Gladiator pustyni juz w domu

Powitanie na Okęciu. Gdy wylatywał, mówił, że nie wróci bez medalu i koszulki finishera. Przywiózł jedno i drugie. Z numerem 278 biegł przez 260 km piasków i skał. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Z piaskiem w bidonie, koszulką finishera i makabrycznie zdartymi stopami wrócił z najsłynniejszej wyprawy, a charytatywne konto dzięki niemu rośnie.

Andrzej Gondek (38 l.) wrócił z Maratonu Piasków. Wyprzedził 900 z przeszło 1050 jego uczestników. Jest człowiekiem szczęśliwym, co podkreślił ze łzami na mecie. To były też łzy ulgi, bo kończył się tygodniowy katorżniczy bieg przez wydmy i skały Sahary. Gondek zadebiutował w tym ultramaratonie. Nie udało mu się wbiec do pierwszej setki. Skończył na 168. miejscu, ale na pewno nie lokata była dla naszego maratończyka najważniejsza. – Gdy dobiegałem do mety mruczałem sobie pod nosem „Mazurek Dąbrowskiego” i na zmianę płakałem – zdradza swoje ostatnie kilometry tegorocznej edycji Marathon des Sables.

Gondek pochodzi ze Stalowej Woli i dla stalowowolskiego Ośrodka Rehabilitacji Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej „Szansa” pobiegł przez Saharę. Sponsorów, którzy zgłaszali się do niego przed wyprawą prosił, by pieniądze przelewali na konto „Szansy”. Tak też robiło grono przyjaciół, którzy odpowiednimi kwotami wspierali stalowowolski ośrodek za każdy przebiegnięty przez biegacza kilometr.

Z butów zostały strzępy, a biegnąc mruczał „Mazurek Dąbrowskiego”
Kto wie, czy gdyby nie myśli o podopiecznych „Szansy”, urodzony w Stalowej Woli maratończyk nie skończyłby MdS na dwa etapy przed końcem. Już na drugim skalistym etapie porwał buty, a uczestnicy MdS nie mają zmiennego obuwia, bo w plecakach dźwigają wszystko, co im pomoże przeżyć tydzień na pustyni. Dodatkowa para obuwia byłaby zbytnim obciążeniem. W strzępach obuwia musiał więc biec dalej. Zwątpienie przyszło po czwartym, najdłuższym etapie, który liczył prawie 76 km. Trasę w stałej temperaturze powyżej 45 stopni pokonał w czasie nieco ponad 12,5 godz. Stopy miał takie, że lekarze doprowadzali je do stanu używalności przez przeszło godzinę. Na drugi dzień udało mu się kończyny włożyć w to, co zostało z butów i wyruszył na ostatni prawdziwy etap, który liczył dokładnie 42,2 km. Na kilkaset metrów przed jego metą wyjął z plecaka przywiezioną z Polski biało-czerwoną materię i pod jej baldachimem dobiegł do końca.

MdS kończy zawsze kilkukilometrowy etap przyjaźni, na którym uczestnicy już spacerują przed kibicami. Gondek, choć nie poprawiało to jego końcowej lokaty, biegł jak szalony. – Przy poranionych stopach lepiej biec, niż iść, bo wtedy jest krótszy kontakt nogi z podłożem, co niemiłosiernie boli. Bałem się, że gdy przestanie działać środek przeciwbólowy, to meta stanie się fatamorganą – mówi Andrzej Gondek.

Finisher Sultan MdS nie miał czasu na leczenie ran. Na drugi dzień po przylocie poszedł do pracy. Póki co w miękkich, przywiezionych z Maroka bamboszach. Do Ośrodka „Szansa” przyjedzie, gdy tylko będzie mógł ubrać stopy w jakieś stosowniejsze obuwie. Wtedy też dowiemy się, ile na Saharze wybiegał pieniędzy. Na pamiątkę swej wyprawy podopiecznym Ośrodka przywiózł pustynny piasek.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.