Ich czas zatrzymał się w locie

Ostatnia sobota kwietnia tego roku. Blok przy ul. Okulickiego. Ostatnia śmierć przez skok z wieżowca w Stalowej Woli? Fot. Autor

Czy Stalowa Wola jest miastem samobójców. Dlaczego młodzi mieszkańcy tego miasta, tak często targają się na swoje życie.

To było w ostatnią sobotę. Mężczyzna w średnim wieku wyszedł na parapet okna, zrobił lekki balans ciałem, kilka, może kilkanaście sekund później biegli do niego sąsiedzi. Leżał na murawie pod swoim blokiem; wokół powstało zbiegowisko, ale on już tego nie widział. Po upadku z dziewiątego pietra nawet metalowa skrzynka się płaszczy, a co dopiero ludzkie ciało.

Niecałe dwa miesiące wcześniej, tuż przed Wielkanocą, podobne zbiegowisko było pod innym stalowowolskim wieżowcem. Ludzie patrzyli jak policjanci przykrywają czarnym workiem ciało młodego człowieka, leżące na daszku nad wejściem do klatki schodowej. I jeszcze kilka miesięcy wcześniej i inny wieżowiec. Była wczesna noc, ale ciała młodzieńca leżącego na betonie przed klatką schodową nie dało się nie zauważyć. I też nie był to pierwszy przypadek śmiertelnego upadku z dużej wysokości w hutniczym mieście. Co poza miejscem łączy te wszystkie przypadki? Policjanci określają to „brakiem udziału osób trzecich”.

Suma nieszczęść

Stalowa Wola nie jest jakimś nadzwyczajnym miastem, ani na mapie kraju, ani województwa. Może trochę młodszym niż inne, bo ma dopiero kilkadziesiąt lat. Siłą rzeczy społeczeństwo też jest tu młodsze, czego nie zdołała zachwiać nawet emigracja zarobkowa. Czy dlatego samobójcy też są tu młodsi?

- Samobójstwo nie jest przypisane do wieku i miejsca – mówi dr Ewa Kosak, psycholog. – Jak każda śmierć jest „demokratyczna” bo dotyka tak samo dyrektorów, bezrobotnych, naukowców i rolników. Jest sumą wielu czynników, w których nawet pogoda jest brana pod uwagę. Nie uważam jednak, by ostatnie tragedie w Stalowej Woli były jakąś serią o podobnym podłożu. To przypadek, a moje miasto w niczym pod tym względem nie odbiega od innych.

A jednak. Cztery samobójstwa przez skok z wieżowca, w ciągu niecałych dziewięciu miesięcy, są czymś, co nie zdarzyło się ostatnio nawet w dużo większym Rzeszowie. Pomijając jego podłoże, wybór metody rozstania się z życiem może być zastanawiający. Nie jest to zjawisko nowe, bo skoki, a bezpieczniej mówiąc upadki z wysokości, zdarzały się wcześniej, ale te samobójstwa były jakby manifestacją czegoś, do czego niezwykle trudno będzie nam żyjącym dotrzeć. Choćby te wspomniane ostatnie. W biały dzień, w centrum miasta, w godzinach szczytu, kiedy tuż obok przechodzą tłumy. Osoba, która ma dość doczesnych trosk, zazwyczaj stara się gdzieś odejść, zrobić to bez świadków, bo tylko wtedy taki krok jest skuteczny. Było też kilka prób skoków, którym zapobiegła policja. Szczególnie jedna zgromadziła wielu gapiów, bo desperat prawie przez godzinę siedział na parapecie okna na wysokim piętrze wieżowca przy ul. Okulickiego. Było to wczesnym popołudniem, kiedy ludzie wracali z pracy. I znów na mikroosiedlu czterech wieżowców, z których skoczyło już kilka osób, w tym ostatnia, 37-letni mężczyzna.

Płaczą i mówią o śmierci

Maria Brzezińska,  kierująca Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Stalowej Woli nie kryje, że w ostatnich latach zdarza się więcej osób, które przychodzą do Ośrodka nie tylko po pomoc socjalną. – Czasami mówią wprost, że są u kresu wytrzymałości i planują samobójstwo – przyznaje szefowa MOPS. – Rozmowę rozpoczynają łzy, potem z naszej strony jest próba przekonania o konieczności wizyty u psychologa. Udaje się, podopieczni wracają do równowagi, ale zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy nie obnoszą się ze swymi skrajnymi zamiarami.

O tych tylko w części dowiaduje się policja. Wszystkich, którzy skutecznie przerywają życie, zlicza tylko GUS. Z danych Urzędu wynika, że w kraju rocznie mamy ponad skutecznych 6 tys. samobójstw. To więcej niż ofiar wypadków drogowych, ale w tym, mimo fatalnego stanu dróg, nie jesteśmy wyjątkowi. W Unii Europejskiej samobójstwo popełnia rocznie ok. 58 tys. osób, a w wypadkach ginie nieco ponad 50 tys. Dla Polski niepokojące jest to, że z roku na rok, rośnie u nas odsetek prób samobójczych zakończonych śmiercią. Stąd może częstszy wybór metody, która nie zostawia marginesu. Chociażby skoku z wysokości. W idealnie płaskiej Stalowej Woli nie ma gór i przepaści, nie ma też zapory jak w Solinie. Tu zdecydowani samobójcy wybierają dach, albo okno na wysokim piętrze wieżowca. Zwłaszcza, że wszyscy ostatni, byli mieszkańcami bloków, pod którymi zginęli. Bijąc się z myślami o życiu i śmierci, patrzy w przestrzeń za oknem i właściwie nie musi wybierać. Potem policji zostaje tylko ustalić, czy ktoś desperatowi nie pomógł, choćby namowami. Pomijając ostatni wypadek, w żadnym poprzednim policja i prokuratura nie doszukały się takich namów.

Posądzani o namowy

Po ostatnich samobójstwach w niektórych lokalnych i regionalnych środowiskach pojawiły się sugestie, że częściową za nie winę ponoszą dziennikarze. Że pisząc, dają innym radę, jak skutecznie rozstać się z życiem. W psychologii jest nawet określenie takiego stanu rzeczy. To „efekt Wertera”, określenie wzięte z literatury, na które powoływały się osoby szukające winnych w mediach. – Efekt Wertera jest dość dobrze udokumentowany – mówi prof. Janusz Czapiński. – Jeżeli znana osoba odbiera sobie życie, to w krótkim okresie po nim, notowany jest zauważalny wzrost samobójstw. Ale tak się dzieje, gdy zabija się gwiazda filmu, czy estrady.

Stalowowolanie, którzy ostatnio targnęli się na życie, znani byli tylko w swoich środowiskach. Po śmierci w gazetach pojawiły się co najwyżej ich imiona. – W Stalowej Woli nie widzę znamion tego efektu – broni dziennikarzy dr Kosak. – Mógł on być po słynnej śmierci małej Madzi na południu kraju. To już była medialna przesada. Przy takim nasileniu przekazu, można faktycznie dotrzeć do grupy osób o zachwianych emocjach.

Kto wie, czy efektem Wertera nie były ostatnie dwie śmierci w Krakowie. Tam młoda matka wzięła na ręce 3-miesięczną córeczkę i wyskoczyła z okna wieżowca.

Gdyby nie było wieżowców…

Wróćmy jednak na Podkarpacie. Policja ujawniła, że w roku ubiegłym było 197 prób samobójczych, z czego aż 45. udało się zapobiec. To pokazuje nasze wcześniejsze stwierdzenie, że policjanci nie muszą o wszystkim wiedzieć. Śmiało można powiedzieć, że wszystkich prób było przynajmniej dwa razy więcej, a może tylko liczba uratowanych jest taka sama. Istotny w tych statystykach jest stosunek płci, który wskazuje na mężczyzn, którzy robią ostateczny krok 5,5 raza częściej, niż kobiety. Dużo częściej samobójstwa popełniają mieszkańcy wsi, którzy ciągle nie mają gdzie pójść ze swoimi problemami, nawet tymi, które są groźne dla ich życia. Z policyjnych statystyk wynika, że samobójstwa na Podkarpaciu popełniane są najczęściej w poniedziałek, czwartek i niedzielę, a skoki z dużych wysokości to niecałe 5 proc. I może dlatego po ostatnich wypadkach wielu zwróciło oczy na Stalową Wolę, bo tu jest zupełnie inaczej.

Kiedyś pewien młody naukowiec napisał pracę o samobójstwach w Stalowej Woli. Na temat nakierowały go dziwne statystyki śmierci z wyboru wśród kobiet. Naturą niewiasty jest, że tak przed, jak i po śmierci, chce ona wyglądać ładnie. Stąd u płci ładniejszej przeważają samobójstwa przez otrucie lub przecięcie tętnic. Przez wiele lat stalowowolanki na skraju wyczerpania nerwowego wybierały śmierć pod kołami pociągu. I nie dlatego, że myślały inaczej niż inne kobiety, ale – jak doszedł wspomniany naukowiec – przez środek miasta biegnie linia kolejowa i każda z desperatek przynajmniej kilka razy dziennie ocierała się o metalowe monstrum. Gdyby więc nie było w mieście wieżowców, dziś nie byłoby tego tematu.

Spaliła się beznadzieja, narodziło się nowe życie

Pozostaje tylko odpowiedzieć, dlaczego coraz młodsi stalowowolanie targają się na życie. I znów odpowiedź można znaleźć w statystykach, które pokazują, że to tendencja nie tylko podkarpacka, polska ale i ogólnoeuropejska. Nie warto przytaczać liczb, ale wiek samobójstwa popełniają nawet dzieci, a to wpływa na średnią wieku. – Z racji pracy zawodowej w poradni i na uczelni, mam stały i bliski kontakt z młodymi stalowowolanami i nie zauważam, by byli słabsi psychicznie od swoich rówieśników kilka czy kilkanaście lat wcześniej – słyszymy od dr Ewy Kosak. – Może jest im trudniej, ale tak jak my kiedyś, dążą do czegoś i widzą swoją przyszłość w tym mieście. Łatwo nie jest, ale gdy się do czegoś uparcie dąży, można bardzo wiele. Raz jeszcze powtarzam, że ostatnie samobójstwa w Stalowej Woli są dla mnie marginesem, a nie zjawiskiem. Jednakże nad nimi, jak nad każdą śmiercią trzeba się pochylić i wyciągnąć wnioski.

Na rynku księgarskim pojawiła się ostatnio książka znanego piłkarza Andrzeja Iwana. W jednym z rozdziałów wspomina: – Od kilku dni nie myślałem o tym, co mam do zrobienia. w weekend, bo zakodowałem sobie głęboko w głowie, że weekendu nie będzie. W weekend pewnie odbędzie się mój pogrzeb.

Pogrzebu nie było ani po tej, ani po drugiej próbie odebrania sobie życia. Piłkarz dał swoim wspomnieniom tytuł „Spalony”. Spaliła się w nim tylko beznadziejność, a na tym pogorzelisku narodziło się nowe życie.

Jerzy Mielniczuk

do “Ich czas zatrzymał się w locie”

  1. gyuyu

    Fajnie napisany artykul.

  2. Tomasz

    Komentuje tylko ze względu na fragment ‚Po upadku z dziewiątego pietra nawet metalowa skrzynka się płaszczy, a co dopiero ludzkie ciało.’ bo akurat znam jedną osobę która przeżyła, spadła, wstała i poszła… tylko auto zgniotła ;)

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.