Film to ruletka

MARTA KRAUS jest kierownikiem Podkarpackiej Komisji Filmowej. Autorką i realizatorką programów wsparcia rozwoju branży audiowizualnej w regionie oraz projektów z zakresu edukacji filmowej. Dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów dla Dzieci i Młodzieży „Kinolub”. Od 10 lat związana ze środowiskiem organizacji pozarządowych. Pomysłodawczyni i koordynator projektów kulturalnych i edukacyjnych. Z wykształcenia historyk sztuki i psycholog. Fot. Elżbieta Krupińska

MARTA KRAUS jest kierownikiem Podkarpackiej Komisji Filmowej. Autorką i realizatorką programów wsparcia rozwoju branży audiowizualnej w regionie oraz projektów z zakresu edukacji filmowej. Dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów dla Dzieci i Młodzieży „Kinolub”. Od 10 lat związana ze środowiskiem organizacji pozarządowych. Pomysłodawczyni i koordynator projektów kulturalnych i edukacyjnych. Z wykształcenia historyk sztuki i psycholog. Fot. Elżbieta Krupińska

SuperWywiad z Martą Kraus, szefową Podkarpackiej Komisji Filmowej.

- John Malkovich spacerował niedawno po Katowicach i Wrocławiu, bo w tych miastach kręcił sceny do filmu „Dolina Bogów”. Kiedy wielka gwiazda przybędzie na Podkarpacie?
- Oby jak najszybciej! Ale to nie takie proste, trzeba mieć nie tylko odpowiednie plenery, ale i sztab fachowców z najwyższej półki. Pracujemy nad tym, by Rzeszów i Podkarpacie stały się atrakcyjnymi miejscami dla produkcji filmowych, także zagranicznych. Zaangażowaliśmy się mocno w promocję, jesteśmy obecni podczas spotkań branżowych i festiwali. A potencjał jest i nie mówię tylko o Bieszczadach, które do tej pory najlepiej się „sprzedawały”. W ubiegłym roku zabraliśmy filmowców do Krasiczyna i Przemyśla, gdzie zwiedzili m.in. słynne forty. Byli pod wrażeniem.

- Na stronie Podkarpackiej Komisji Filmowej umieściliście aż 47 lokacji.
- Zwrócił pan uwagę na ich różnorodność i o to właśnie chodzi. Jeden producent szuka zamku, drugi cerkwi, a ktoś inny pomnika przyrody. Naszym zadaniem jest dostarczenie mu wszystkich materiałów zdjęciowych. Istnieje jednak kilka czynników, które decydują, czy filmowcy przyjadą na Podkarpacie, czy wybiorą Maltę na południu Europy. Krajobrazy i miejsca są ważne, mimo że dziś dużo zdjęć kręci się w halach i przy pomocy komputera. Ale ważniejsze są warunki, jakie się stwarza ekipie. Tanie zakwaterowanie, dostępność firm zapewniających np. oświetlenie oraz wsparcie finansowe mogą przechylić szalę. W naszej skarbonce znajduje się 600 tysięcy zł, te pieniądze wystarczą, by dopełnić budżet filmu.

- Skąd pochodzą te pieniądze i od razu drugie pytanie: 600 tysięcy zł to dużo czy mało?
- Podkarpacki Regionalny Fundusz Filmowy mający na celu wspieranie produkcji filmowej to projekt województwa podkarpackiego i miasta Rzeszów. Jak na pierwszy rok działalności, to nasz budżet jest bardzo przyzwoity. Kraków dysponuje 1 mln zł, Warszawa podobnie, a Górny Śląsk ma do wydania nawet odrobinę mniej, bo 500 tysięcy zł.

- Konkurencja jest duża?
- Zaskoczę pana: wszystkie komisje wojewódzkie działają pod szyldem Polskiej Komisji Filmowej, wspólnie pracujemy na rzecz polskiej kultury. Bo też rzadko kiedy film kręci się w jednym miejscu. Ot, choćby „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego powstawał w Kolbuszowej i Lublinie. Każdy region ma swoje zasoby ludzkie i specjalistów. Słowem, wszyscy na tym korzystają. Dobrze byłoby jeszcze, gdyby pojawił się wątek zachęty finansowej. Wie pan, co to takiego?

- Zamieniam się w słuch.
- Dla dużych producentów największe znaczenie ma żywa gotówka. Wybierają więc te kraje, które oferują im 20 czy nawet 40-procentowy zwrot nakładów. Polska miała zaprezentować swoją zachętę – około 100 mln zł – na zbliżającym się festiwalu w Cannes. Niestety, tak się nie stanie, bo prace legislacyjne jeszcze się nie zakończyły. Musimy się jednak otworzyć, bo zostaliśmy w tyle. Czechy, Niemcy czy Węgry biją nas na głowę. Na Węgrzech kręci się mnóstwo filmów, z tamtejszych ulg ochoczo korzysta np. kinematografia brytyjska.

- Komisja, której pani szefuje, wsparła finansowo kilka filmów dokumentalnych dotyczących Podkarpacia. To były arcyciekawe historie.
- Wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom lokalnej branży, dajemy szansę, sami jesteśmy koproducentami i mamy swoje udziały w filmach. Dokumenty, o których pan wspomina, zostały dostrzeżone w konkursie. To m.in. „Akcja Pensjonat” z Arturem Dziurmanem w roli głównej o uwolnieniu jasielskich więźniów politycznych w 1943 roku przez grupkę żołnierzy Kedywu Armii Krajowej. Brawurowa akcja przez lata była zapomniana, ale w okresie II wojny światowej budziła podziw w całym kraju. Te filmy miały już swoje premiery w kinie Wojewódzkiego Domu Kultury w Rzeszowie i lokalnych stacjach telewizyjnych, niektóre pojawiły się na YouTube, a wkrótce trafią do szkół jako materiały edukacyjne. Jeden z filmów prezentował tak wysoki poziom, że opracowaliśmy dla niego ścieżkę festiwalową. Pokażemy go m.in. w Krakowie.

- Co to za obraz?
- „Kolekcja”. Autentyczna opowieść o zwykłym, starszym człowieku, mieszkańcu podkarpackiej wsi, który poświęcił życie zbieraniu przedmiotów codziennego użytku. Gromadzi je w stodole i pokazuje dzieciakom ze szkół. To film ze sporym potencjałem.

- Tego Malkovicha ciągle nam jednak brakuje. Przydałby się jakiś spektakularny „strzał”…
- Spokojnie, dopiero zaczęliśmy (śmiech). Ale jak pan już tak wierci dziurę w brzuchu, to zdradzę, że mieliśmy zapytania amerykańskich producentów. Czy jest tu hotel mogący pomieścić 400 osób albo czy śnieg utrzymuje się przez 3 miesiące, bo Polska mogłaby udawać Syberię? Często nie wiadomo, kto kryje się za takimi pytaniami. Nagle może się okazać, że przyjeżdża sam Steven Spielberg.

- Jak to tak?!
- Tak to. Hollywood to jedna wielka tajemnica (śmiech). Negocjacje prowadzą często pośrednicy i do końca nie wiadomo, czy za kamerą będzie stał debiutant czy rzeczony Spielberg. Poza tym, każda informacja, która wyciekła, może spowodować, że film nie powstanie. Tak było z Quentinem Tarantino, który na wieść o tym, iż scenariusz „poszedł” w świat, zapowiedział, iż nie nakręci filmu.

- Na razie do Rzeszowa przybywają gwiazdy Bollywood. W centrum wystawienniczo-konferencyjnym Hindusi kręcili sceny z udziałem setek statystów, płacąc za dzień pracy 100 i 150 zł.
- Potem przenieśli się do galerii handlowej. To nawet nie Bollywood, ale producenci z Tamil Nadu, południowej części Indii. W tym ogromnym kraju każdy region ma swoją kinematografię i wielomilionową rzeszę fanów. Do Rzeszowa przyjechały autentyczne gwiazdy, a o poziomie produkcji niech świadczy fakt, iż kompozytorem jest człowiek, który stworzył muzykę do obsypanego nagrodami filmu „Slumdog. Milioner z ulicy”.

- To budujące, iż władze województwa i Rzeszowa zrozumiały, że film to doskonała okazja do promocji regionu. Stolica Podkarpacia pragnęła zresztą, by jego ambasadorką została Natalie Portman, która przyznaje się do swoich rzeszowskich korzeni. Dziadek aktorki Leiser Hershlag urodził się w 1882 roku w tym mieście, tutaj prowadził sklep ze skórami. Natalie twarzą Rzeszowa jednak nie została…
- Skoro ona nie odczuwa potrzeby, żeby tu przyjechać, to jedyną zachętą pozostają pieniądze. Ale nie jestem przekonana czy Rzeszów stać, by Natalie stała się wizytówką miasta. To musiałby być gwiazdorski kontrakt.

- Popularna na świecie turystyka filmowa u nas dopiero raczkuje. Można co prawda zwiedzać Sandomierz szlakiem „Ojca Mateusza”, lecz podkarpackie miasta i miasteczka niczego podobnego nie oferują.
- Rozmawialiśmy choćby z Dariuszem Jabłońskim, reżyserem „Wina truskawkowego”, żeby na bazie tego filmu coś takiego właśnie zrobić. Cała ekipa obrazu kręconego w Jaśliskach z wielkim sentymentem odnosi się do Podkarpacia. Filmowy szlak turystyczny to jest pomysł, ale on nie może się ograniczyć do notatki prasowej.

- Trzeba ruszyć z produkcją wina truskawkowego.
- Dokładnie! Mówię o tym od lat, bo to mój ulubiony film (śmiech).

- Podkarpacie ma potencjał, ale wielu scenarzystów ciągle wyśmiewa nasz region. W serialu „Barwy szczęścia” pojawił się wątek piłkarza Józefa Sałatki z podkarpackiej wioski, który przeżył szok, gdy dowiedział się, że jego menedżer jest gejem.
- Cóż, niełatwo obalić stereotypy. Z perspektywy Warszawy czy Polski zachodniej Podkarpacie jawi się jako region zacofany. Ktoś wysłany tutaj w delegację uważa, że znajduje się na karnej zsyłce. Na szczęście to się zmienia, powoli, ale jednak. Producenci, którzy trafiają na Podkarpacie pierwszy raz, są zaskoczeni, że lokalne władze są tak przyjaźnie nastawione do ich działalności. W większych miastach tak różowo nie jest. Jak filmowcy zamkną drogę, to mieszkańcy wyrażają swoje niezadowolenie. A Podkarpacie niesie z sobą świeżość.

- Coś w tym jest. Mieszkańcy Bieszczadów z ogromnym entuzjazmem odnosili się do Francuzów, gdy ci kręcili tam czarną komedię „Wielkie zimno”.
- Świetnym przykładem jest również „Żużel” kręcony na stadionie w Rzeszowie oraz w Przemyślu, gdzie na casting przybyło mnóstwo osób. Teraz powinien zadziałać efekt poczty pantoflowej, bo gdy Dorota Kędzierzawska i Artur Reinhert rozpowiedzą w środowisku z jak fantastycznym przyjęciem spotkali się na Podkarpaciu, na produkcję u nas skuszą się też inni. Swoją drogą, „Żużel”, który powinien wejść do kin jesienią tego roku, stanowi doskonałą reklamę naszego regionu. I to darmową, bo nie wspieraliśmy filmu finansowo.

- Czasem promocja wychodzi bokiem i lepiej się do niej nie przyznawać. Kręcona przez Włochów na zamku w Łańcucie „Bitwa pod Wiedniem” okazała się niebywałym wręcz gniotem.
- Takie rzeczy się zdarzają. Staramy się zminimalizować ryzyko, prosząc choćby o opinię specjalistów z branży, ale pamiętajmy, że film to ruletka. Nawet bardzo znane nazwiska nie zagwarantują sukcesu.

- Reasumując: promocja przez film może się udać. Polacy nie czytają książek, ale do kina chodzą…
- Obraz zdążył podbić świat, to medium uniwersalne, przemawiające do wyobraźni. Lecz gorąco zachęcamy, by łączyć obie przyjemności i również sięgać po książki (śmiech).

- Ile filmów ogląda pani tygodniowo?
- W okresie selekcyjnym do 50 dziennie, nie są to jednak długie produkcje. Generalnie bardzo lubię kino europejskie, choć sięgam też do amerykańskiego. Mój ulubiony twórca, Kanadyjczyk Denis Villeneuve sytuuje się gdzieś pośrodku. Uwielbiam krótkie metraże, bo żeby zgrabnie opowiedzieć historię w 5 minut, trzeba otrzeć się o geniusz.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.