Kocham albo nienawidzę

MAREK TORZEWSKI (na zdjęciu z żoną Barbarą) urodził się 6 kwietnia 1960 roku w Rogoźnie. Jest absolwentem wydziału wokalnego Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 1983-1986 był solistą Teatru Wielkiego w Łodzi. W 1985 r. zadebiutował w Teatro alla Scala w Mediolanie pod dyrekcją Claudio Abbado. W 1986 r. wyemigrował do Belgii i został solistą Teatru Królewskiego de la Monnaie w Brukseli (do 1991 r.). Ma żonę Barbarę Romanowicz-Torzewską – aktorkę, oraz córkę Agatę Torzewską (28 lat). Fot. Paweł Bialic

Śpiewak operowy MAREK TORZEWSKI o duszy romantyka, “chałturzeniu” à la Placido Domingo i miłości do Lecha Poznań.

Znany tenor Marek Torzewski był gościem honorowym XI Gali Piłkarskiej organizowanej przez Podkarpacki ZPN. Autor przeboju “Do przodu Polsko!”, uważanego za oficjalny hymn piłkarskiej kadry narodowej, swoim spontanicznym minirecitalem rozgrzał zgromadzonych gości, w czym wydatnie pomogła mu jego żona. – Jesteśmy razem w życiu i na scenie już 28 lat. Przyjechaliśmy z Brukseli samochodem, bo Basia boi się latać. Nie mogliśmy odmówić sobie takiej przyjemności – mówi w specjalnym wywiadzie udzielonym Super Nowościom, patronowi medialnemu imprezy.

- Muszę przyznać, że skradł pan show. Atmosfera po pana występie wyraźnie się ożywiła.
- Byłem tylko elementem widowiska. Starałem się jak najlepiej potrafię, ale zaznaczam, że dopiero krótko przed galą podjęliśmy decyzję o tym, że zaśpiewam. Zresztą wychodząc na scenę, nie robię tego dla siebie, tylko dla widzów.

- Podobnie jak piłkarze?
- Dokładnie, chociaż oni biegają po boisku niemal wyłącznie dla kobiet (śmiech). Ja swoim występem chcę wprowadzić słuchacza w trochę inny świat, nakłonić do zadumy, refleksji, uśmiechu, czasem płaczu – do skrajnych emocji, które na co dzień skrywamy, albo udajemy, że nie istnieją.

- Marek Torzewski jest w tym mistrzem…
- Artysta ma taką przewagę nad widzem, że swoimi stanami emocjonalnymi może się z nim podzielić. W życiu codziennym wygląda to trochę inaczej. Jestem śpiewakiem, nie mówię piosenkarzem, i w zależności od utworu daję słuchaczom radość, smutek, melancholię, albo coś ważniejszego – miłość. Bardzo proste słowo, ale ciężkie do sprecyzowania. Bo czym jest miłość? Może być wszystkim i niczym. To zależy od tego, co siedzi w nas. Jestem z natury strasznym romantykiem, a to oznacza, że świat postrzegam tylko w dwóch kolorach – bieli lub czerni. Nie ma nic pośrodku. Albo kocham, albo nienawidzę.

Naiwność? Romantyk doskonale wie, co jest dobre, a co złe i na pewno nie jest naiwny. Potrafi po prostu uzewnętrznić swoje emocje, nie trzyma ich w środku, one muszą eksplodować.

- Zejdźmy jednak trochę na ziemię. Jak to było naprawdę z piosenką “Do przodu Polsko!”? Ponoć w sprawę mocno zamieszany był Zbigniew Boniek?
- Przedstawiłem ją lata temu Zbigniewowi Bońkowi, a on powiedział, że musi posłuchać jej na osobności. Wyszedł do innego pokoju i po minucie i 20 sekundach stwierdził: – “Nie ma tu kibiców, nie ma stadionu”. Poprosiłem go, żeby poczekał i przesłuchał drugą część piosenki. Zgodził się i do dziś pamiętam, jak uchylają się drzwi, on wystawia głowę i mówi: – Dobra jest! Gdyby nie jego światowe spojrzenie, “Do przodu Polsko” by nie zaistniało. Wie pan kto śpiewa hymn Realu Madryt i FC Barcelony? Plácido Domingo i José Carreras. Dwaj wielcy śpiewacy operowi. Boniek rozumiał ten trend.

- Podczas swojego recitalu udowodnił pan, że ta piosenka na trwałe zapisała się w historii polskiego futbolu.
- Moje związki z piłką są dosyć mocne, nie tylko w roli kibica. Tym bardziej cieszę się, że utwór jest cały czas tak fantastycznie odbierany. Na gali były, jak ja to nazywam, prawdziwe “szyszki”. Widział pan reakcję ludzi. Wszyscy znają, kochają, chociaż ja wcale nie oczekuję, żeby każdemu się podobała. Sztuka ma to do siebie, że nie musi być przez wszystkich akceptowana. To jest w niej piękne. Każdy ma swoją wrażliwość artystyczną. Jeden zachwyca się obrazem, a dla innego to bohomazy. Tak samo jest w muzyce. Jeśli słucha pan Giacomo Pucciniego albo Giuseppe Verdiego (Torzewski rozpływa się, wymawiając te nazwiska – red.), to nie można powiedzieć, że to jest złe. Do jednego przemawia to bardziej, a do drugiego mniej. Puccini i Verdi to dwaj najwięksi romantycy, bardzo mi bliscy.

- Jednak po występach na stadionach z “Do przodu Polsko” niektórzy odważyli się powiedzieć: Torzewski – chałturnik.
- Jeśli Plácido Domingo, śpiewając hymn Realu Madryt jest chałturnikiem, to mnie również tak mogą nazywać.

- Czternaście razy śpiewał pan hymn reprezentacji piłkarskiej. Pierwszy raz był chyba wyjątkowy?
- Oczywiście, pamiętam wszystko dokładnie. To było 6 października 2001 roku przy okazji meczu Polska – Ukraina w Chorzowie. Jadąc na stadion pomyślałem: nasz hymn trwa tylko 45 sekund, ukraiński 3 minuty i 40 sekund, a gramy przecież u siebie. Jak to będzie wyglądać?. Bez konsultacji z kimkolwiek postanowiłem zaśpiewać też drugą zwrotkę. Wyszedłem, zaśpiewałem pierwszą, rozejrzałem się dookoła i zacząłem drugą – wszyscy stali bez ruchu z szalikami w górze. Czuć było, że czekają na refren. I faktycznie – zaśpiewało go kilkadziesiąt tysięcy gardeł. Takie przeżycie zdarza się być może raz w życiu. A ja powoli zaczynam już niektóre rzeczy zapominać.

- Proszę nie przesadzać…
- Lubię słuchać ludzi mądrzejszych od siebie i ktoś kiedyś powiedział, że “starość to moment, w którym przypominamy sobie chwile, bo tylko to nam zostało”. Ja powoli zaczynam to odczuwać, dlatego tak ważne są zdjęcia, nie filmy. Kiedy patrzymy na fotografię, to zaczyna działać wyobraźnia. Widzi pan, zaczęliśmy o piłce, a znowu przeze mnie schodzimy na inne, poboczne tematy. Pozwalam sobie jednak na szczerość z panem, bo się jej nie boję. Jestem jaki jestem i koniec. Nie będę przecież udawał.

- Wróćmy zatem do piłki nożnej.
- Bardzo proszę. Koniec świata! (śmiech).

- Od lat mieszka pan w Belgii. Śledzi pan tamtejszy futbol?
- Wyjechałem z Polski mając 26 lat. Moją ukochaną drużyną był i jest Lech Poznań. Romantyk nie może przelewać swojej miłości tylko dlatego, że znajduje się w innym miejscu. W Polsce poznałem swoją żonę, tu urodziła się moja córka, a to, że mieszkam gdzie indziej o niczym nie świadczy. Nie chodzę na mecze w Belgii, ani nie kibicuję specjalnie żadnej drużynie. Oczywiście, jestem w temacie, mniej więcej wiem, co się dzieje, ale stwierdzenie, że jestem fanem belgijskiej piłki to zbyt wiele.

- Jak ocenia pan wybór na prezesa PZPN Zbigniewa Bońka?
- Już widać, że przewietrzył związek. Coś się pod jego wodzą zmienia, ale na wszystko potrzebny jest czas. Nawet najlepszy gospodarz w dwa tygodnie nie da rady wiele poukładać. Tak samo jest z chorobą. Nie od razu zdrowiejemy.

- Jaka choroba dopadła w takim razie naszą reprezentację?
- Patrząc na kadrę jako kibic, podobnie jak miliony rodaków zadaję sobie jedno zasadnicze pytanie. Co się dzieję, że w momencie, gdy zawodnicy się rozjeżdżają ze zgrupowania, słyszymy: kolejny gol Lewandowskiego, znakomita gra Błaszczykowskiego, odrodzenie Boenischa, świetna lewa noga Obraniaka. Po lidze przyjeżdżają, spotykają się i coś nie styka. Nie wiem dlaczego tak się dzieje.

- Może po prostu nie mamy graczy światowego formatu?
- Nie wynika to z tego. Owszem, nie gra u nas Messi czy Ronaldo, ale uważam, że mamy bardzo dobrych zawodników. Coś się jednak dzieje z nimi dziwnego, gdy zakładają biało-czerwone stroje. Za mało wiem, żeby autorytatywnie powiedzieć, że trzeba tego i tego.

- Może problemem był selekcjoner i trener Waldemar Fornalik uleczy reprezentację?
- Nie zazdroszczę Fornalikowi. Dostał kadrę w rozsypce, po Euro wszystko się rozleciało. Minęło raptem 6 miesięcy i został rzucony na głęboką wodę, ale życzę mu z całego serca, żeby pływał w niej jak najdłużej. Zadanie ma bardzo ciężkie. Oczekiwania na Euro były wysokie, a wiadomo, jak się skończyło.

- Czuł pan wtedy spory zawód?
- Straszny. Wydaje mi się, że w tym wszystkim zabrakło zdrowego rozsądku. Lubię rozmawiać o faktach, nie o marzeniach. Na mojej stronie internetowej nigdy nie zobaczy pan moich planów koncertowych, bo plany mają to do siebie, że się zmieniają. Ja chcę mówić o tym co zrobiłem, a jeśli ktoś chce wiedzieć, to i tak się dowie. Podobnie powinno być z reprezentacją. Zamiast z góry zakładać, że wyjdziemy z grupy, trzeba było poczekać. Życie płata figle. Zresztą media odegrały w tym swoją rolę.

- Co ma pan na myśli?
- Można robić nadzieję i podgrzewać ognisko, ale tylko do pewnego momentu. Przed Euro balon był napompowany do granic możliwości, nawet żaden chirurg plastyczny by nie pomógł. Brakowało realnego spojrzenia. Nie spotkałem się z artykułem, na tyle ile oczywiście mogłem śledzić prasę, trzeźwo patrzącym na rzeczywistość. Powtarzałem wielokrotnie, zróbmy najpierw wynik, później podnośmy ręce do góry z radości.

Rozmawiał TOMASZ CZARNOTA

do “Kocham albo nienawidzę”

  1. izabela

    Szanowny Mistrzu!
    Podziwiamy….. oby Twój głos jak najdłużej cieszył nasze serca….. ale niestey sztuka wymaga poświęceń…. i mamy nadzieję, że tak wspaniała rodzina jak Twoja wreszcie to zrozumie…..
    jesteśj jedyny i niepowtarzalny i nie potrzebujesz filarów w postaci żony i córki
    /z całym szacunkiem dla obu Pań/, z wielką przyjemnością znów usłyszymy Cię w Łodzi, ale solo!!!!!

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.