Już śpiewam polski hymn

"Wandżi" mieszka w naszym kraju od 11 lat, ma polski paszport, żonę Annę i córeczkę Sarę.

TENIS STOŁOWY. Olimpijczyk Wang Zeng Yi z Kolpingu Jarosław o Polsce i Polakach, niechęci do ruskich pierogów i muzycznym bajerze.

Gdyby rodzice zachowali się zgodnie z linią partii, o 28-letnim dziś “Wandżim” nigdy byśmy nie usłyszeli. Jednak za sprzeniewierzenie się polityce jednego dziecka i złamanie nieludzkiego prawa zapłacili wysoką cenę. Ojciec został zwolniony z pracy, a z głodowej pensji matki państwo Yi nie byli w stanie się utrzymać. Pięcioosobowa rodzina klepała biedę w 12-metrowej klitce, przekonując się, jak okrutny potrafi być komunistyczny reżim w Chinach.

Ta historia ma jednak szczęśliwe zakończenie. Zmuszony do szukania lepszego miejsca na ziemi “Wandżi” znalazł spokój w dalekiej Polsce. Założył rodzinę, zbudował dom, otrzymał polski paszport i będzie reprezentował nasz kraj na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Ma również wszelkie dane, by zostać medialną gwiazdą – wywiady z nim to czysta przyjemność. Nie tylko dlatego, że świetnie mówi po polsku.

- Mieszka pan w Polsce od 11 lat. Zmieniliśmy się przez ten czas?
- Oczywiście. Polska rozwija się w wolniejszym tempie niż Chiny, ale postęp jest widoczny i naprawdę imponujący. Przemierzam kraj wzdłuż i wszerz i widzę, jak powstają autostrady, jak znikają dziurawe jezdnie. Miasta i miasteczka zmieniają swój wygląd. W Rzeszowie też macie piękny rynek. Polacy stali się bardziej pracowici, szanują pracę i czas. Stali się także bardziej tolerancyjni. Dziesięć lat temu idąc ulicą słyszałem niemiłe komentarze, dziś nikt mnie nie zaczepia.

- Mieliśmy też Euro, ale za piłką nożną chyba pan nie przepada?
- Lubię, nawet bardzo, lecz ograniczam się do oglądania reprezentacji Hiszpanii i Barcelony. Tam grają wirtuozi.

- Z pierogami ruskimi już się pan przeprosił?
- Nie! Uwielbiam żurek i flaki, świetne są kotlety schabowe, dawniej zajadałem się bigosem. Ale to danie z ziemniaków i białego sera, brrr.

- Od nowego sezonu będzie pan grał w Kolpingu Jarosław. Na Podkarpacie przeniesie się pan z żoną i córeczką?
- Jeszcze o tym nie myślałem. Wybudowałem dom w Grodzisku Mazowieckim, jest nam tam bardzo dobrze. Przez ostatni rok mieszkali z nami moi rodzice, więc znów poczułem się jak w Chinach. Jadłem trzy ciepłe posiłki dziennie, nie chorowałem, za to troszkę przytyłem (śmiech). Tajemnica chińskiej kuchni? Przyprawy.

- Rodzice bez problemu mogli przylecieć do Polski?
- Tak. Jestem Polakiem, wysłałem im zaproszenia, pewnie trochę pomogło, że reprezentuje biało-czerwone barwy. Często wyjeżdżam, więc potrzebowałem pomocy przy opiece nad 4-letnią córeczką Sarą. Rodzice otrzymali dwuletnie prawo pobytu w Polsce. Ja także bez najmniejszych problemów mogę podróżować do Chin.

- Li Qian obawia się, że nie da rady zaśpiewać polskiego hymnu. A pan?
- Już śpiewałem dla telewizji, która robiła program o olimpijczykach. Podobno nieźle mi poszło, więc w Londynie zrobię to ponownie. Obym miał okazję wykonywać Mazurka Dąbrowskiego jak najczęściej.

- Muzyka to ponoć pana hobby.
- Po zakończeniu kariery chciałbym założyć zespół muzyczny. Próbuję grać na gitarze, głównie klasykę, choć znam parę nut z repertuaru Metalliki czy Scorpions. Z polskich utworów najważniejszy jest “Zawsze tam, gdzie Ty” Lady Pank, bo przy nim zakochała się we mnie moja żona. Wciąż jej to gram, przecież facet musi mieć jakiś bajer! (śmiech).

- Jakim cudem nauczył się pan tak świetnie mówić po polsku?
- Zaraz po przyjeździe do waszego kraju wziąłem kilka lekcji, nauczyłem się czytać, a potem kupiłem słownik i harowałem po 4-7 godzin dziennie. Po pół roku komunikowałem się z każdym, po dwóch latach zostałem tłumaczem w chińskiej firmie działającej w Polsce. Zawsze powtarzam: żeby były efekty, trzeba się uczyć i trenować z głową. Wkuwanie na pamięć i bieganie do upadłego to nie jest metoda.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.