Jak wesele, to tylko w Rzeszowie!

Fot. Archiwum Apolonii i Roberta

Ona mieszkała w Londynie, on w Sydney. Spotkali się w… Rzeszowie. Apolonia przyjechała na Festiwal Zespołów Polonijnych. Robert kończył właśnie kurs choreograficzny. Poznali się… i nie potrafili rozstać. Tydzień temu – 13 lipca – w rzeszowskim kościele Apolonia i Robert powiedzieli sobie sakramentalne „tak”!

Był 2014 r. Apolonia z londyńskim zespołem „Orlęta” zamieszkała w akademikach PR. – Po przyjeździe jest taki zwyczaj, że chodzi się od pokoju do pokoju i ze wszystkimi integruje. Weszłam do chłopaków z innego zespołu, a tam był Robert – wspomina Apolonia. – Potem poszliśmy potańczyć do klubu i od tego momentu wszystko „rozkwitło” – dopowiada Robert.

Gdy festiwal dobiegł końca, Apolonia musiała wracać do pracy. Za to Robert miał akurat wolne. – Przyjechał do Londynu i nie miał się gdzie zatrzymać. Moi rodzice zgodzili się, żeby został. Miał być 3 dni. Spędził u nas miesiąc – śmieje się młoda żona. – Kilka tygodni później Apolonia odwiedziła mnie w Australii, a po 5 miesiącach pojechaliśmy na walentynki do Zakopanego. Spędziliśmy je nad Morskim Okiem – zdradza Robert. W maju on zasugerował, żeby Apolonia przeniosła się do Australii. Mniej więcej w tym samym czasie na LinkedIn [red. portal specjalizujący się w kontaktach zawodowo-biznesowych] ona otrzymała propozycję pracy w Sydney. – To był zupełny przypadek! Zgodziłam się na rozmowę i… dostałam posadę – opowiada Apolonia. Pod koniec września była już w Australii.

– 13 miesięcy temu w Sydney odbywał się festiwal świateł. Pomyślałem, że to idealny moment, żeby się oświadczyć. Tak się denerwowałem, że w kluczowym momencie nie byłem w stanie zapytać: „Czy zostaniesz moją żoną?” Dwa razy większy stres niż przed ślubem! Chyba poszło dobrze, bo się zgodziła – śmieje się Robert. Apolonia była w szoku: – Wcześniej powiedział mi, że w tym roku na pewno się nie oświadczy! Byłam pod wrażeniem, bo zamówił fotografa. – Dobrze się ukrył i uwiecznił tę ważną chwilę – zaznacza Robert.

Co najbardziej w sobie kochają? – Uśmiech i to, że tak się udziela dla społeczności za granicą, to rzadkie, że ma dobre serce i wszystkim pomaga – wyznaje młoda żona. – Powiedziałbym, że Apolonia jest dokładnie taka sama – śmieje się mąż. – Do tego jest piękną i dobrą dziewczyną. – Obydwoje lubimy też jeździć po świecie! – dopowiada Apolonia.

Apolonia i Robert poznali się w Rzeszowie przy okazji Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych i nie wyobrażali sobie ślubu w innym miejscu. Z kościoła przy ul. 3 Maja młoda para z gośćmi przeszli w kolorowym korowodzie na przyjęcie. Zespół „Syrenka” zatańczył na weselu tańce rzeszowski i łowicki, do których choreografię ułożył Robert.

Choć mają polskie korzenie, Apolonia przyszła na świat w Londynie, a Robert w Australii. – Obydwaj dziadkowie byli żołnierzami, walczącymi m.in. pod Monte Casino. Po II wojnie światowej wyjechali i nie mogli wrócić do komunistycznej Polski. Całą rodzinę mam w Australii. – zaznacza Robert. – Moi rodzice urodzili się w Polsce i tu mieszkają wszyscy krewni. W londyńskim domu zawsze rozmawialiśmy tylko po polsku. Gdy byłam młodsza, chodziłam do polskiej szkoły– mówi Apolonia.

Oboje od dziecka tańczyli też w zespołach ludowych. Apolonia od kiedy miała 5 lat, Robert już 3. – Po jakimś czasie chciał przestać, ale jego mama nalegała: „Masz tańczyć, albo wyrzucam cię z domu!” – śmieje się Apolonia. -To prawda. Od 6 do 18 roku życia robiłem to dla mamy, która w każdą środę powtarzała: „Musisz iść do Syrenki!”. Nie przepadałem za tym – wyznaje. – Wszystko się zmieniło, kiedy miałem jakieś 20 lat. Zaczęło mi się to podobać. Przyjechałem do Rzeszowa na kurs taneczny. Chciałem tylko zobaczyć, jak to wygląda, a zostałem całe 4 lata. Na koniec po prostu zakochałem się w polskim tańcu i kulturze!

Dziś ich wspólnym zespołem jest „Syrenka”. Robert jest jego choreografem i dyrektorem artystycznym, a Apolonia prezesem. Jestem szczęśliwy, że zespół, który zawsze kochałem, teraz kocha też moja żona – mówi Robert. Choć nieczęsto mogą razem tańczyć, bo choreograf musi obserwować tancerzy, kochają spędzać czas na parkiecie. Ulubiony taniec? – Łowicki i oczywiście rzeszowski, bo mamy do niego duży sentyment – odpowiada Robert.

Wesele w Rzeszowie to był ich wspólny pomysł. – Tu się poznaliśmy, więc było oczywiste, że tu weźmiemy ślub – przekonuje pan młody. Organizacja była nie lada wyzwaniem! – Kiedy u nas była 7 wieczorem, w Polsce była 11 rano. Wiele razy siedzieliśmy o 1 rano i dzwoniliśmy albo wysyłaliśmy maile – wylicza Apolonia. Data wesela zależała od terminu festiwalu, a tę ogłoszono dopiero w grudniu. Wybrali więc w ciemno 13 lipca i mieli 13 miesięcy na przygotowania. Pobrali się 13 lipca, o godz. 13. – Dla nas ta liczba będzie szczęśliwa! – nie ma wątpliwości Robert.

Choć młodym, towarzyszyła cała rodzina i przyjaciele z zespołu, nowożeńcy mocno się denerwowali. – Mieliśmy mnóstwo rzeczy do zrobienia i problem z bagażami. Kostiumy zespołu utknęły na 2 tyg. w urzędzie celnym w Warszawie. Jeszcze dzień przed weselem, do 23.30 układaliśmy nasz pierwszy taniec – wylicza Apolonia. Na szczęście wszystko się udało: – Ten dzień wyglądał dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy!

Przyjęcie odbyło się w rzeszowskim hotelu w Sali Polskiej. Wesele było pół polskie, pół australijskie, a motywem przewodnim – folk. Nie zabrakło tradycyjnego powitania chlebem i solą oraz oczepin. – W hotelu powiedzieli, że po raz pierwszy podawali pierogi jako główne danie. Nie mogło być inaczej, w końcu to polskie wesele! – kwituje Robert. Serwowano także pasztet, karkówkę, indyka, kaczkę gruszkę na deser, a po północy barszcz z krokietem, a toasty wznoszono polską wódką. Goście byli zachwyceni. Niektórzy stwierdzili nawet, że to najlepsze wesele, na jakim byli!

Nowożeńcy mają teraz miesiąc miodowy. – Właściwie cztery, bo nasi świadkowie w Żywcu i Kanadzie też niedługo biorą ślub i chcemy tam być. W Polsce spędzimy jeszcze miesiąc. Chcemy odwiedzić Wrocław, Gdańsk, Gdynię, Malbork, Zakopane, Nowy Sącz i Warszawę – mówią.

Przekonują, że gdyby 5 lat temu ktoś im powiedział, że w Rzeszowie znajdą miłość życia, nie uwierzyliby. – To miejsce zbliża ludzi. Znamy już kilka osób, które spotkały tu swoje drugie połówki – przekonuje Apolonia, a Robert dopowiada: – Wszyscy jesteśmy Polakami.

Wioletta Kruk

– Jedną z naszych piosenek jest „Ain’t No Mountain High Enough”. Marvin Gaye i Tammi Terrel śpiewają: „ nie ma żadnej góry która byłaby zbyt wysoka/ żadnej doliny, która byłaby zbyt nisko/ żadnej rzeki, która byłaby za szeroka/ abym nie mógł do ciebie dotrzeć, kochanie. Czuliśmy, że to o nas – wyznają nowożeńcy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o