Janusza zastrzelił pijany gangster

Stacja metra w Pantin. Niedaleko doszło do zabójstwa.

Na obczyźnie nie zapomniał skąd pochodzi, jego dom zawsze był otwarty dla bliskich i dalszych znajomych.

Ta śmierć wstrząsnęła nie tylko Ulanowem. Wtargnęła nawet do głównych serwisów prasowych, lotem błyskawicy pokonała trasę z Paryża do nad San i Tanew, podcięła nogi przyjaciołom za oceanem. Nie dlatego, że była tragiczna, bo każda jest mniej czy więcej tragiczna. Ta wyrwała z doczesności dobrego kolegę, uczciwego człowieka. W tej uczciwości zabranej z naszego świata kryła się większa tragedia, niż w samej śmierci. Bo ze śmiercią współczesność zdążyła się już zbratać na dobre.

Janusz wyjeżdżał do Francji po nowe życie. Szukał go jak tysiące innych rodaków, których ojczyzna nie przewidziała w swoich planach zarobkowych. Pojechał jedenaście lat temu do Paryża ścieżką utartą przez kolegów. Zaczął przyzwoicie zarabiać, ale o kolegach nie zapomniał. Tym bardziej o rodzinie, a w Ulanowie zostawił sześcioro rodzeństwa. Wkrótce jego mieszkanie nad Sekwaną stało się przystanią dla bliższych i dalszych znajomych. Nie zamykał drzwi przed nikim, wystarczyło że ktoś był z Polski.
- Ja go wcześniej nie znałem – mówi Marek Zieliński ze Stalowej Woli. – Chcieliśmy z żoną Paryż zobaczyć, a kumpel mówi, że zadzwoni do kogoś, kto mi to miasto pokaże. Nie tylko pokazał, nawet oddał nam klucze od mieszkania. Janusz wtedy normalnie pracował w jakiejś firmie, a mimo to urywał się z pracy, przybiegał do nas i pytał, czy widzieliśmy to albo tamto, bo jak nie, to on nas zawiezie i pokaże. Zaznaczam, że ja go pierwszy raz w Paryżu zobaczyłem!
Takich opinii napłynęło po 20 listopada wiele. Z Ulanowa, Paryża, Krakowa, Nowego Jorku pisali i piszą przyjaciele, a inni dopiero teraz dowiadują się, jak wielu Janusz ich miał. Miałby jeszcze więcej, gdyby w złym czasie nie znalazł się w złym miejscu.

Mogadisz na obrzeżach Paryża
Paryż, który Janusz polubił i poznał bardziej niż rodzinną ulanowską kieszeń, ma swoje piękne i bardzo ciemne strony. Jedną z tych drugich jest Pantin, dziewiętnasta dzielnica wielkiej metropolii. Nie bez przypadku rewir w północno-wschodniej części miasta nazywany jest imigranckim gettem. „Niektóre paryskie dzielnice i przyległe miasta są podobne do somalijskiego Mogadiszu, gdzie ulicami spacerują goście z kałachami na ramionach i zaprowadzają swoje prawa” – pisał na stronie polonijnej gazety internetowej jeden z rodaków. I był to proroczy wpis.

20 listopada Janusz miał się w Pantin spotkać z dwoma braćmi. Jeden z nich jechał z daleka, z połączeń wynikało, że spotkają obok stacji metra właśnie w Pantin. To niecały kilometr od Peripherique, obwodowej drogi, za którą kryje się bezpieczny, znany z podręczników Paryż. Zresztą, kto by pomyślał o najgorszym, gdy zbliża się szczęśliwa chwila rodzinnego spotkania. I nawet do niego doszło, choć po krótkiej chwili zostało brutalnie przerwane. Ok. godz. 2.30, do trzech ulanowiaków podeszło dwóch czarnoskórych. Murzyni zażądali pieniędzy albo kart kredytowych. Janusz znał francuski, próbował coś jeszcze tłumaczyć, ale intruzi byli wyraźnie pijani albo naćpani. Jeden z nich wyciągnął …kałasznikowa. Najpierw uderzył kolbą jednego z Polaków, a zaraz oddał w powietrze kilka strzałów, które miały ostrzec napadniętych przed przeciąganiem sytuacji. Nie warto było się układać. Każdy kto był w Paryżu, wie że pijany Murzyn czuje się tam pewniej niż w plemiennej wiosce na rodzimym kontynencie. Napadnięci rzucili się do ucieczki. Nim skryli się za załomem budynku, czarnoskóry bandyta pociągnął za spust. Janusz zatoczył się i upadł. Na bruk padł też kompan strzelającego. Został prawdopodobnie postrzelony przez pomyłkę.

Murzyn uciekł do piwnicy i udawał niewinnego
Seria z karabinu zbudziła centrum Pantin, ale nie było wielu chętnych do pomocy. Ktoś jednak ją wezwał. Gdy przyjechała policja i karetka pogotowia, Murzyni uciekli. Ten z karabinem schował się w piwnicy pobliskiego bloku, ale został wytropiony. Po drodze zdążył wyrzucić karabin do śmietnika. Drugi został zatrzymany w szpitalu, gdzie jakimś cudem się dostał. Do szpitala został też przewieziony Janusz. Żył jeszcze kilka godzin, ale z dziurami po kilku kulach w klatce piersiowej nie miał szans. Morderstwo stało się bardzo głośne. Po części za sprawą tamtejszych władz, gdyż w niedzielę rano przedstawiciel prefektury powiedział mediom, że „były to porachunki gangów narkotykowych”. Oburzenie Polaków we Francji sięgnęło zenitu i po lawinie protestów tenże sam urzędnik szybko sprostował swojego „newsa”. Dwa dni później młodzi imigranci z Afryki usłyszeli zarzuty. Ten który strzelał będzie odpowiadał za zabójstwo, posiadanie i handel narkotykami oraz podobnie jak jego towarzysz za wymuszanie haraczu.
43-letni Janusz Cz. nie jest jedynym mieszkańcem gminy Ulanów, który stracił życie, gdy wyjechał na nie zarabiać poza granicami. Czarny szlak znad Tanwi wiódł już do Hiszpanii i Irlandii. Jednakże nigdy dotąd śmierć na obczyźnie nie wywołała takiej złości w kraju, jak teraz.
Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.