto zapłaciło 13,3 tys. zł.

W przetargu wystartowała tylko jedna firma: Tuchler Polska Technika Estradowa i Tekstylia Sp. z o.o. z Warszawy. Przetarg wygrała.

Skontaktowaliśmy się z jednym z przedsiębiorców, który ma dobre rozeznanie w temacie. Pragnie on jednak zachować anonimowość.

- Analizowałem specyfikację przetargową, bo sam interesowałem się możliwością wzięcia udziału w przetargu – opowiada. – Jednak widać było, że był on przygotowany pod konkretnego wykonawcę.

Ferenc wydaje lekką ręką

Dla ekspertów z branży sprawa jest więc jasna. Tuchler wygrał, bo musiał wygrać, a jako jedyny startujący narzucił miastu swoją cenę. Miasto mogło oczywiście unieważnić przetarg, rozpisać go ponownie i liczyć, że pojawią się inne firmy. Jednak tego nie zrobiło. Ferenc wydał więc lekką ręką aż 637 tys. zł na zakup estrady.

- Przez to, że urzędnicy wybrali taką drogę zakupu estrady, zapłacili o 100 procent wyższą cenę – mówi przedsiębiorca z branży. – W zasadzie należałoby zaskarżyć taki przetarg albo gdzieś zgłosić swoje zastrzeżenia, ale skoro żadna inna firma nie zdecydowała się w nim wystartować, to nikt nie będzie się przecież kopał z koniem.

Kwota, jaką miasto zapłaciło za scenę, jest horrendalna. Kupa żelastwa, która po demontażu zmieściłaby się na ciężarówkę, kosztuje więcej niż dwa domy jednorodzinne! A przecież wszyscy wiedzą, że każdy taki dom to dziesiątki ton materiałów budowlanych, różnych kabli, instalacji, rur i innych kosztownych elementów. Za co więc Ferenc zapłacił aż 637 tys. zł. Wiecie Państwo? My też nie wiemy.

Eksperci dodają, że fakt przepłacenia przez Ferenca za estradę jest oczywisty. Dla przykładu, w Jarosławiu nieco mniejszą scenę kupiono za niecałe 178 tys. zł.

Konserwatora nie posłuchali

Na początku urzędnicy miejscy obiecywali, że scena będzie się pojawiać na Rynku tylko z okazji imprez. Tak też zapisano w umowie zawartej z konserwatorem zabytków. W decyzji z 20 grudnia 2006 roku konserwator Zbigniew Jucha wprowadził warunek, że estrada może być instalowana wyłącznie na czas krótkotrwałych imprez o szczególnym znaczeniu dla miasta.

Później, gdy już ją ustawiono, okazało się, że miasto wcale nie ma zamiaru przestrzegać wcześniejszych ustaleń, a estrada ma stać na Rynku non stop. Jednym z argumentów było to, że jej demontaż zabiera bardzo dużo czasu i przy sporej liczbie imprez będzie on po prostu nieopłacalny. – To nieprawda, taki montaż czy demontaż trwa najwyżej 8 godzin – wyjaśnia nasz rozmówca. Również argument o ciągłym wykorzystaniu sceny jest fałszywy. Wkrótce okazało się bowiem, że liczba imprez, jakie się na niej odbywają, jest niewielka. Przez większość czasu scena smętnie stoi więc z opuszczonym dachem, szpecąc Rynek.

Scena nie na cały rok

Kolejny problem to odporność estrady na warunki atmosferyczne. Scena stoi na Rynku cały rok, czy lato, czy zima, czy upał, czy mróz. – To musi odbić się na trwałości jej elementów – mówi przedsiębiorca z branży. O tym, że nie jest wskazane, by scena stała przez cały rok na Rynku bez względu na warunki pogodowe, wypowiadał się nawet przedstawiciel wykonawcy. Miasto najwyraźniej ma takie zastrzeżenia gdzieś.

- Takie rozwiązanie, że scena stoi non stop, jest raczej wyjątkowe – mówią znawcy. – Miasta albo kupują sceny, które jednak za każdym razem demontują, albo po prostu wynajmują estrady na wolnym rynku.

Eksperci wskazują na jeszcze jeden mankament estrady, jaką zakupił Ferenc.- Istotną wadą jest to, że na scenie dochodziło do zapadania się elementów podestu – mówią. – Po prostu w trakcie występów obniżały się nagle o kilka czy kilkanaście centymetrów. Wiadomo, że taka sytuacja w momencie, gdy na scenie tańczą ludzie, może grozić poważnym wypadkiem.

Jak widać na przykładzie historii z estradą, dla prezydenta Ferenca wydanie nawet największych pieniędzy z budżetu miasta nie stanowi żadnego problemu. Robi to nawet wtedy, gdy zakup jest zupełnie niepotrzebny, ale którym za to może się pochwalić przed mieszkańcami dla celów PR-owskich. Bo przecież nie ma to jak stała kampania wyborcza na koszt podatników.

Krystian Barczewski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.