Jeżdżący z “wilkami”

– To jest pasja – podkreśla maszer z Zagórza. – Potrzebna jest do niej miłość, bo pies to nie maszyna, którą po wykonanej pracy odstawimy do garażu… Fot. Marcin Jeżowski

- To jest pasja – podkreśla maszer z Zagórza. – Potrzebna jest do niej miłość, bo pies to nie maszyna, którą po wykonanej pracy odstawimy do garażu…

Stanąć oko w oko z “wilkiem” – to nic w porównaniu z tym, jak należy zapanować nad “wilkiem”, a najlepiej nie jednym, tylko kilkoma. Śmiałków, którzy to potrafią można spotkać na wyścigach psich zaprzęgów w Lutowiskach. To tam popisują się swoimi umiejętnościami polegającymi nie tylko na kierowaniu pojazdem poruszającym się z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, ale także nad tymi, którzy ów środek lokomocji napędzają. A są to groźnie wyglądające husky syberyjskie, alaskańskie, malamuty, psy grenlandzkie oraz przedstawiciele wielu innych ras.

Na pozór wydawać by się mogło, że wykorzystywanie psów jako zwierząt zaprzęgowych jest swego rodzaju barbarzyństwem. Nic bardziej mylnego, bowiem nie ma większej radości dla tych przypominających wilki zwierzaków niż ruszyć na podbój ośnieżonych tras wraz z zaprzyjaźnionym opiekunem za plecami, który zdaje się przede wszystkim na ich instynkt.

Nie pije – nie biegnie
- Pies zmęczony to pies szczęśliwy – przekonuje Krzysztof Radecki z Zagórza, jeden z maszerów, bo tak nazywają się zawodnicy powożący zaprzęgami. – Gdy nie są wybiegane, to są wtedy problemy. Roznoszą kojce, rozdzierają siatki – ciężko jest wtedy nad nimi zapanować. Gdy są wybiegane, gdy im jęzor wisi i są zmęczone – wtedy właśnie są szczęśliwe – podkreśla.

A w czym tkwi fenomen psów jako niezwykle szybkich i wytrzymałych zwierząt zaprzęgowych? Nie pocą się jak ludzie na całym ciele, ale przez opuszki łap, nosy i ziejąc. Dzięki temu nie odwadniają organizmu i nie pozbawiają go elektrolitów. Jednak przed jazdą koniecznie muszą wypić odpowiednią ilość wody –inaczej trasę mogą skończyć w… worku, do którego maszerzy wkładają kontuzjowane lub wyczerpane psy. “Jeśli pies nie pije- pies nie biegnie” to bardzo popularne stwierdzenie wśród maszerów.
- Półtorej godziny przed startem pies musi wypić przynajmniej litr wody, aby w czasie zawodów się nie odwodnił. Po ukończonym biegu trzeba z kolei poczekać z piciem minimum pół godziny, żeby nie dostał skrętu kiszek – tłumaczy maszer z Zagórza.

Niezwykle ważna jest także dieta i pory karmienia. – Jeśli psy startują w piątek, to jedzenie dostają w czwartek wieczorem. W piątek przed startem już nic, a jedzenie dopiero godzinę po biegu – dodaje K. Radecki.

Instynkt drapieżnika
Sport ten jest przede wszystkim pasją i zaczyna się zwykle od jednego psa… Tak też i było w przypadku Wojciecha Maca z Rzeszowa startującego w wyścigach psich zaprzęgów od 7 lat. – Zaczęło się od pierwszego psa rasy husky. Albo ktoś od razu zakochuje się w psach, albo nie łapie tego bakcyla. Później pierwsze zawody, drugie zawody… – opowiada. Obecnie jest on właścicielem 6 psów! Aż o trzy więcej, a więc 9 ma ich Krzysztof Radecki. Są to syberian husky i alaskan husky.

Pasja maszerów do najbezpieczniejszych nie należy – szczególnie gdy uprawiana jest w nocy, bo i takie wyścigi są organizowane. – Tyle co widać w nocy w górach przy padającym śniegu to jest światło latarki. Nawet jeśli to najmocniejsza latarka, to będzie to dystans 60, może 80 metrów. Kiedy źle się skręci i po parunastu minutach człowiek wie, że ciągle nie minął żadnego znaku, a powinien to uczynić już dawno, robi się prawdziwy kłopot. Co więcej, psy w nocy chcą biec jak oszalałe, stąd wyniki nocne są lepsze od wyników dziennych. U zwierząt włącza się wtedy jakiś psio-wilczy instynkt drapieżnika. Dzień to dla nich czas na wylegiwanie się i łapanie słońca. Noc to jest wilczy zew, pora gdy psy przypominają sobie o swoim pochodzeniu. Wstępuje w nie jakieś wilcze szaleństwo, budzi się zew dalekiej północy – taki komentarz towarzyszył starciom po zachodzie słońca.

Nocne ściganie dostarcza wielu wrażeń, ale wymaga też sporych umiejętności. Na trasie trudno jest bowiem się znawigować. Człowiek w nocy lgnie do światła i do ciepła – psy wręcz przeciwnie. Rwą się do biegania. Jednak maszerzy kochają takie emocje.

- Było super – mówił na gorąco o swoich wrażeniach z nocnej eskapady w Lutowiskach Krzysztof Radecki. – Mieliśmy mostki, przejazdy, skocznie, sanki fruwały w powietrzu. Bardzo fajna trasa, szybka, ostre zakręty… – opowiada rozemocjonowany.

Jednak maszer musi być czujny cały czas, zarówno w nocy jak i w dzień, bowiem nigdy nie wie co go czeka. Doświadczył tego choćby Wojciech Mac. – Uciekły mi psy, a konkretnie pierwsza para. Na szczęście bardzo szybko wróciły, bo to posłuszne zwierzęta – opowiada. Jednak zdarzają się też bardziej niebezpieczne sytuacje, kiedy to psy, których zaprzęg może liczyć nawet 12 zwierząt, mogą np. zaplątać się. Wtedy konieczne jest zachowanie zimnej krwi aby zapanować nad nimi. Niezastąpione są wtedy uniwersalne komendy stosowane przez maszerów. – I tak w prawo to jest “gee”, w lewo “haw”, do przodu “go”, a stój “whoa” – zdradza kulisy tego niezwykłego sportu Radecki.

- To jest pasja – podkreśla maszer z Zagórza. – Potrzebna jest do niej miłość, bo pies to nie maszyna, którą po wykonanej pracy odstawimy do garażu…

Aneta Jamroży, Marcin Jeżowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.