Głowa z granitu, serce na dłoni

Andrzej Grzebyk to podwójny mistrz organizacji Fight Exclusive Night (FEN). Rzeszowianin od siedmiu walk pozostaje niepokonany. Fot. Zbiory prywatne

SZTUKI WALKI. Rzeszowianin Andrzej Grzebyk staje do walki w obronie tytułu. Zwycięstwo przybliży go do podpisania kontraktu z UFC, najlepszą organizacją MMA na świecie.

Andrzej Grzebyk wraca do Wrocławia, gdzie półtora roku wcześniej pokonał po morderczej wymianie ciosów Thiago Vieirę, a komentator krzyczał: – Polak ma głowę z granitu! Lecz to nie odporność na ciosy jest największym atutem 29-latka z Rzeszowa. – Charakter. To mnie wyróżnia. Nie idę po wypłatę, ale po zwycięstwo. Na co dzień jestem spokojny, gdy wchodzę do klatki zmieniam się w bestię – podkreśla podwójny mistrz organizacji FEN.

Gdybym przed spotkaniem z Andrzejem nie obejrzał jego walk, pomyślałbym, że to kreacja bądź megalomania. Siedzimy w restauracji, znad tatara spogląda na mnie sympatyczna twarz. Gładko ogolony, ze starannie ułożonymi włosami, ubrany w jasną, sportową marynarkę Grzebyk nie przypomina faceta, który od 4 lat i siedmiu walk pozostaje niepokonany. Kogoś, kto w marcu tego roku stworzył widowisko, że palce lizać, nokautując Kamila Gniadka i sięgając po mistrzowski pas w kategorii półśredniej. Gdyby jednak mój rozmówca ściągnął koszulkę, ujrzałbym ciało jakby wyrzeźbione przez helleńskich artystów. – Osiągnąłem życiową formę. Ważąc 77 kg, miałem 4 procent tkanki tłuszczowej, niczym kulturysta. Jedna żyła, na brzuchu krata, aż się sobie przyglądałem w lustrze z satysfakcją – uśmiecha się.

Nie ma dróg na skróty

W sobotę w hali Orbita przeciwnikiem Andrzeja będzie 33-letni Brazylijczyk Robert „Pato” Fonseca. Walka może uchylić szerzej drzwi do wymarzonej UFC, amerykańskiej organizacji zrzeszającej najlepszych na świecie specjalistów od mieszanych sztuk walki. Może, ale nie musi. – Rozmowy z UFC trwają. Podwójny mistrz to podwójny mistrz, każda federacja chciałaby mieć w stajni takiego zawodnika. Lecz pamiętajmy, że konkurencja jest ogromna – zaznacza Grzebyk. – W tym momencie Amerykanie posiadają blisko 80 wojowników w mojej kategorii wagowej, każdemu trzeba zapewnić kilka walk w roku. Jesteśmy produktami, dlatego wszystko ma znaczenie: dobry wygląd, rozpoznawalność w mediach społecznościowych.

– Luna to moje oczko w głowie – mówi Andrzej o uroczym berneńskim psie pasterskim.

Rzeszowianin przebył długą drogę od chłopaka z osiedla błąkającego się bez celu z kumplami, po cenionego w środowisku sportowca. Bywało ciężko. – Przez te wszystkie lata dojeżdżałem na treningi do Tarnowa, żeby doskonalić się pod okiem fachowców. Pociągiem, busem, świątek-piątek. Wszystkie zarobione pieniądze, a były to raczej drobne, inwestowałem w siebie. W pełnowartościowe posiłki, suplementację. Wielu chłopaków się wykruszyło, a prawda jest taka, że gdybym raz jeszcze miał pójść tą drogą, to chyba bym się nie zdecydował. Wytrwałem, ponieważ jestem nieprawdopodobnie uparty. Nie uznaję półśrodków. Nie wyłączę kosiarki, dopóki cały trawnik nie będzie w idealnym porządku. Choćby się paliło i waliło – opowiada Andrzej.

Oktagon leserów weryfikuje bezlitośnie. Chcesz coś znaczyć, musisz się poświęcić w stu procentach. Grzebyk trenuje rano i wieczorem, jego organizm potrzebuje minimum 3,5 tysiąca kalorii dziennie. Dieta składa się z sześciu posiłków. Pierwszy skoro świt, o godzinie 6. Następne w odstępie trzech godzin. Po godzinie 19.30 „stołówka” zostaje zamknięta. – W okresie intensywnych przygotowań zapominam o ukochanej pizzy i burgerach. Oraz o lodach, mojej największej słabości. Po jednej z walk pojechałem do Włoch. To była pułapka, bo wiadomo, jakie serwują tam lody. Strasznie przytyłem – wyznaje z miną skruszonego dzieciaka.

Z żoną Aleksandrą. – Bez niej nie byłbym tym, kim jestem – podkreśla wojownik z Rzeszowa.

Akcja i krew

Zapał do sportu, ekstremalnego wysiłku fizycznego, wynika z naturalnej potrzeby Andrzeja. – Od małego mnie nosiło. Uciekałem z lekcji, żeby grać w piłkę. Brałem udział we wszystkich szkolnych zawodach i nie muszę dodawać, że z WF-u miałem szóstkę – śmieje się. W tamtych czasach nikt nie wiedział, co to są mieszane sztuki walki, idolami Andrzeja byli piłkarze: Roberto Carlos i Luis Figo. – W Brazylijczyku imponował mi jego „młotek” w nodze, Portugalczyka ceniłem za umiejętność dryblingu – tłumaczy. – Na boisku „mieszałem” jak Figo, było mi łatwiej, bo jestem oszukanym mańkutem. Co to znaczy? Że obie nogi mam tak samo mocne. Walcząc, szachuję pozycję, to mój spory atut.

MMA dotarło do Polski z USA. Jednak zanim Grzebyk postanowił, że mógłby pójść w ślady Mariusza Pudzianowskiego i Mameda Chalidowa i w taki sam sposób zarabiać na życie, oglądał walki legendarnego Chorwata Mirko „Cro Copa” Filipovica. – Świetny kick-bokser. Na jego kopnięciach się wzorowałem – przyznaje Andrzej, od którego pragnę się dowiedzieć, skąd w kraju nad Wisłą tak duże zainteresowanie walkami w klatkach. – Jest akcja i krew, a ludzie lubią, jak coś się dzieje. Nudy nie ma, bo walka odbywa się w różnych płaszczyznach: w stójce i w parterze, a ciosy zadaje się rękami i łokciami. Jesteśmy współczesnymi gladiatorami – tłumaczy.

Ci, którzy kibicami nie są, MMA oceniają w kategorii mordobicia. Walka ze stereotypami okazuje się cięższa od pojedynku z rywalem. – Niestety, wciąż zbyt wiele osób uważa, że to co robimy, to tylko naparzanie po gębach. To jakieś tumany, kto mądry bije się w klatkach? – nieraz słyszałem takie teksty – irytuje się Grzebyk. – A prawda jest taka, że wielu zawodników pokończyło szkoły, to faceci na poziomie. Gdyby nie sport, byliby dyrektorami poważnych firm – nie ma wątpliwości.

On sam również zyskuje przy bliższym poznaniu. – To zasługa żony – puszcza oko – Wychodzę do dziennikarzy, jestem gadułą, a nade wszystko, mam dystans do siebie. Potrafię śmiać się z samego siebie, co w Polsce należy do rzadkości. Zatem apeluję: nie oceniajcie książki po okładce!

Od jakiegoś czasu Andrzej łączy sport z modelingiem. Tutaj podczas sesji we Wrocławiu.

Żona zasłaniała oczy

Andrzej jest ambasadorem producenta eleganckiej odzieży z Wrocławia. – Bluzę z kapturem zamieniłem na koszule, garnitury i stylowe mokasyny. Podoba mi się taki styl. Jest szansa, by połączyć sport z modelingiem.

Nawiązywanie kontaktów skutkuje innymi ciekawymi propozycjami. – Niebawem powinniście mnie zobaczyć w sesji dla dużego magazynu. Temat: czy w Polsce mamy problem z męskością? Zaliczyłem epizod z warszawskimi celebrytami, ale spokojnie, palma mi nie odbije. Pozostanę Jędrusiem – żartuje.

Poważniej się robi, gdy zahaczamy o zdrowie. – Czy boję się, że zapłacę za uderzenia, jakie spadają na moją głowę? Otóż, staram się walczyć tak, by ochronić tę część ciała. Nie chciałbym w wieku 45 lat nie móc samodzielnie udać się do toalety. Jestem świadomy zagrożeń, ale wiesz co? Specjaliści z Uniwersytetu Rzeszowskiego porównali ryzyko zawodników MMA z piłkarzami. I to tamci są w większym niebezpieczeństwie! Nie wiedzą bowiem, kiedy dostaną z łokcia, nie są na to przygotowani, a my tak.

Brzmi sensownie, ale bliscy do teraz niepokoją się o Andrzeja. – Żona Ola już się z tym oswoiła. Poukładała sobie w głowie, że to moja praca i wielka namiętność. Na początku były jednak stres i płacz. Zasłaniała oczy, nie chciała jeździć na gale. Bardzo się o mnie bała. Rozumiem ją, walki odbywają się przecież w specyficznych warunkach: w hali jest głośno, ludzie krzyczą, w powietrzu unosi się zapach potu i adrenaliny – opowiada Andrzej, podczas występów wspierany również przez mamę i teściów. – Wydaje mi się, że oni wszyscy są ze mnie dumni…

Do tego grona należą z pewnością rzeszowskie amazonki na czele z jej prezes Haliną Luberą. Swego czasu Andrzej pomagał w stowarzyszeniu. – To były drobne rzeczy, kogoś trzeba było podwieźć, coś przenieść, zrobić zakupy, pogadać, rozśmieszyć. Nic mnie to nie kosztowało, a dawało mi uśmiech i ogromną satysfakcję. Dobre serce mam po mamie, natomiast do ośrodka zgłosiłem się poruszony historią teściowej, która z powodu raka musiała usunąć pierś.

Ochroniarz pilnował psa

– Pomagaj pomagać – prezentuje swoje życiowe motto Andrzej, który całkowicie zwariował na punkcie niejakiej Luny. – To berneński pies pasterski, moje oczko w głowie! – zapala się podwójny mistrz Polski. – Dostałem go prawie pięć lat temu od żony i jej ojca. To była nagroda za zwycięstwo nad zapaśnikiem Michałem Pietrzakiem. Gdy braliśmy ślub, zatrudniłem ochroniarza, żeby pilnował domu, ale przede wszystkim Luny. Bo złodziej najpierw truje psa, a dopiero potem plądruje.

Andrzej to wielki fan seriali. – Numerem jeden pozostaje „Gra o Tron”, choć ostatni sezon to porażka. Z polskich produkcji podobały mi się „Ślepnąc od świateł”, „Wataha” i pierwszy sezon „Belfra”.

Osobne miejsce zajmuje „Gomorra”, mocny obraz o neapolitańskiej mafii. – Gdy pojechaliśmy z żoną do miasta pod Wezuwiuszem, udaliśmy się na Secondigliano, słynną dzielnicę typów spod ciemnej gwiazdy. Nic złego mi się nie stało, choć oczywiście nie prowokowałem żadnych sytuacji.

Wracamy do stolicy Dolnego Śląska i sobotniego pojedynku z Robertem Fonsecą, specjalistą od brazylijskiego jiu-jitsu. To będzie walka wieczoru, Andrzej przygotowywał się do niej sumiennie od wielu miesięcy.

– Co będzie, jeśli się nie uda wygrać? – podpuszczam.

– Wrócę do garów. Z zawodu jestem kucharzem, głodny nigdy nie będę.

I jak tu nie lubić tego faceta?

Tomasz Szeliga

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
sprinter Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
sprinter
Gość
sprinter

Boks to nie jest sport.
Wszystko jedno czy na ringu pomiędzy linami, czy na wsiowej zabawie obok gnojnika obiją ci morde, skopią po jajach i poprawią sztachetą z gwoździami.
To co oberwałeś to twoje i nikt ci tego nie odbierze.