Gumior, co lubi odlecieć

ROBERT KASPERCZYK (46 lat) był napastnikiem Hutnika Kraków (ekstraklasa) oraz trenerem w tym klubie. Prowadził także Górnika Wieliczka, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Podbeskidzie Bielsko-Biała, z którym w 2011 roku awansował do ekstraklasy. Ze Stalą Rzeszów związał się półrocznym kontraktem. Fot. Wit Hadło

PIŁKA NOŻNA. II LIGA. Trener Stali Rzeszów, ROBERT KASPERCZYK, o miłości do książek, kontuzji kręgosłupa, która przerwała karierę i fantazyjnej grzywce Tomasza Hajty.

- Przeczytał pan już biografię Marka Hłaski, którą otrzymał od szefów Podbeskidzia?
- Znacznie wcześniej przeczytałem. Ale wydanie, które otrzymałem w Bielsku-Białej, wzbogacone było o interesujące fotografie.

- Skąd fascynacja Hłaską?
- Z młodości (śmiech). Kiedyś nie było Internetu, playstation i to książka była najlepszym przyjacielem. Moja największa miłość zaraz po futbolu. Czytałem na potęgę, zwłaszcza podczas dwuletniego pobytu w Błękitnych Kielce. W tym milicyjnym klubie odrabiałem wojsko, a książki pochłaniałem, bo tam nie było co robić. W ręce wpadli mi wtedy “Piękni dwudziestoletni”, ostatnia powieść Hłaski. Zrobiła na mnie tak kolosalne wrażenie, że postanowiłem poznać całą jego twórczość. Hłasko to był pierwszy gość, który odważnie pisał o PRL-u, jego zagrożeniach i patologiach. Każde opowiadanie kończyło się śmiercią, rozstaniem albo zdradą. Wciągało jak cholera!

- Co pan czyta oprócz Hłaski?
- Waldemara Łysiaka i Antoine de Saint-Exupery`ego, twórcę “Małego księcia”. “Nocny lot”, “Ziemia, planeta ludzi” – to taka poezja prozy. Lubię odlecieć na chwilę, zapomnieć o kłopotach dnia codziennego. Dzięki tym twórcom na krótko przenoszę się w inny wymiar.

- Rozumiem, że zabiera pan książki na zgrupowania czy w podróż na mecz?
- Zawsze. Ostatnio przeczytałem “Twierdzę” Saint-Exupery`ego, bodajże trzeci raz, a teraz jestem pod wrażeniem książek Josepha Murphy`ego. Facet na przełomie lat 70. i 80. XX wieku napisał “Potęgę podświadomości” i na bazie tegoż bestsellera tworzył następne. Radził też jak wykorzystać podświadomość w pracy i muszę przyznać, że korzystam z tego pełnymi garściami.

- Piłkarze także czytają książki?
- (szeroki uśmiech) Młodzi ludzie mają teraz inne zainteresowania. Machają palcem po ekranie.

- Ma pan jakąś trzecią wielką pasję po piłce nożnej i literaturze?
- Zdecydowanie muzykę! Clan of Xymox, Sisters of Mercy, The Mission – w czasach mojej młodości to byli królowie gotyku. Dziś ten gatunek poszedł w kierunku elektroniki, coraz mniej tam gitary klasycznej. Komputery, syntezatory, przepraszam, ale nie widzę w tym wielkiej sztuki.

- Urodził się pan w Tuchowie, ale młodość spędził w Nowej Hucie. Czuje się pan gumiorem?
- Gumior. Oczywiście, jestem typowym gumiorem!

- Nowa Huta to nie najpiękniejsze ani nie najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. Zdarzyło się, że musiał pan walczyć o swoje na ulicy?
- Kiedy byłem małym chłopcem tego rodzaju “rozrywka” nie była mi obca. Mieszkałem na osiedlu podzielonym na kibiców Hutnika i Wisły. Resztę można sobie wyobrazić.

- Wyobrażam sobie, że szybkie nogi pomagały?
- Z tym nie miałem problemu. Kilka razy jednak oberwałem (śmiech).

- Na początku lat 90. był pan napastnikiem Hutnika, który miał pakę, co się zowie. Żeby wymienić tylko Mirosława Waligórę, Tomasza Hajtę, Marka Koźmińskiego, Kazimierza Węgrzyna, Krzysztofa Bukalskiego, Dariusza Romuzgę czy Jerzego Kowalika…
- Dziś zespoły są kosmopolityczne, wtedy największym mirem cieszyli się ci, którzy w danym klubie grali najdłużej. Atmosfera w szatni była kapitalna. W Hutniku się nie przelewało, jednak pieniądze nie miały większego znaczenia. To były inne czasy. Mam z tego okresu mnóstwo pięknych wspomnień. Nigdy nie zapomnę fryzury Tomka Hajty. Nosił grzywkę z przodu i dostał ksywkę “Karino”. Mieliśmy ubaw po pachy, choć on nawet dziś się z tego nie śmieje.

- Pan dobrze rokował, niestety karierę przerwała kontuzja kręgosłupa. Co właściwie się stało?
- Debiut w ekstraklasie miałem jak marzenie. Jesienią 1990 roku wygraliśmy w Lublinie z Motorem 4-0, a ja strzeliłem dwa gole. Niebawem pojawiły się jednak potworne bóle pleców, coraz rzadziej wychodziłem na boisko. W końcu konsylium lekarskie orzekło, że jeśli dalej będę obciążał organizm, wyląduje na wózku. Przestałem grać w piłkę w wieku 25 lat, kręgosłup do dziś się odzywa.

- Świat się panu zawalił?
- Było ciężko, bardzo ciężko…Przetrwałem dzięki narzeczonej, która dziś jest moją żoną. Pomogło także to, że znaleźliśmy sposób na życie. Poszedłem w trenerkę. A wracając do kontuzji: w tamtych czasach nie monitorowano zawodników pod kątem obciążenia, ćwiczenia były mordercze, według wschodnich wzorów. Moje problemy zaczęły się, gdy wystrzeliłem w górę. Po prostu aparat mięśniowy z tym wszystkim sobie nie poradził.

- Wygląda pan na rozsądnego faceta. Dlaczego zatem dał się pan namówić na Stal Rzeszów? Zespołowi grozi spadek, a panu utrata dobrego imienia.
- Przyczyn było kilka, jedna z nich bardzo osobista. Gdy po ciężkiej chorobie zmarła moja mama, każdy kolejny dzień spędzony w domu był traumą. Stawałem się nie do zniesienia i w końcu żona poprosiła, bym poszedł do pracy, bo to wszystko źle się skończy. I właśnie w tych dniach zadzwonił pan Andrzej Szymański z pytaniem, czy byłbym zainteresowany prowadzeniem Stali. Chwilę się zastanawiałem, aż w końcu postanowiliśmy, że podpiszemy półroczną umowę. Zobaczymy, czy uda się nam zbudować coś pozytywnego. Jestem tytanem pracy, druga liga to dla mnie żadna ujma na honorze, mam pomysły, ale też wątpliwości co do pewnych spraw. Sukces osiągniemy, gdy wsiądziemy na jedną łódkę i będziemy wiosłować w tym samym kierunku. Na szczęście we władzach klubu widzę rozsądnych ludzi. Bardzo liczę na ich pomoc.

- Stal będzie grać wiosną krakowską piłkę?
- Teraz w modzie jest tiki-taka (śmiech). Chciałbym, żebyśmy grali odpowiedzialnie. Żebyśmy jak najczęściej mieli piłkę, organizowali się sprawnie w ofensywie i w obronie. Moi zawodnicy mają ogromny zapał do pracy, a to już połowa sukcesu. Taktyki się nauczą. Ale pamiętajmy, że trzeba czasu i odpowiednich ludzi.

- Nie obawia się pan tych kilku najbliższych miesięcy? Nie zna pan tej ligi.
- Obawiam się jedynie o wypadki losowe. Kartki, choroby, kontuzje. W okresie przygotowawczym największym wrogiem było nasze boisko ze sztuczną trawą. Na tym boisku chłopcy doznali wielu urazów. Każdy zespół, który grał z nami sparingi, przeklinał to miejsce. Tak dłużej być nie może! To boisko nie ma przyczepności, jest twarde, długo by można wymieniać.

- Rozmawiamy w sobotę rano, bo zaraz po sparingu pędzi pan do domu na 40. urodziny żony. Ponoć przygotował pan dwie niespodzianki?
- Zdradzę panu, tylko proszę nie wrzucać wywiadu do Internetu (śmiech). Zabieram z Krakowa dwie serdeczne przyjaciółki żony, jedna z nich przyjechała specjalnie z zagranicy. Panie dawno się nie widziały. Oj, żona będzie w szoku!

Rozmawiał Tomasz Szeliga

do “Gumior, co lubi odlecieć”

  1. ssaafsda

    Fajny wywiad ,aż miło się zaskoczyłem ,że w tej gazecie można coś takiego przeczytać. A trener wydaję się naprawdę bardzo sympatycznym kolesiem. Oby ze Stalą osiągnął sukcesy na jaki zasługuję ten najbardziej utytułowany Rzeszowski klub.

  2. lolek

    bedzie awans

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.