Czy Podkarpacie straci 438 mln zł unijnych dotacji?

Fot. Archiwum
Fot. Archiwum

Marszałek Władysław Ortyl odpowiada swojemu poprzednikowi Mirosławowi Karapycie.

– Dwa tygodnie temu w Urzędzie Marszałkowskim zakończył się audyt gospodarowania środkami unijnymi. Z jakich przyczyn on miał miejsce? Czy wynikał bezpośrednio z afery korupcyjnej, z którą mieliśmy do czynienie w samorządzie województwa?
– Przyczyną audytu były wszystkie informacje, jakie nagromadziły się wokół afery, która miała miejsce, i której konsekwencje wciąż są odczuwalne oraz oczywiście wokół wszystkich zarzutów prokuratorskich, które zostały postawione marszałkowi Karapycie. A Komisja Europejska w takich przypadkach reaguje zapobiegawczo i wstrzymuje pewne procedury. W tym wypadku wstrzymała certyfikację. Do momentu, w którym przejęliśmy władzę, właściwie nic się w tej kwestii nie działo. KE czekała na zmianę zarządu. Chciała wiedzieć, w jakim kierunku to pójdzie, chciała rozmawiać z nowym zarządem i nowymi władzami sejmiku. W związku z tym w tydzień po ukonstytuowaniu się nowego zarządu, wicemarszałek Lucjan Kuźniar spotkał się w tej sprawie z dyrektorem Patrickiem Amblardem (dyrektor wydziału ds. Polski w Komisji Europejskiej – red.). Pomoc w tej sprawie okazał europoseł Tomasz Poręba. Marszałek Kuźniar przedstawił informacje i zadeklarował wolę szybkiego, bezstronnego wyjaśnienia sprawy, poddania się wszelkim audytom czy wymaganiom KE. Wtedy określono też formułę audytu, która trafiła do nas i do Ministerstwa Finansów. Rozpoczęła się zatem kontrola, która teoretycznie miała trwać do 30 września, ale została przedłużona do 11 października.

– Jaki był jego cel i jakie są wnioski z tego audytu?
– Przeglądnięto dwa nabory z lat 2008 – 2009. Pojawiły się w nim kwestie, które należało wyjaśnić. Przedłużono czas, dokonano dodatkowych sprawdzeń i sformułowany został protokół. W międzyczasie byliśmy poddawani także kontroli systemowej, która się nałożyła na audyt. My odnieśliśmy się do uwag i wniosków zarówno do instytucji audytowej, jak i do KE, i czekamy. Decyzja – odblokować, nie odblokować – będzie raczej podjęta na wyższym szczeblu niż dyrektora Amblarda. On sam poinformował o tym mnie, europosła Porębę i przewodniczącego sejmiku, Buczaka. Podejrzewam, że będzie to decyzja na poziomie dyrektorskim instytucji certyfikującej.

– Kilka dni temu na konferencji z minister rozwoju regionalnego Elżbietą Bieńkowską stwierdził Pan, że odblokowanie certyfikacji powinno nastąpić w najbliższym miesiącu.
– Pan Amblard powiedział, że to wszystko powinno się odbyć w przeciągu kilku tygodni. Ja się spodziewam, że to nastąpi w listopadzie.

– Minister Bieńkowska, były marszałek Karapyta i były wicemarszałek Cholewiński unikają odpowiedzi na pytanie, jakie mogą być konsekwencje, jeśli certyfikacja nie zostałaby odblokowana?
– W tym roku na szczęście żadne, bo pieniądze się wydaje i rozlicza w systemie N+2 (na rozliczenie projektów dofinansowanych z UE jest przewidziane 2 lata – red.). Jeśli nie są scertyfikowane, to znaczy, że ich nie wydaliśmy i Komisja w tym momencie nie przesyła pieniędzy do Polski. Te wszystkie poświadczenia i dokumenty, które przekazaliśmy do Brukseli, i które do pewnego momentu poświadczało Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, leżą tam i ich certyfikacja jest wstrzymana. A jak jest wstrzymana, to w ślad za tymi dokumentami nie przychodzą transze do budżetu państwa.

– Czyli pieniądze nie trafiały do naszego województwa?
– Sytuacja jest taka, że Polska dysponuje środkami z całej puli, dzięki czemu nie ma takiej sytuacji, że gdy nie ma certyfikacji na Podkarpaciu, to nie płacimy Podkarpaciu w ogóle. Płacą nam, ale z całej puli. Na szczęście wykonaliśmy tę zasadę N+2, ale musi być to poświadczone i wtedy jest czysta sprawa. A jakby dalej była zawieszona, to w następny rok znowu nie wykonujemy zasady N+2 i wtedy jest kłopot, który rzutuje na N+2 na poziomie kraju. Wówczas te środki przepadają i nie można już wrócić do poprzednich lat.

– Jak duże pieniądze dla Podkarpacia są zagrożone?
– Jak dobrze pamiętam, to jest to 438 mln zł. Na taką kwotę wysłaliśmy poświadczenia do certyfikacji do Brukseli. Beneficjenci dokonali takich płatności w projektach realizowanych z RPO.

– Czyli są to olbrzymie pieniądze…
– Ta groźba potencjalna jest duża. Ale gdy coś jest nie tak, uruchamiane są szczegółowe rozwiązania i Komisja Europejska zawsze działa na korzyść poszkodowanego. Jak już jest po audycie, to jest już trochę inna rozmowa.

– Czyli, krótko mówiąc, te środki mogłyby przepaść?
– To jest kłopot dla województwa, dla kraju, a także dla Brukseli. Bo tu idą projekty, środki się wydatkuje, a za chwilę ktoś powie, że wydatkowano, a nie certyfikowano, skąd te zaliczki itd.

– Czy to jest dla nas duży, czy mały problem?
– Po tym audycie, po rozmowach w Brukseli i po przesłanych odpowiedziach do instytucji audytowej, uważam, że problem zostanie w najbliższym czasie wyjaśniony. Będziemy musieli wprowadzić pewne zalecenia, procedury eliminujące niejednorodność traktowania. Nie ma błędów w systemie wdrażania, które dotyczyłyby wszystkich projektów, regulaminów. Można powiedzieć tylko, że niekonsekwentnie postępowano względem niektórych wniosków. Żaden urzędnik nie popełnił żadnego błędu, przestępstwa czy naruszenia systemu.

– Czyli możemy dzisiaj powiedzieć, że ten ostatni audyt udowodnił, iż jeden z zarzutów prokuratury wobec byłego marszałka Karapyty, który mówi o korupcji przy zarządzaniu środkami unijnymi, okazał się nieprawdziwy?   
– W moim odczuciu kontrola i audyt nie mają nic wspólnego ze śledztwem prokuratorskim. Myślę, że prokurator działa na podstawie innych dowodów. Ja do zarzutów prokuratorskich po prostu nie mogę się odnieść i nie mogę powiedzieć, czy są one ważne, czy nieważne, czy się potwierdziły, czy też nie.

– Czyli ten audyt nie miał nic wspólnego z postępowaniem prokuratury w sprawie byłego marszałka?
– Absolutnie. No, może tyle, że jak się pojawiły zarzuty prokuratorskie, to KE zaczęła reagować na informacje prasowe plus zarzuty prokuratorskie. Był nawet taki moment, że minister Bieńkowska wstrzymała certyfikację, bo każdy w sytuacji domniemania czy kryzysu chce jakoś reagować, włączając procedury ostrożnościowe. Padały takie sformułowania, już nie będę mówił z czyich ust, że nic się nie stało, że wszystko dobrze pracuje, ale to nieprawda! Każdy z wewnątrz czy z zewnątrz zastanawiał się, czy wszystko przebiegło zgodnie z procedurą. Mieliśmy do czynienie z dużą liczbą kontroli. Zamiast iść do przodu, musieliśmy wracać do poprzednich spraw. Była taka sytuacja, że mamy trzy nabory, postępowania konkursowe i jednocześnie mamy audyt. To musiało mieć wpływ na pracę urzędników. Oni prowadzą konkursy, mają czas na rozpatrzenie wniosków czy płatności, muszą zmieścić się w terminach i niestety, ale coś będzie zalegało. Nie zatrudnię przecież dodatkowych, niedoświadczonych osób. Był moment krytyczny, kiedy wydawało się, że będą jakieś pogłębione kontrole. Była już wręcz przygotowana procedura, że z poszczególnych departamentów zostaną przekazane osoby do pomocy i jeszcze dokładnego skontrolowania.

– Czy poza tą wstrzymaną certyfikacją są jeszcze jakieś problemy „odziedziczone” po poprzedniej władzy?
– Musieliśmy szybko skończyć strategię województwa, ogłosić nabory przedsięwzięć strategicznych, bo tamten zarząd wcale tego nie robił. Jesteśmy spóźnieni w stosunku do innych województw o półtora miesiąca. Pracujemy nad Regionalnym Programem Operacyjnym. Tu nie umkną nam już terminy, a pewne rzeczy udaje się nawet pozyskać dodatkowo. Mam tu na myśli np. dodatkowe środki na RPO czy Program Polski Wschodniej. Trochę dziwi mnie, że Mirosław Karapyta ma jakieś wątpliwości do tych poczynań i próbuje mnie lekko pouczać, że powinienem radnego Zygmunta Cholewińskiego wziąć do Brukseli. Przyjąłem taką zasadę, że nie krytykuję moich poprzedników imiennie i bezpośrednio, bo to jest najprostsze, a jednocześnie najbardziej prymitywne zachowanie dla następców, którzy wchodzą na czyjeś miejsce. Ja pracuję do przodu. Jeśli on mówi, że niepotrzebnie biorę sobie departamenty, to tak samo mogę powiedzieć, że on sobie nie brał departamentów i jeździł po delegacjach, nie było go np. około pół miesiąca w urzędzie, a przez to nie pilnował, nie kontrolował. Nie mam do niego pretensji, niech go rozliczy ten, kto powinien, ale nie podoba mi się to, co powiedział odnośnie mojej wizyty u dyrektora Amblarda i co do koncepcji organizacji urzędu, czy ja mam departamenty pod sobą, czy nie mam. On nie miał, bo przyjął formułę, że nie będzie się zajmował urzędem i środkami pomocowymi, tylko będzie po prostu jeździł. I uważa, że był bezstronny, co jednak nie uchroniło go od spraw, które mu się zarzuca. Nie chcę tego nazywać po imieniu… Aczkolwiek jest radnym, w tej chwili nieczynnym, no i może wyrażać pewne swoje opinie, ale one o nim jakoś świadczą.

Rozmawiał Arkadiusz Rogowski

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ambroży
Ambroży
7 lat temu

Jeżeli pieniądze unijne będą dotować osoby za noszenie sztandaru PSL i to po 300tys. EURO i to osobom które nie tak dawno miały wcześniejsze spore problemy z bankiem , to mam wątpliwości czy nie będzie to tylko kolejne poszerzenie szarej strefy czy czarnego rynku z którego Polacy nie wiele maja korzyści?. Wczorajsze wystąpienie prof. znającego się na tym temacie w TV TRWAM , który stwierdził iż US brały kredyty aby zwrócić należny nadpłacony podatek w sytuacji gdy najłatwiej oszukiwać na VAT-cie jest dla mnie porażające tym bardziej że UE taka politykę akceptuje! . I na koniec śmieszą mnie te wpisy… Czytaj więcej »

variabilis
variabilis
7 lat temu

Skoro sprawdzano nabory 2008-2009 jak przyznał Ortyl to oznacza, że Komisja sprawdza konkursy ogłaszane właśnie przez PIS, który rządził w województwie w latach 2006-2010. Skoro jak twierdzi sam Ortyl „pojawiły się w nim kwestie, które należało wyjaśnić”, czy to znaczy, że ….. Czy PIS jest autorem tej afery?

ROMAN
ROMAN
7 lat temu

czyli co ? – cierpliwie czekamy u drzwi twoich Panie !