Każdy z nas może być Tomaszem Komendą

Prof. Zbigniew Ćwiąkalski urodził się w Łańcucie. W latach 2007 – 2009 był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Jest doktorem habilitowanym nauk prawnych i wykładowcą akademickim. Ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest profesorem nadzwyczajnym i kierownikiem Katedry Prawa i Postępowania Karnego WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej oraz Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z prof. Zbigniewem Ćwiąkalskim, byłym ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym, wykładowcą WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej oraz pełnomocnikiem Tomasza Komendy.

– Ilu niewinnych ludzi siedzi w polskich więzieniach?
– Trudno powiedzieć ilu, ale z całą pewnością tak się dzieje. Zresztą błędy wymiaru sprawiedliwości to nie tylko sprawa Polski. To jest praktycznie sprawa każdego kraju, bo nie ma jakichś programów, które by eliminowały takie przypadki. To nie komputer rozstrzyga o czyjejś winie, tylko ludzie. Rzecz w tym, żeby takich przypadków było jak najmniej i żeby je jak najszybciej ujawniano. Chociaż trzeba być bardzo ostrożnym, ponieważ jest wiele osób – sam tego doświadczam po sprawie pana Komendy – które twierdzą, że są niewinne. P,

miętam z moich czasów ministerialnych, że w zakładach karnych, które wizytowałem, było 90 proc. niewinnych. W zasadzie każdy czuł się skrzywdzony przez wymiar sprawiedliwości.

-Po tym, co spotkało Tomasza Komendę można odnieść wrażenie, że na jego miejscu mógł być każdy.
– To prawda. Akurat to jest przypadek najbardziej drastyczny i jednocześnie pouczający. Dla społeczeństwa, bardzo często osądzającego ludzi jeszcze przed prawomocnym skazaniem, dla prokuratury, policji, ale i dla biegłych, którzy zdecydowali o uznaniu przez sąd winy. No i wreszcie dla sędziów, którzy przecież go skazali, a w drugiej instancji zaostrzyli mu karę.

-Dlaczego niewinny człowiek trafił na 18 lat do więzienia?
To właśnie wyjaśnia Prokuratura Okręgowa w Łodzi. Czy rzeczywiście była tutaj potrzeba sukcesu za wszelką cenę i dopasowywano dowody do każdego, kto mógł być potencjalnie podejrzanym i można było mu postawić zarzuty czy też to było nieumyślne i przypadkowe. Prokuratorzy nie wykluczają, że przynajmniej co do niektórych, było to świadome działanie, żeby za wszelką cenę odnieść sukces – obojętnie czy człowiek jest winny czy nie.

– Tego sylwestra, kiedy miało dojść do brutalnego gwałtu 15-letniej Małgosi, Tomek Komenda spędzał z kilkunastoma osobami. Nie uwierzono im? Jakie były dowody, że to on był sprawcą?
Jeden to był odcisk szczęki, drugi – czapka pozostawiona na miejscu zdarzenia, która niby należała do Tomasza Komendy. No i wreszcie badanie DNA ze śladów biologicznych, pozostawionych na miejscu. To miały być kluczowe dowody, które zdecydowały o tym, że postawiono zarzuty. Paradoksalnie tym osobom, których było kilkanaście na sylwestra wręcz grożono, że będą mieli zarzuty karne o składanie fałszywych zeznać. Co istotne, była wśród nich kobieta, która w ogóle nie piła alkoholu, dlatego nie można było powiedzieć, że była pijana, albo mogła nie zauważyć, kiedy Tomasz wyszedł z mieszkania. Jeżeli chodzi o tę część dotyczącą jego przemieszczania się, to było zupełnie nieprawdopodobne. Po pierwsze, mieszkanie miało trzydzieści parę metrów kwadratowych. Tam było kilkanaście osób, więc nie można było wyjść i wrócić w sposób niezauważony. Po drugie, Miłoszyce od Wrocławia dzieli 25 km. Do tej dyskoteki część drogi trzeba pokonać przez las. Nikt dokładnie nie sprawdził, czy w ogóle była techniczna możliwość przemieszczenia się, tym bardziej że Tomasz Komenda nigdy nie miał prawa jazdy. Nie miał też samochodu. Miał udać się autobusem, potem spotkać z właścicielem myjni samochodowej, w której pracował. On temu zaprzeczył. Poza tym nie kursowały wtedy żadne autobusy. No i wreszcie nikt go na tej dyskotece nie widział. Nic się nie zgadzało.

– Wystarczyły zeznania sąsiadki, żeby stał się kozłem ofiarnym?
Zeznania sąsiadki babci zainicjowały całą machinę. Kobieta oglądając program w telewizji „997”, stwierdziła, że rozpoznaje trzy osoby – Tomasza Komendę, jego ojczyma i brata. Akurat w przypadku dwóch ostatnich wyeliminowano ich na etapie postępowania przygotowawczego, bo w tej sprawie jeszcze bardziej nic się nie zgadzało. W przypadku Tomasza Komendy uznano, że te koronne dowody do niego pasują. Jeśli chodzi o dowód DNA, paradoks polega na tym, że badania prowadzono przestarzałą metodą. Wynikało z niej, że co 71 osoba w Polsce miała dokładnie taki sam profil DNA, więc mniej więcej pół miliona osób w Polsce odpowiadałoby tym kryteriom. Jeżeli zaś chodzi o badania odcisków zębów na piersi ofiary, wszystko wskazuje na to, że źle zmierzono te ślady, a model, który stworzono w rzeczywistości zupełnie nie odpowiadał uzębieniu mężczyzny. Słynna czapka przypuszczalnie wcześniej znalazła się w innych rękach, gdzie już pozostawiono na niej ślady, a później w trakcie przesłuchania Komendy dano mu ją do rąk, w związku z czym jego zapach został przeniesiony.

– Jakie znaczenie dla śledztwa miało to, że pełnomocnik rodziców zamordowanej interweniowała u ówczesnego ministra sprawiedliwości?
– Pełnomocniczka rodziny zwracała się do wielu osób, w tym także do Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, Lecha Kaczyńskiego, który zaangażował się w tę sprawę. Pojechał nawet do Wrocławia i efektem tej wizyty były późniejsze dymisje wrocławskich prokuratorów. Prokurator Generalny udał się bezpośrednio do Wrocławia, a sprawcę nazwał bestią. Łatwo sobie wyobrazić, że osoby, które zajmowały kierownicze stanowiska tym intensywniej starały się spełnić oczekiwania i znaleźć sprawcę. Tym bardziej że od chwili zabójstwa upłynęły 3 lata.

– Pamięta Pan pierwsze spotkanie z Tomaszem Komendą?
Tomasz Komenda opuścił zakład karny w marcu, a my spotkaliśmy się na początku kwietnia. Wyraźnie miał nawyki więzienne. Trzeba pamiętać, że on nigdy nie dostał przepustki. Był jeszcze mocno przerażony, wycofany. Charakterystyczne jest to, że gdy poprosił o szklankę wody, pytał, czy może tę szklankę z powrotem odstawić, gdzie ją ma odstawić. Dzisiaj jest już innym człowiekiem, ale te wszystkie ślady pozostawione w jego psychice – w szczególności znęcanie się nad nim przez więźniów, a także – bardzo delikatnie mówiąc – niewłaściwe zachowania Służby Więziennej bardzo mocno odbiły się na jego psychice. Nadal korzysta z pomocy psychologicznej.

– Wierzył, że kiedykolwiek wyjdzie na wolność?
-Najbardziej jego matka wierzyła, że jest niewinny i wyjdzie na wolność. On cały czas miał poczucie krzywdy, ale skoro był skazany na 25 lat, a już odbył 18, żył tym, że za 7 lat wreszcie ten zakład karny opuści. Mimo pism, które matka kierowała do różnych osób, nic nie wskazywało na to, że rzeczywiście wyjdzie wcześniej. Tym bardziej, że parokrotnie odmówiono mu warunkowego zwolnienia.

– Kiedy pojawiła się dla niego nadzieja?
W czerwcu ubiegłego roku wezwano go do Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu na przesłuchanie i dano mu do zrozumienia, że może nie być sprawcą tego przestępstwa. Jego sprawą zainteresował się policjant, który przeprowadził się w tamte okolice i wielokrotnie słyszał od miejscowych, że za tę zbrodnię odbywa karę nie ten, który jest faktycznym sprawcą. Zainteresował tym prokuraturę. Pojawił się też dziennikarz telewizji TVN. No i prowadzono bardzo żmudne postępowanie. Przeprowadzone ponownie badania wskazały, że ze stuprocentową pewnością Tomasz Komenda nie jest sprawcą tego przestępstwa. Potem była dalsza walka o to, żeby to już Sąd Najwyższy go uniewinnił. Zazwyczaj Sąd Najwyższy jak wznawia postępowanie, to uchyla wyrok, kiedy rzeczywiście możemy mieć do czynienia z osobą niewinną i przekazuje sprawę do ponownego rozpoznania. Na szczęście, udało się przekonać sąd, że należy go od razu uniewinnić.

– Wspomniał Pan, że miejscowi mówili, że Komenda jest niewinny. Wszyscy o tym wiedzieli?
– Nie było tak, że wszyscy wiedzieli, ale społeczności małomiasteczkowe dobrze się orientują w tym, kto co robi i kto kim jest. Pierwszym sprawcą okazał się Ireneusz M., drugim Norbert B. i to chyba nie koniec. Ireneusz M. miał już na swoim koncie sprawy o gwałty, a pochodził z tamtej okolicy. Na wsi podejrzewano, że to może być on. Oczywiście nie ujawniano tego bezpośrednio. Problem był jeszcze jeden – na tej słynnej dyskotece, na której miał być Tomasz Komenda, było ok. 300 osób. Trzeba było ustalić, kto tam był. Potem systematycznie – osoba po osobie, pobierano ślady biologiczne i przesłuchiwano wszystkich mężczyzn w Miłoszycach, którzy w tamtym okresie ukończyli 15 lat i mieszkali w tej miejscowości bądź bliskiej odległości.

– To tytaniczna praca.
– Tak. Zresztą, rozmawiałem wczoraj z prokuratorami, którzy prowadzą to postępowanie we Wrocławiu i pytałem, czy istnieją szanse na znalezienie dalszych osób, które były zamieszane w tę sprawę. Usłyszałem, że są duże szanse.

– W najbliższym czasie?
– Tak.

– Panie Profesorze, jak to się dzieje, że przez 20 lat nie znaleziono prawdziwych sprawców, a teraz odbywa się to błyskawicznie?
– Z całą pewnością mamy lepszy sprzęt. Porównując sposób badania DNA 20 lat temu i dzisiaj to jest zupełna przepaść. Poza tym sięgnięto do lepszych biegłych i wreszcie zajęli się tym ludzie, którym chciało się poświęcić mnóstwo czasu. Potraktowali to jako sprawę honoru prokuratury, pokazując, że jednak się da i można.

– Czy to prawda, że Ireneusz M. pojawił się już na początku śledztwa?
– Ireneusz M. się pojawił i zlekceważono jego zeznania. Powiedział, że widział na dyskotece Małgosię, ale z nią nie rozmawiał. Wiedział tylko tyle, że była w białych skarpetkach. Rzecz w tym, że on nie mógł widzieć tych skarpetek, ponieważ ona miała getry, a ofiarę pozostawiono na mrozie właśnie tylko w białych skarpetkach. Ta wiedza mogła pochodzić wyłącznie od sprawcy. Norbert B. też był przesłuchiwany. Pobierano od niego nawet ślady biologiczne i dziwnym trafem wtedy nie zgadzały się z tymi, które zabezpieczono na miejscu zdarzenia. Prokuratura będzie wyjaśniać, dlaczego. Czy komuś zależało na tym, żeby nie wskazać kolejnego sprawcy, bo mogłoby to zepsuć przyjętą wersję śledczą, czy to niechlujstwo lub inne względy o tym zdecydowały.

– Czy Norbert B. popełnił inne przestępstwa?
– Tego nie wiem. Wiadomo, że miał wtedy 19 lat i pracował jako ochroniarz w tej dyskotece, a od czasu do czasu przebywał za barem. Według ustaleń prokuratury dosypano ofierze do drinka pigułkę gwałtu. Pytanie, kto to zrobił?

– Będzie Pan wnioskował o odszkodowanie dla Tomka. Bez wątpienia mu się należy, ale Komenda stwierdził, że za jego cierpienie odpowiada 6 osób. Jaka jest szansa, że usiądą na ławie oskarżonych?
– Na to pytanie w tym momencie trudno odpowiedzieć. To zadanie prokuratury łódzkiej, by ustalić, czy te osoby popełniły przestępstwa i ewentualnie jakie. Natomiast jeżeli chodzi o odszkodowanie, dopiero złożymy wniosek o 18 mln zł – po milionie za każdy rok odbywania kary pozbawienia wolności. Dlaczego nie zrobiliśmy tego do tej pory? Niewątpliwie będzie lepiej uzasadniony, jeżeli dołączymy do tego materiały prokuratury. Czym innym jest, jeżeli oświadczy coś sam Tomasz Komenda, a czym innym jeżeli wzmocnimy to materiałami prokuratury.

– Muszę dopytać, jakie są szanse, że osoby, które doprowadziły do tragedii Tomasza odpowiedzą za swoje czyny? Czy nie należy już mówić o przedawnieniu?
– Akurat prokuratura przyjęła taką koncepcję, że niektóre przestępstwa nie ulegają przedawnieniu, jeżeli doprowadziły do uwięzienia łączącego się ze szczególnym udręczeniem. Tutaj można śmiało o tym mówić. Pytanie, czy akurat te działania tych konkretnych osób do tego doprowadziły? To już zadanie łódzkiej prokuratury i nie mogę odpowiadać za nią, czy i komu postawią zarzuty. Spodziewam się jednak, że takie zarzuty będą.

– Jakie znaczenie w dotychczasowej Pana karierze prawniczej miała sprawa Tomasza Komendy?
– Dla mnie ta historia jest wstrząsająca. Zajmuję się prawem karnym ponad 40 lat. Przyjąłem tę sprawę i prowadzimy ją całkowicie bezpłatnie, ponieważ uważam, że jest to krzywda, której nie da się w pełni naprawić. Wtedy ten człowiek był na początku życia, a dziś ma 42 lata. Zniszczono mu całą młodość, okres kiedy ludzie zakładają rodziny, dorabiają się. On już tego nie odzyska. Poza tym był jeszcze jeden powód, dla którego się do mnie zwrócono. Łatwo było sobie wyobrazić, że pojawi się wielu hochsztaplerów, którzy będą liczyć na to, że zarobią na tej sprawie i znaczną część z odszkodowania wezmą dla siebie. Zresztą słusznie. Cały czas docierają do mnie różne propozycje, żeby pan Komenda zainwestował w to czy tamto. Nie mówiąc już o propozycjach matrymonialnych. Kobiety w różnym wieku chcą go uszczęśliwić swoimi osobami. Martwią się bardzo o niego i martwią się zapewne o to, jakie otrzyma odszkodowanie.

– Był Pan ministrem sprawiedliwości. Co zrobić, żeby sądownictwo było bardziej sprawne?
– Z całą pewnością mamy w sądach do czynienia z zalewem spraw. Jeżeli rocznie trafia tam 15 mln spraw, trudno sobie wyobrazić, żeby każda była z pieczołowitą starannością rozpoznana. Ja proponowałem zmianę postępowania karnego. Chodziło o to, żeby sąd nie zastępował prokuratora i obrońcy, tylko, żeby to był ich spór przed sądem. By to oni przedstawiali dowody, a sąd osądzał ich starania. Po 8 miesiącach obowiązywania obecny minister sprawiedliwości wniósł o uchylenie tych przepisów i to zrobiono. Z całą pewnością jest też kwestia biegłych, o których nie mam dobrej opinii. Uważam, że należało by stworzyć np. w sprawach ekonomicznych profesjonalny instytut ekspertyz ekonomicznych. Dziś wiele osób w sprawach gospodarczych jest skazywanych tylko przez to, że biegli, którzy często są emerytowani, wykształceni w poprzedniej epoce, nie znają współczesnych problemów funkcjonowania rynku. Myślę, że również nastawienie powinno się zmienić. Ludzie powinni być bardziej ostrożni w osądzaniu podejrzanych czy tych, o których prasa napisze, że coś zrobili. Potem jest pewna presja społeczna i sądy orzekają, będąc po części pod tą presją. Sprawa Tomasza Komendy jest najlepszym przykładem, bo przecież gazety go wyzywały od bestii, zwyrodnialców i procesy toczyły się w tej atmosferze.

– Na koniec chciałabym zapytać, o to jak Pan ocenia zmiany w polskim sądownictwie?
Zdecydowanie negatywnie. Próbuje się zastraszyć sędziów Izbą Dyscyplinarną, która składa się w połowie z prokuratorów i to związanych z jedną opcją polityczną. Nie twierdzę, że wymiar sprawiedliwości nie wymagał reformy. Sam zamierzałem pewne rzeczy zreformować, ale dzisiejsze zmiany mają charakter wyłącznie czystki personalnej. Nie ma ani jednego projektu ustawy, która by przyśpieszała albo usprawniała same postępowania.

– Te reformy następują nie tam, gdzie powinny?
– Nie tam, gdzie powinny i nie takie, jak powinny.

Rozmawiała Wioletta Kruk

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.