I w proch się obrócisz…

Otwarcie tego małego budynku na stalowowolskim cmentarzu, medialnie przyćmiło chociażby otwarcie pierwszego w historii Stalowej Woli kasyna. Fot. Wit Hadło

W urnie, która oddawana jest rodzinie, jest tylko ok. 3,5 l czystych prochów

- Ktoś umarł, ktoś inny musiał pomóc zrobić to, czego umierający chciał. Ja tylko pomogłem krewnym zrealizować ostatnią wolę zmarłego – mówi Piotr Banaczyk, właściciel stalowowolskiej spółki „Memento”, która kilkanaście dni temu przeprowadziła pierwsze w regionie kremacje ciał. Banaczyk jeszcze dwadzieścia, ba, nawet piętnaście lat temu, byłby potępiony. Teraz przeszło mu to niezauważenie. Ani protestów sąsiadów, ani osób przez nich napuszczonych. To chyba pierwszy w Polsce przypadek krematorium, które nie spotkało się ze sprzeciwami w całym cyklu jego budowy!

Lat temu kilka Stalowa Wola próbowała stawić czoła problemowi braku miejsca na pochówki. Radni jak zawsze dzielni i perspektywiczni, rozciągali granice miasta (dokąd mogli, a mogli nie za wiele). Napotkali na opór sąsiadów i wtedy okazało się, że miasto jeszcze ma gdzie się budować, ale nie ma gdzie grzebać zeszłych. Za pięć, góra siedem lat, Stalowa Wola stanie przed koniecznością wydzielenia kolejnego cmentarza. Co rok wycina się minimum 40 arów lasu pod nowe pochówki, a cmentarz dochodzi już prawie do huty i dalej się nie posunie. – Nie ja decyduję o miejscach grzebalnych, ale wiem, że z roku na rok, będzie o nie coraz trudniej – wyrokuje Banaczyk. Zarządza firmą, która dba o stalowowolską komunalną nekropololię. Pochowanych na niej jest 15 tys. osób, ale będzie więcej.

Spopielarnia zwłok nie była tylko pomysłem, który miał ratować stalowowolski cmentarz przed „przeludnieniem”. To bardziej było swego rodzaju wyzwanie w branży. W innych miastach ludzie stawali ostro przeciwko spalarniom, a w Stalowej Woli jakoś przeszło bez echa. – Oczywiście, że baliśmy się wyroku Rady Miejskiej, ale mieliśmy za sobą ludzi. Co najciekawsze, głównie ludzi starszych – Banaczyk sięga do niedalekiej pamięci i świeżych zapisków. Te już są zajęte nazwiskami z Podkarpacia oraz okolicznych i niesąsiadujących województw.

Krematorium stalowowolskie ruszyło w ub. tygodniu. W takich okolicznościach nie robi się przecięć szarf, ani nawet promocji. Za spopielenie zwłok osoby bliskiej, krewni płacą 650 zł. To cena średnia w Polsce (od 550 do 750 zł), ale tu jest najnowocześniejszy piec w kraju (jakby to miało jakieś znaczenie dla zmarłego). Kolejka „zapisanych” od razu się wyciągnęła, gdy tylko „Memento” wydało pierwszą urnę. Gdy po kilku dniach odwiedziliśmy pierwsze podkarpackie krematorium, spalonych w nim zostało już dziesięć zwłok.

Komputer przejmuje trumnę z ciałem
Spalanie odbywa się nieco inaczej, niż większość sobie to wyobraża. Przede wszystkim odbywa się w silnie rozgrzanym powietrzu, bez bezpośredniego oddziaływania ognia na ciało zmarłego. Ciało trafia do komory, w której temperatura po krótkim czasie osiąga 970 stopni Celsjusza. Takie uderzenie gorąca sprawia, że w procesie tym nie ma dymu, który mógłby chociażby przeszkadzać sąsiadom. Operator obserwuje cały proces na plazmowym wyświetlaczu. Zmarły jest w trumnie, którą widzą krewni do momentu wjazdu do pieca. Za wielką szybą jest dla nich przygotowana specjalna sala, ale zazwyczaj pozostaje pusta. – Przypadki takiego rodzinnego wzrokowego odprowadzania trumny do pieca, są bardzo rzadkie. W naszym krematorium tylko podczas dwóch spopieleń w sali były rodziny – zaznacza Banaczyk.

Potem godzina spalania i jeszcze kilkadziesiąt minut oczekiwania na rozdzielenie prochów zmarłego, od tego, co towarzyszyło mu w ostatniej drodze. A nie może towarzyszyć mu wiele. Zasadniczy rygor, poza wagą ( w Stalowej Woli do 170 kg), to rozrusznik serca. Maleńka jego bateria może uszkodzić piec krematoryjny i tę baterię musi usunąć laborant w prosektorium. Wszelkie metalowe wstawki w kościach, których zmarły nabawił się podczas doczesności, nie mają znaczenia. Nie spalą się, ale też nie trafią do urny.

Technika robi swoje i piec w krematorium przy ul. Ofiar Katynia najpierw oddaje wszystko, co nie poddało się wysokiej temperaturze. Po spaleniu zostaje ok. 2,5 do 3 kg prochów, ale jeszcze zanieczyszczonych. Pojemnik z taką zawartością, po ostudzeniu wędruje do innego urządzenia, które oddziela prochy zmarłego od tego, w czym został do pieca włożony. I Kopciuszka do tego nie trzeba. Ciało do spalenia jest ubrane, jak sobie rodzina tego życzy. Na ostatnią drogę może być złożone w wykwintnej trumnie, ale do pieca i tak trafia w najprostszej trumnie drewnianej; bez okuć i jakichkolwiek metalowych dodatków. Metalowe plomby, płytki platynowe i inne wspomagacze kości, po przefiltrowaniu prochów trafiają do innego pojemnika. W urnie, która oddawana jest rodzinie, jest tylko ok. 3,5 l czystych prochów.

- „Gdzieś tam” robiono próby ze spalaniem w trumnach tekturowych, albo wiklinowych, ale my tego nie robimy – mówi Piotr Banaczyk. – To tylko troszeczkę tańsze, uciążliwe w procesie spalania, a poza tym trzeba mieć szacunek dla zmarłego.

Ostatnia wola zmarłego i wiara
I jeszcze kwestia ducha, który żadnej temperaturze się nie poddaje. Kościół – mówimy o przeważającej części mieszkańców naszego terytorium – zaleca odprawić najpierw mszę św. nad ciałem, a dopiero potem odprowadzenie prochów, już w dosłownym tego znaczeniu, na cmentarz. Nie da się ukryć, że wiąże się to z pewnymi komplikacjami. W zasadzie tylko czasowymi, jednakże istotnymi. Pogrzeb, od mszy św., przez kremację i późniejszy pochówek, zajmuje co najmniej pięć godzin (jeżeli krematorium jest na miejscu). W przypadku pogrzebów w miejscowościach oddalonych od krematorium, sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, bo jeden dzień to za mało. No i jeszcze trumna. Po co kupować ładną, skoro i tak zaraz trzeba będzie przełożyć ciało do surowych desek? O drugim obiegu trumien jeszcze u nas nie ma mowy. To są kwestie do rozpatrzenia każdego żałobnika. Księża, póki co, nie są jeszcze radykałami i odprawiają msze nad urną. Bez żadnych oporów robią to wtedy, gdy ktoś zmarł daleko od miejsca zamieszkania, zwłaszcza poza granicami kraju. Nie jest tajemnicą, że chodzi tu o oszczędzenie rodzinie wysokich dodatkowych kosztów transportu trumny ze zwłokami.

Sprawdziliśmy; w historii stalowowolskiego cmentarza była tylko jedna msza nad trumną i po spopieleniu ciała, odprowadzenie prochów z księdzem do grobu. Msza była o godz. 10, kremacja dwie godziny później, a właściwy pogrzeb o godz. 15. To było kilka dni temu i zdarzyło się prawdopodobnie tylko dlatego, że wszyscy żałobnicy byli ze Stalowej Woli.

Zmienia się nasze podejście do śmierci
A kwiaty, wieńce? – Już trochę w tej profesji pracuję i zauważyłem ogromną przemianę w ciągu ostatnich lat – kontynuuje prezes „Memento”. – Nie chodzi już o to, że duża ilość kwiatów i wieńców nie przystaje do urny. Wieńców na każdym pogrzebie jest coraz mniej, bo pogrzeby przestają być wielkimi ceremoniami. Szczególnie po pogrzebie bł. Jana Pawła II, zamawiane trumny są proste, bez zdobień i lakierów. Widziałem pogrzeb z jedną różą na trumnie, która znaczyła więcej, niż dziesiątki wieńców. Bardzo zmieniło się też nasze podejście do samej śmierci, a z nim do spopielania zwłok, czego efektem jest chociażby to krematorium.

Z dziesięciu pierwszych kremacji w stalowowolskim krematorium, które odbyły się w ciągu tygodnia, trzy ciała przywieziono z zewnątrz (Lublin, Rzeszów, Przemyśl). Pozostali zmarli byli mieszkańcami Stalowej Woli. Z roku na rok liczba pogrzebów z urnami rośnie. W ub. roku na cmentarzu komunalnym w Stalowej Woli odbyło się ok. 50 takich pogrzebów. W całym kraju mogło ich być nawet 50 tys. Szacuje się, że prawie co dziesiąty zmarły Polak jest spopielany. Dla porównania w Niemczech spopielanych jest ponad 30 proc. zmarłych, w Szwecji blisko 70 proc., a w Czechach omalże 80 proc. To m.in. przez to, najwięcej krematoriów jest na Śląsku, a niektóre tamtejsze firmy pogrzebowe stale korzystają z usług krematorium w Ostrawie. Stalowowolska spopielarnia jest szesnastą w Polsce, ale szybko takich zakładów będzie przybywać. Najpóźniej jesienią tego roku, zostanie otwarte krematorium w podrzeszowskiej Wilkowyi.

Na nasze tradycyjne podejście do pogrzebów przez długi czas wpływała pamięć hitlerowskich krematoriów. Rzeczą drugą były finanse, które wcale nie faworyzowały spopielania, gdy spopielarni było mało, bo koszty transportu i przechowywania zwłok odprowadzały pogrzeb do cen pogrzebu tradycyjnego. No i kolumbaria, które są jeszcze niezwykle rzadkie na naszych cmentarzach. Prochów jeszcze nie można u nas rozsypywać. Urnę i tak trzeba włożyć do grobu. W Stalowej Woli, radni dopiero gdy krematorium stało, zarządzili budowę kolumbarium z niszami na urny.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.