Greków trzeba sprowokować

Leszek Pisz mieszka w Dębicy, wyszukuje talenty dla Legii, kolekcjonuje starocie (sztucery, zegary, bibeloty) i kocha psy. Największy w domu, 4-letni mastiff angielski Nero waży 110 kilogramów. Fot. Archiwum

Były reprezentant kraju LESZEK PISZ o naszych rywalach na Euro, wyższości piwa nad ouzo, “farbowanych lisach” w kadrze i propagandzie sukcesu głoszonej przez polski rząd

- Stadionów może nam pozazdrościć cały świat, dróg tylko Ukraina – mówi w specjalnym wywiadzie dla „Super Nowości” LESZEK PISZ, jeden z najsłynniejszych polskich piłkarzy lat 90.

- Polska wyjdzie z grupy?
- Jeśli wygramy pierwszy mecz z Grekami, to potem pójdzie z górki.

- Wyobraża pan sobie, co się będzie działo, jeśli z grupy nie wyjdziemy? Przecież po losowaniu kraj ogarnęła euforia. “Nie mogliśmy trafić na słabszych rywali”, “Smuda w czepku urodzony!” – krzyczały gazety.
- Mentalność Polaków jest taka, a nie inna, więc brak awansu odebrany zostanie jako klęska narodowa. Ja po losowaniu nie skakałem z radości pod sufit, choć wiadomo, że gdybyśmy trafili na Holandię czy Francję, szanse na sukces byłyby dużo mniejsze.

- Kogo w grupie musimy się obawiać najbardziej?
- Stawka jest szalenie wyrównana, dlatego tak ważna jest inauguracja. Jeśli 8 czerwca coś pójdzie nie tak, w następnym meczu naszym reprezentantom stres może powiązać nogi. Nikt nie lubi stać pod ścianą, za wszelką cenę trzeba uniknąć takiego scenariusza.

- Twierdzi pan, że najlepsze co mogło nas spotkać, to mecz z Grekami na otwarcie mistrzostw. Dlaczego?
- Znam temperament Greków. Łatwo ich wyprowadzić z równowagi, sprawić, by zapomnieli o grze w piłkę. Choć z drugiej strony to dumny i nieustępliwy naród, a drużyna turniejowa. Potrafiąca odpowiednio rozłożyć siły.

- Mimo wszystko słabsza, niż wtedy, gdy podbijał pan tamtejszą ligę.
- Z tamtych czasów w reprezentacji zostali pomocnik Georgios Karagounis z Panathinaikosu i napastnik Nikolaos Liberopoulos z AEK Ateny. Ten pierwszy to taki grecki Gennaro Gattuso. Nie przebiera w środkach i łatwo go sprowokować. Grecja to zespół zdyscyplinowany taktycznie, dobrze wyszkolony technicznie.

- Zatem jak powinniśmy z nimi zagrać?
- Jesteśmy gospodarzami, więc powinniśmy zaatakować. Franciszek Smuda preferuję grę jednym napastnikiem, ale ja uważam, że nie możemy wyjść na Greków samym Robertem Lewandowskim. Polska lepiej wygląda w ofensywie, niż w obronie i to trzeba wykorzystać. Pamiętajmy jednak, że Grecy to nie są chłopcy do bicia. Oni doskonale zdają sobie sprawę, że same remisy nie wystarczą do wyjścia z grupy, więc nie sądzę, żeby ich pomysł na grę opierał się wyłącznie na murowaniu własnej bramki.

- Następcy Theodorosa Zagorakisa Grecy się jednak nie doczekali. Pan doskonale zna kapitana mistrzów Europy z 2004 roku, najlepszego piłkarza portugalskiego turnieju.
- Żadna z niego rewelacja. Defensywny, agresywny pomocnik, który nie mógł pogodzić się z tym, że traci pozycję lidera. Tak było w PAOK Saloniki. Strzeliłem kilka goli w sparingach, w mediach zrobił się szum i Zagorakis poczuł się zagrożony. Zaczął więc kopać pode mną dołki.

- Potem przeniósł się pan do Kavali, gdzie został największą gwiazdą klubu. Nadal pan tam jeździ?
- Dwa lata nie byłem w Grecji, ale niewykluczone, że w tym roku się wybiorę. Wciąż utrzymuję kontakt z szefami i piłkarzami Kavali i wciąż sprowadzam do Polski ośmiornice. Jesteśmy z żoną zakochani nie tylko w Grecji, ale i w tamtejszej kuchni.

-Jednak piwo stawia pan wyżej od ouzo…
- Wódką anyżówką częstuję tylko niepożądanych gości. Wypiją kieliszek, skrzywią się i w te pędy wracają do domu (śmiech).

- Był pan zdziwiony, gdy okazało się, że Grecja jest bankrutem?
- Nie bardzo. Grecja powinna opływać w dostatek choćby z racji tego, że jest turystycznym rajem. Ale Grecy to niechluje. Tam każdy myśli o sobie, a korupcja w polityce jest wszechobecna.

- Czyli wizerunek Greka-lenia to nie jest stereotyp?
- Tytanami pracy to oni nie są, choć trzeba pamiętać, że życie zaczyna się tam po zmroku. W dzień jest zbyt gorąco, by pracować. Mentalnie Polacy i Grecy bardzo się od siebie różnią.

- Wiele osób nie może się pogodzić, iż w naszej reprezentacji jest tak wielu piłkarzy urodzonych poza granicami Polski. “Farbowane lisy” to problem biało-czerwonych?
- Polska kadra nie jest wyjątkiem. Temat wzbudza jednak kontrowersje, bo jest stosunkowo świeży i tych zawodników sprowadziliśmy “hurtowo”. Za moich czasów nawet w klubach obcokrajowcy trafiali się sporadycznie. Najważniejsze, by kadrę zasilali wartościowi zawodnicy. Gdy Emmanuel Olisadebe strzelał gole decydujące o naszym awansie na mundial, nikt nie wypominał mu pochodzenia.

- Jan Tomaszewski nie będzie kibicował Polsce, bo z drużyną Franciszka Smudy się nie identyfikuje. Będzie natomiast ściskał kciuki za Niemców.
- Każdy ma prawo do wyrażania własnego zdania, ale w tym przypadku trochę głupio wyszło. Bo jaka tu jest konsekwencja? W reprezentacji Niemiec stuprocentowych Niemców jest niewielu. Pierwsze skrzypce grają za to Polacy, Turcy i Ghańczyk.

- Brakuje panu kogoś w kadrze Smudy?
- Moja “11” marzeń może się spełnić, choć nie zapominam, że selekcjoner skreśli jeszcze trzy nazwiska. To prawda, że dziś nie mamy w kadrze klasycznego rozgrywającego w moim typie, ale w ofensywie mamy kim straszyć. No i módlmy się, żeby Lewandowski nie stracił życiowej formy.

- Pan w piłce klubowej może się czuć spełniony, ale w reprezentacji kariery nie zrobił. Dlaczego?
- Mieliśmy lepszych zawodników, niż teraz, ale wyników za grosz. Może dlatego, że w szatni dyskutowaliśmy nie o rywalu, a o tym, który z nas zarabia najwięcej. Żartowano, że zaczniemy zwyciężać, jeśli w reprezentacji grać będą sami piłkarze Legii. Był zresztą taki sparing, w którym legioniści pokonali kadrowiczów 2-1. W warszawskiej ekipie panowała rodzinna atmosfera.

- Wybiera się pan na jakiś mecz podczas Euro?
- Jeszcze nie zdecydowałem. Generalnie, będę kibicował przed telewizorem. Mam duży ekran (śmiech).

- Rząd przekonuje, że Euro się uda, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Propaganda sukcesu czy prawda?
- Zalatuje propagandą. Nie zdążyliśmy zbudować autostrad i dróg szybkiego ruchu, bo zakopaliśmy się w przetargach. Potem z językiem na brodzie ścigamy uciekający czas i zacieramy ślady zaniedbania. Stadionów może nam pozazdrościć cały świat, dróg tylko Ukraina.

- Z pańskiej Dębicy do Lwowa jest raptem 200 kilometrów, ale podróż wydaje się być przygodą ekstremalną.
- Człowiek wyjedzie, ale nie wie, kiedy dojedzie. Jedna wielka loteria.

- Mieszkaniec Podkarpacia może zyskać na organizacji mistrzostw Europy?
- Skorzysta Przemyśl i inne przygraniczne miasta, bo kibice będą woleli spać w Polsce niż na Ukrainie. A tak w ogóle to pewnie przybędzie nam korków.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.