Garderoba z drugiej ręki

Tłumy ludzi okupujących wejście do szmateksu już na co najmniej godzinę przed jego otwarciem. A w środku piski, krzyki, a nierzadko wzajemne wyrywanie sobie ciuchów czy bieg za sprzedawczynią donoszącą nowe partie garderoby. Fot. Paweł Bialic

42 proc. Polaków nosi używane ubrania – tak wynika z ostatniego badania OBOP.

Śliczny sweterek marki Next, żakiet firmy Wallis, spódnica od Dorothy Perkins, torebka z metką Atmosphere czy Topshop – wylicza z dumą pani Agnieszka. Mogłaby jeszcze długo wymieniać, co fajnego kupiła w szmateksie. – Wszystko za grosze. W Rzeszowie w żadnym sklepie nie znalazłabym tak pięknych i tak tanich ubrań – dodaje.

Młoda studentka nie jest wyjątkiem. Choć dziewczyna o zakupach w sklepach z używaną odzieżą mówi otwarcie, na zdjęcie zgodzić się nie chciała. Ciucholandy mają wielu klientów. Przyciągają ich tam nie tylko niskie ceny, czy marki, które często w Polsce nie mają nawet swoich sklepów, ale także potrzeba wyszperania czegoś wyjątkowego, czego na pewno nie założy nikt inny.

A jaką drogę musi przebyć te ubrania, by trafić do sklepów z używaną odzieżą w Polsce?

Kontakty pilnie strzeżone

Powszechnie wiadomo, że ciuchy pochodzą z Anglii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Holandii, Danii, a czasem nawet Skandynawii. Jak dokładnie trafiają na Podkarpacie chcieliśmy porozmawiać z właścicielami szmateksów dwóch znanych w Rzeszowie sieci. Odmówili.

- To obawa przed zdradzeniem swoich źródeł i kontaktów. Strach, by ktoś inny nie zaczął się zaopatrywać u tego samego dostawcy – wyjaśnia Osama Kamal M. Ali, który przez 10 lat zajmował się tym biznesem. Prowadził sklep, a potem hurtownię, najpierw w Krośnie, później w Rzeszowie. Obecnie robi coś zupełnie innego.

Wsparcie dla potrzebujących

– Nie dziwi mnie obecny boom na szmateksy. To naprawdę się opłaca – stwierdził Osama Kamal M. Ali przez 10 lat prowadził na Podkarpaciu szmateksowy biznes. Fot. Wioletta Zuzak

Skąd się bierze używana odzież? Nasz rozmówca dokładnie wyjaśnia ten proces. – W krajach, z których eksportowane są do Polski te ubrania, stoją specjalne pojemniki należące do organizacji charytatywnych. Bywa także, że zbiórki używanej odzieży organizowane są w określony dzień tygodnia przez Kościół lub jakąś fundację – informuje Osama. – Ludzie wystawiają wtedy przed domy worki z używanymi rzeczami. Właściciele sortowni odkupują od Kościoła lub innych organizacji te rzeczy. Oni mają towar, a fundacje pieniądze, które przeznaczają na cele wspierane przez nie – dodaje.

Dezynfekcja i segregacja

Sortownie to ogromne hale, gdzie towar jest dezynfekowany chemicznie i segregowany, czyli osobno pakowane są bluzki, spodnie, swetry, itd. Odkaża się go natomiast w komorach formaldehydowych. Hurtownicy lub właściciele szmateksów (często są to ci sami ludzie) w towar zaopatrują się właśnie w sortowniach. Sortownie dają też zaświadczenie o tym, że towar jest zdezynfekowany. To ważny dokument, bo bez niego nie można byłoby przewieźć odzieży za granicę.

- Każdy z tej branży doskonale orientuje się z jakiej dzielnicy i jaki towar trafia do danej sortowni – mówi nasz rozmówca. – Kilogram takiej odzieży może kosztować od 30 centów do nawet 12 euro. Cena zależy przede wszystkim od gatunku ubrań. Im zamożniejsza jest dzielnica, z której pochodzi odzież, tym więcej kosztuje jej kilogram. Więcej trzeba zapłacić też za towar już posegregowany – wyjaśnia pan Kamal M. Ali.

Ubrania z metkami

- Zdarza się, że do sortowni trafia też towar ze sklepu, czyli nowy i to jeszcze z metką. To z reguły końcówki kolekcji, które nie sprzedały się na wyprzedażach, przecenach. Czasem, ale nie zawsze to ubrania uszyte wadliwie lub pobrudzone podczas mierzenia – dodaje Osama.

To, za ile jest sprzedawany w ciucholandach, w jakiej formie – na wagę czy na wycenę i czy jest towarem z wieszaka lub z kosza, zależy od każdego właściciela szmateksu i jego personelu. Najdroższa jest odzież w dzień dostawy, najtaniej można zrobić tam zakupy w ostatni dzień, czyli tuż przed rzutem nowego towaru. Niektóre ciuchlandy, aby pozbyć się asortymentu sprzedają je wtedy za symboliczną złotówkę. To, co nie znajdzie nabywcy, odkupują po jakieś 5, 10 zł za kilogram np. zakłady samochodowe jako czyściwo.

Dochodowy biznes

- Nic dziwnego, że secondhandy wyrastają jak grzyby po deszczu. To bardzo opłacalny interes, szczególnie teraz, kiedy jest kryzys i na czymś przecież ludzie muszą zaoszczędzić – komentuje Osama Kamal M. Ali. – Odkąd Polska jest w Unii Europejskiej kalkuluje się to jeszcze bardziej, ponieważ w ramach Unii granice są otwarte, a cło zostało zniesione. Zaznaczę, że ta opłata wynosiła od 4 do 5 tys. złotych.

Towar nie jest już kontrolowany przez polski sanepid. Na granicy wystarczy przedstawić świadectwo dezynfekcji wydane przez jeden z unijnych krajów. Nasz rozmówca zdradził nam też, iż średni dzienny utarg szmateksów w naszym regionie może sięgać nawet 3 lub 4 tys. zł. W Warszawie natomiast w dobrych i uczęszczanych secondhandach bywa, że dochodzi on nawet do 12 tys. zł.

Zagraniczne ciuchlandy

Sklepy z używaną odzieżą są popularne nie tylko w Polsce. Pani Dominika M. (nazwisko do wiadomości redakcji) wspomina szmateksy w Wielkiej Brytanii.

- Tamtejsze sklepy z używaną odzieżą nie wyglądały nawet jak szmateksy. Ubrania były ładnie posegregowane, w środku unosił się przyjemny zapach. Na każdym z takich sklepów była informacja na co przeznaczany jest dochód ze sprzedaży artykułów. Robiąc tam zakupy wspomagało się m.in. walkę z rakiem, chorobami serca czy wspierało schroniska dla zwierząt – wspomina rzeszowianka.

Polskie pojemniki

Na terenie Rzeszowa i innych polskich miast też stały, podobnie jak za granicą, kontenery rodzimej firmy. Oznaczone były dodatkowo znaczkiem PCK, by zachęcać ludzi do wspierania ubogich. Pozbywając się niepotrzebnych ubrań, ludzie liczyli, że trafią one do potrzebujących. Nie tyle same ubrania, ale dochód (jego część) z ich sprzedaży był przekazywany biednym. Pojemniki jednak na kilka lat zniknęły z miejskich osiedli. Teraz ustawiono je ponownie, ale już bez nalepek organizacji charytatywnej. Wielu wciąż myśli, że wrzucając do nich niepotrzebne ubrania pomaga biednym, ale ani wrzucone tam rzeczy, ani pieniądze z ich sprzedaży nie idą na rzecz ludzi w potrzebie. Zarabia na nich właściciel firmy, który korzysta z niewiedzy niektórych ludzi. Ubrania z kontenerów trafiają do lokalnych szmateksów. Może więc zdarzyć się tak, że ubranie, które wrzucisz do takiego pojemnika, kupi w osiedlowym szmateksie twój sąsiad.

Według danych Ośrodka Badania Opinii Publicznej z lipca 2010 r. 60 proc. Polaków zagląda do szmateksu, bo liczy na niskie ceny, 7 proc. na bogaty wybór towaru, a 25 proc. szuka ciekawych marek i wyjątkowych dodatków.

Prawie połowa ankietowanych nigdy nie włożyłaby ubrania z takiego sklepu, 35 proc. nosiłaby je tylko, gdyby rzecz naprawdę przypadła im do gustu. Pozostałe 16 proc. nie ma zdania w tej sprawie.

Katarzyna Pękala

do “Garderoba z drugiej ręki”

  1. Przemek

    Jestem klientem szmateksów w Warszawie. Ogromny szacunek dla autorki – świetnie napisany artykuł.
    Zakupy w szmateksach traktuję jako hobby, mam za dużo ubrań, ale traktując wyszukiwanie okazji jak sport to najtańsza forma spędzenia czasu. Lubię coś kupić a następnie sprawdzić w necie ile by to mogło kosztować – taki przykład: ostatnio kupiłem spodnie, w moim sklepie była akcja wszystkie spodnie po 5PLN za sztukę – więc zapłaciłem 5PLN, w necie sprawdzam a w sklepie internetowym jako super obniżka poprzedniej kolekcji po przeliczeniu z EUR wychodzi 260PLN.
    Spotkałem się z opinią w pracy, że nie wypada się tak drogo ubierać… bo np. przychodzę w koszulce polo która kosztuje 1/3 pensji i to może wkurzać ludzi, którzy są dobici spłatą kredytów hipotecznych …a ja ją mam za mniej niż najtańsza koszulka w markecie.

  2. wakacjowicz

    Jak bylem w Polsce na wakacjach z corka zobaczylismy ze w budynku NOT-u jest obrona czestochowy !!
    Corka mowi choc tato zobaczymy co sie tam dzieje. Weszlismy z bieda do srodka a tam jak w jaskini zbojcow. Banda bab wyrywa sobie z rak szmaty, bijatyka i kloca sie jak stare wiedzmy. Corka ze smiechem zrobila kilka zdiec aby pokazac znajomym w Australi co sie dzieje. Na to dopadl do nas jakis typek z wielkim pyskiem i zaczal straszyc ze nam zabierze aparat. Ja do niego ze za maly jestes synu i lapy trzymaj z daleka bo mozesz po nich dostac. Tak samo sie zachowalem jak on sie odniosl do nas. Jak ci synu cos nie pasuje to wolaj policje, a ode mnie i corki z daleka. Jak masz jakies obiekcje to do radcy prawnego w Ambasadzie Australi prosze to ci wytlumaczy co trzeba. Poszedl jak zmyty ale jak pyskowal. A ludzie sie w kolo smiali.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.