Każdy z nas może być inwigilowany

Jak przystało na byłego współpracownika kontrwywiadu, Andrzej Sąsiadek przywiózł do Rzeszowa masę gadżetów, których z pewnością nie powstydziłby się sam James Bond. Fot. Wit Hadło

Wraz z Rosjanami rozpracowywał NATO, później działał w strukturach Sojuszu Północnoatlantyckiego, a teraz opowiedział swoje przeżycia studentom WSPiA w Rzeszowie.

- Powiem wam to, czego nie powie wam ani ojciec, ani matka. Powiem wam, jacy ludzie są wredni i do czego są zdolni, aby osiągnąć swój cel. Szantaże, intrygi, zastraszanie są na porządku dziennym – tak swój wykład w auli Collegium Administrativum rozpoczął pułkownik Andrzej Sąsiadek, który w swojej zawodowej karierze był m.in. funkcjonariuszem Urzędu Ochrony Państwa oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

- Gadulstwo, brak ostrożności, nadmierne zaufanie do nowo poznanych ludzi, to obecnie najczęściej spotykane grzechy ludzkości – przekonuje Andrzej Sąsiadek. Dożyliśmy takich czasów, że wszyscy chcą wiedzieć wszystko o wszystkich. Inwigilacja stała się chlebem powszednim i często stosowana jest wbrew naszej woli, a czasem i nawet świadomości. – Są ludzie, którzy chcą się wzbogacić na jakiejś informacji, naiwności innych, kogoś zmusić do czegoś, zaszantażować, doprowadzić do sytuacji kompromitujących – dodaje były funkcjonariusz.

Z Politechniki do… służb
Andrzej Sąsiadek do pracy w służbach specjalnych nie trafił od razu. Swoje pierwsze zawodowe kroki stawiał… na Politechnice Warszawskiej, gdzie pracował przez 13 lat. – Stwierdziłem, że to nie jest to i zacząłem wszystko od zera, czyli od zwykłego szeregowego. Zaproponowano mi pracę, na którą namówił mnie zresztą szwagier. Rozpocząłem w kontrwywiadzie polskim, ale cywilnym. Tak więc swoją przygodę zacząłem od pracy przeciwko krajom NATO, mając wielkiego brata za wschodnią granicą. Potem to się zmieniło, skończył się jeden brat, ale obecnie mamy kolejnego wielkiego brata i nowych przyjaciół. Pracowałem w wydziale technicznym, którego specjalnością były działania typu: wejść, otworzyć, uzyskać dokumentację, wyjść. Oczywiście bezszelestnie, nieniszcząco, aby pozostawić po sobie jak najmniej śladów, a najlepiej wcale – zdradza kulisy swojej pracy były agent, który podczas spotkania ze studentami udzielił kilku cennych porad, jak należy się zachować, aby nie wpaść w niepotrzebne tarapaty.

Wiedzieć, z kim się rozmawia
- Jeśli macie z kimś rozmawiać, to musicie wiedzieć dokładnie, kto to jest – przestrzega Sąsiadek. – Kiedyś możecie być oddelegowani na spotkanie z jakąś osobą, prezesem, kontrahentem itp., itd. W takich przypadkach zawsze trzeba zachować czujność. Pewnego razu byłem w sytuacji, w której poszedłem na spotkanie w cztery oczy. Mój rozmówca, jako pierwszy wyciągnął telefon, następnie go wyłączył i położył na stół. Zrobiłem to samo. Z czasem jednak coś mnie zaniepokoiło. I co się okazało? Że telefon mojego rozmówcy nie był zwykłym telefonem i mimo, iż był wyłączony, przekazywał wszystko do samochodu zaparkowanego obok budynku, w którym rozmawialiśmy. Nawiązując do tego wydarzenia, przestrzegam przed wszelkiego rodzaju służbowymi telefonami. Jeśli ktoś chce nam dać taki telefon, to nie należy z tego powodu robić wielkiego hura, tylko grzecznie podziękować, mówiąc, że mamy swój. Służbowy telefon to najlepsze narzędzie do namierzania pracownika i jego monitorowania – uważa bohater wykładu.

Mądry szef bezcenny
Jedną z najlepszych okazji do pozyskania współpracownika są przyjęcia, wspólne wyjazdy, szkolenia. – I tu uwaga skierowana głównie do mężczyzn. Dla służb bardzo cenne są kobiety, którym zdecydowanie łatwiej jest wyciągnąć informacje od mężczyzn. Wystarczy mini, dobry makijaż, wdzięk osobisty, kawa, jedna, druga i… wszystkie informacje mają na tacy – przekonuje były pracownik służb. – Inny przykład, jak łatwo komuś zniszczyć życie, to sytuacja dwóch policjantów, od których chciano wyciągnąć informacje. Zostali oni zaproszeni na jakąś imprezę, a jak to wiadomo, na nich różnie bywa. Ktoś zrobił im kompromitujące zdjęcia i zagroził, że jeśli nie dostanie informacji, trafią one do ich żon i szefa. Co w takim wypadku robić? Po pierwsze nie stchórzyć. Mając czyste sumienie, warto powiedzieć o wszystkim. Oni tak zrobili, dzięki czemu uratowali swoją karierę zawodową. Mieli też to szczęście, że trafili na mądrego szefa, który nie wyrzucił ich za drzwi, tylko wysłał na półroczne szkolenie. Tam dostali awans za dobre wyniki, później przeniesienie do innego miasta, gdzie ściągnęli swoje rodziny i cała historia skończyła się dobrze – wspomina agent.

Sekretarz najważniejszy
Źródłem informacji głównie jest osoba, która ma wpływ na kluczowe decyzje, jest na bieżąco z przepływem informacji, ma bezpośredni dostęp do dokumentów. – Kim się lepiej zainteresować: prezesem, dyrektorem czy jego asystentem? Ci pierwsi zazwyczaj mają zbyt dużo do stracenia i… co ważne, mogą nie wiedzieć o wszystkim. Z kolei zastępca prezesa to prawdziwa kopalnia informacji. Można sięgnąć jeszcze niżej w hierarchii firmy i na przykład „zarzucić” sidła na osobę odpowiedzialną za kopiowanie dokumentów, ich archiwizację czyli kogoś, kto ma bezpośredni dostęp do tego, co nas interesuje. Tak samo jest w dyplomacji. Jeśli ktoś np. jest ambasadorem, to może spać spokojnie. Ale już pierwszy sekretarz musi się mieć na baczności przez cały czas – przekonuje Sąsiadek. Jego zdaniem, służby specjalne na terenie własnego kraju mają praktycznie nieograniczone możliwości. – Wystarczy spojrzeć tylko na legitymację agentów, gdzie jest napisane, że każdy obywatel jest zobowiązany do udzielenia pomocy. To wyjaśnia wszystko – przekonuje.

Ograniczone zaufanie
Pozyskiwanie informacji nie dotyczy tylko indywidualnych osób. Wywiadowcza gra odbywa się również na zdecydowanie wyższym szczeblu, jakim jest pozyskiwanie kluczowych informacji na temat danego kraju. Jak podkreśla Andrzej Sąsiadek, sytuacja ta dotyczy także państw zjednoczonych w strukturach NATO i Unii Europejskiej, które, przynajmniej teoretycznie powinny być gwarancją bezpieczeństwa i stabilności. Ale czy tak jest w rzeczywistości. – Nam, Polakom mogą zagrozić inne służby. Praktycznie każdy kraj ma służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Jeżeli jest jakaś akcja to i musi być kontrakcja. Niby wszyscy współpracujemy w ramach NATO i Unii Europejskiej, ale każdy kraj sprawdza inny kraj. To tak zwana zasada ograniczonego zaufania: niby się ufa swoim współpartnerom, ale nie do końca. To tak jak z żoną, kiedy np. przyjeżdża do nas przyjaciel i nagle dostajemy telefon z pilnym wezwaniem do pracy. Zostawiamy przyjaciela z żoną i niby mamy zaufanie, ale obawy są – porównuje agent.

70 groszy za granat
Zainteresowanie służb innych krajów wywołują różne sytuacje. – Przy każdej dużej inwestycji w każdym państwie kręcą się służby specjalne, które rozpoznają temat. Ostatnio takim przykładem był gaz łupkowy w Polsce, którym interesowali się wszyscy – zdradza Sąsiadek, który wspomina również wydarzenia w naszym kraju sprzed kilkudziesięciu laty. – Sposoby na pozyskanie współpracowników, czy wyciągnięcie informacji jest mnóstwo. Należy pamiętać, że w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z doskonale wyszkolonymi do tego ludźmi, którzy w większości przypadków są w stanie posunąć się do wszystkiego, aby osiągnąć zamierzony cel. Pamiętam falę strajków w naszym kraju. Wówczas tym, co się działo w Polsce, interesowały się nie tylko nasze władze, ale również służby innych krajów. To one wysyłały swoich przedstawicieli w tzw. tłum, gdzie pozyskiwali informację np. na temat tego, co się w danym zakładzie produkuje. Była taka jedna scena, w której kobieta zapytana, co się produkuje w danym zakładzie odpowiedziała: nie mogę powiedzieć, bo to tajemnica, ale zdradę, że za każdy złożony granat dostaję 70 groszy… – wspomina z uśmiechem na ustach pułkownik Sąsiadek.

Marcin Jeżowski

do “Każdy z nas może być inwigilowany”

  1. Jerzy

    Agent specjalnej troski

  2. Hermenegilda

    A gdzie dwie peruki / włosy jasne, włosy ciemne / i kompas oraz mapa?
    Broń na zatrute strzałki, niewidzialna peleryna i zegarek z granatnikiem?
    Latarka, atrament sympatyczny, miniradiostacja i zestaw medyczny?

  3. ROMAN

    no tak Pan Andrzej wiadomo musi mówić oględnie o tematach tego typu – bo inaczej było by z nim to co z innymi w tej branży – po prostu wie za dużo i musi ” cedzić ” słowa.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.