Ile pieniędzy Polska dostanie z Unii?

Dzisiaj w Brukseli rozpoczyna się szczyt UE, który ma zakończyć negocjacje nowej perspektywy finansowej na lata 2014-2020.

7 lat temu negocjacje wieloletniego budżetu Unii Europejskiej również nie należały do łatwych, ale Kazimierz Marcinkiewicz mógł powiedzieć „yes yes yes”.

Dzisiaj w Brukseli powinna zapaść decyzja o wysokości kolejnego wieloletniego budżetu Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Negocjacje rozpoczęły się dobre kilka miesięcy temu i widać w nich bardzo wyraźnie, że wspólnota europejska jest w kryzysie podzielona. Bogatsze państwa z zachodu i północy chcą mocno okroić wydatki Unii, natomiast biedniejsze kraje, w tym Polska, widzą w funduszach unijnych ciągłość i gwarancję rozwoju. Rok temu premier Tusk obiecywał 300 mld zł, co brzmi dość atrakcyjnie, ale czy to rzeczywiście dużo?

Na lata 2007-2013 rząd Prawa i Sprawiedliwości, Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony wywalczył 91 mld zł (w tym 67,3 mld na politykę spójności), czyli około 13 mld rocznie. Podczas tamtych negocjacji sytuacja była nieco lepsza, bo recesja gospodarcza w Europie (nazywana przesadnie kryzysem) nadeszła w 2008 roku. Niemniej jednak wśród krajów “starej Unii”, a szczególnie tych będących płatnikami netto (wpłacają więcej niż dostają), już wtedy ujawniła się chęć do redukcji unijnego budżetu.

Jeszcze w latach 90-tych Unia bez problemów podnosiła limit wydatków (1988-92 z 1,15% do 1,20% PKB, 1993-99 z 1,24% do 1,27% PKB), ale przy pracach nad perspektywą finansową 2007-2013 solidarność i spójność stanęły pod znakiem zapytania. Skromniejszy budżet oznaczałby, szczególnie dla “nowych” państw członkowskich, mniejsze korzyści z członkostwa, zaś dla całej Unii stanowiłby niewątpliwie krok wstecz. Tzw. “list sześciu”: Holandii, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Austrii, postulował okrojenie budżetu do 1% Dochodu Narodowego Brutto krajów członkowskich. Za paradoks można było zatem uznać sytuację, iż powiększona Unia miałaby działać za mniejsze pieniądze.

Jak negocjowano 7 lat temu?
Negocjacje budżetu na lata 2007-2013 rozpoczęły się 10 lutego 2004 roku od ambitnej propozycji Komisji Europejskiej, z pułapem wydatków na poziomie 1,14% DNB. Zdecydowanie skromniejsza była propozycja bogatych krajów – 1% – którzy w dodatku w okresie dyskusji nad nową perspektywą sprawowali prezydencję w Unii. Kanclerz Austrii Wolfgang Schussel (prezydencja w I poł. 2006 roku) i przede wszystkim premier Wielkiej Brytanii Tony Blair (prezydencja w II poł. 2005 roku) starali się tak rozgrywać negocjacje, by przyjąć jak najmniejszy budżet. Nowi członkowie, w tym Polska, opowiadały się oczywiście za jak największym. Z kolei Parlament Europejski przez cały okres negocjowania za najlepszą uważał własną propozycję, przedstawioną 8 czerwca 2005 roku – 975 mld euro. Jednak na grudniowym szczycie Rady Europejskiej w 2005 roku wieloletni budżet Unii został zredukowany do poziomu 862,4 mld, a rozczarowani niskim poziomem wydatków eurodeputowani, zagrozili jego odrzuceniem. Ostatecznie Parlament i Rada osiągnęły porozumienie w maju 2006 roku na pułapie 864,3 mld euro, a więc o ponad 2 mld euro więcej niż zakładało porozumienie osiągnięte na szczycie Rady.

Yes, yes, yes
Taki wynik był typowym dla Unii kompromisem między bogatymi i biednymi, ale dla nas najważniejsza była wewnętrzna struktura wieloletniego budżetu, bo to właśnie Polska jest dziś jego największym beneficjentem. Z 67 mld euro na samą tylko politykę strukturalną sfinansowaliśmy budowy dróg, autostrad, kanalizacji, wodociągów, modernizację kolei itp. Poziom ich wykorzystania szacowany jest na około 80 proc., co jest dobrym, acz nie rewelacyjnym wskaźnikiem (kilkanaście lat temu zachodnie państwa potrafiły wykorzystać je niemal w 100 proc.).

Ile się dzisiaj należy Polsce?
Obecne negocjacje są o tyle trudniejsze, że recesja gospodarcza jest mocno odczuwalna na zachodzie. Punktem wyjścia do dzisiejszej dyskusji ma być nowa propozycja szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya, którą przedstawi dopiero w czwartek. Jego dotychczasowa propozycja zakłada wydatki na poziomie 973 mld euro. Uwzględniając ekonomiczne realia, jest to tylko pozornie więcej niż 864 mld euro z poprzednich 7 lat. Tymczasem dla wiecznie eurosceptycznych Brytyjczyków to i tak za dużo, dlatego grożą wetem. Równie twardo negocjują Szwecja, Dania i Niemcy, które chcą obciąć wydatki Unii aż o 130 mld euro. Polska broni natomiast projektu Komisji Europejskiej, według którego dostalibyśmy 111,5 mld euro (77 mld z polityki spójności i 34,5 mld z polityki rolnej). To według obecnego kursu około 450 mld zł, a więc o wiele więcej niż obiecywał w kampanii wyborczej premier Tusk.

300 mld zł to bajer
Zdawać by się mogło, że nasz przywódca jest bardzo skuteczny, ale prawda jest taka, że nawet oszczędnościowa propozycja brytyjska gwarantuje Polsce obiecywane w kampanii Platformy Obywatelskiej 300 mld zł. Trzeba przyznać, że była to sprytna zagrywka piarowska, bo nie wiadomo czy PO miała obiecywała całą kwotę jaką otrzyma Polska, czy tylko część jaka przypadnie nam z funduszy strukturalnych. W tym drugim przypadku będzie można mówić o umiarkowanym sukcesie, natomiast pierwszy będzie totalną porażką Tuska. Dzisiaj jego jedynym odnośnikiem w negocjacjach jest bowiem właśnie obiecane Polakom 300 mld zł, a nie kwota, która jest realnie do wynegocjowania, dlatego mógł sobie pozwolić na dotychczasowe ustępstwa o kolejne 10 mld euro wobec zachodnich państw. Szacuje się, że 96 mld euro odpowiada temu, co Marcinkiewicz wynegocjował na lata 2007–2013. To absolutne minimum, a niższej kwoty Polska nie powinna zaakceptować.

Autor jest absolwentem europeistyki na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie oraz politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Arkadiusz Rogowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.