Grunt to opanowanie w krytycznej chwili

Opanowanie dyspozytorki, a potem sesja w komorze hiperbarycznej uratowały pięciolatkę. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Czasami nie można czekać na karetkę z założonymi rękoma. Opiekunka instruowana przez dyspozytorkę pogotowia uratowała zaczadzoną dziewczynkę.

Pięcioletnie dziecko było krok od śmierci. Gdy kobieta opiekująca się pod nieobecność rodziców dwojgiem dzieci wyjęła jedno z nich z wanny, była przekonana, że dziewczynka utonęła podczas kąpieli, bo nie dawała znaku życia. Opiekunka wezwała pogotowie, ale nim karetka podjechała przed dom, sama udzieliła pierwszej pomocy. Dobrymi radami służyła jej dyspozytorka pogotowia. Dziecko żyje i ma się dobrze.

W takich chwilach o życiu decydują sekundy. Mimo zrozumiałej paniki, kobiecie udało się wybrać numer pogotowia. Zdążyła poinformować dyspozytorkę, że dziecko nie oddycha. Karetka z ekipą ratunkową od razu wyjechała. Choć to zaledwie kilka przecznic od szpitala, liczyła się każda sekunda.

Metoda usta-usta to podstawa
- Dyspozytorka musiała najpierw wytłumaczyć roztrzęsionej kobiecie, że na ratunek nie jest za późno – mówi Zofia Dłużniak, rzecznik szpitala w Stalowej Woli. Później był już fachowy instruktaż.

Zgłaszająca usłyszała, że dziecko należy położyć na plecach i zastosować reanimację metodą usta – usta. Dla pięcioletniej dziewczynki było to zbawienne. Już po dwóch wdechach, dziecko zakaszlało i odzyskało oddech. Nie odzyskało jednak przytomności i zostało zabrane karetką do szpitala. Po chwili pod dom musiała podjechać druga karetka, bo źle poczuła się jej 10-letnia siostra. To dało już lekarzom do myślenia.

Gdy w szpitalu trwała walka o życie i zdrowie małych pacjentek, na pogotowie zgłosiła się para dorosłych, mieszkających w tym samym domu, co dziewczynki. Dorośli mieli te same objawy i wtedy było już pewne, że wszystkiemu winien jest tlenek węgla. Czad wydobywał się z niesprawnej termy gazowej, a że przewód wentylacyjny był przytkany, „cichy zabójca” najpierw zaatakował najmłodszego, kąpiącego się domownika, a potem raził pozostałych. Zatruci czadem trafili do komory hiperbarycznej i dziś wszyscy, łącznie z najmłodszą, a zarazem najbardziej zatrutą dziewczynką, czują się dobrze.

Komora nie zawsze ratuje życie
Od początku obecnego sezonu grzewczego, na terenie pow. stalowowolskiego doszło do 9. zatruć tlenkiem węgla, w których poszkodowanych było kilkanaście osób. W jednym przypadku do szpitala trafiła cała 9-osobowa rodzina. Niestety, jedna z osób zatrutych, zmarła. Ofiar byłoby na pewno więcej, gdyby nie komora hiperbaryczna w stalowowolskim szpitalu. Podawany w niej pod wyższym ciśnieniem tlen „wypłukuje” z krwioobiegu tlenek węgla. W przypadku młodej mieszkanki Turbi, poziom karboksyhemoglobiny był tak wysoki, że kilka sesji w komorze nie pomogło i kobieta zmarła w tydzień po zatruciu. W skrajnych przypadkach, przy wysokim stężeniu tlenku węgla, zgon może nastąpić w ciągu minuty.

Jerzy Mielniczuk

do “Grunt to opanowanie w krytycznej chwili”

  1. leon

    I dla tego zapisuję się na kurs EFR. Bo lepsza znikoma pomoc niż brak jakiejkolwiek.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.