Kowbojskie życie miastowych facetów

Są takie chwile w życiu mężczyzny, że musi zostawić wszystko i pognać za swoimi marzeniami. Choćby przez kilka dni…

Zostawiają pracę, żegnają się z rodziną i na kilka dni wszystkie kłopoty i obowiązki zamieniają na konie, kulbaki i kowbojskie kapelusze. Pędzą wtedy przed siebie, odpoczywają przy ogniskach i śpią pod gołym niebem. Te chłopięce marzenia o męskiej przygodzie realizują nie gdzie indziej, jak w naszych górach. Naszych Bieszczadach.
Jest w Bieszczadach coś takiego, że gdy się w nie wyruszy, czuje się przewagę i siłę natury, której żyjąc w mieście zupełnie sobie nie uświadamiamy. Tę jej urodę dostrzec można jeszcze wyraźniej, gdy tak jak oni, odrzucimy wszystkie dobrodziejstwa cywilizacji, i z całym dobytkiem dosiądziemy konia, który przeprowadzi nas trasami, na których zwykłych turystów nigdy nie spotkamy.

30 lat w siodle
Wiesław Duś na co dzień mieszka w Nowej Dębie. Prowadzi tu także razem z synem znany warsztat samochody. Ci, którzy go znają, wiedzą, że pasją mężczyzny są jednak nie tylko samochody, ale i konie.
- Konno jeżdżę od 30 lat. Wszystko zaczęło się w szkole średniej. A jazdy konnej nauczyłem się w ośrodku w Zabajce pod Głogowem. W tamtejszej ujeżdżalni spędziłem setki godzin i tysiąc razy spadłem z konia – przyznaje Wiesław Duś. – Wciągnąłem się wtedy w ten sport tak, że jako dorosły facet ciągle szukałem miejsc, gdzie można pojeździć. Teraz mam własne konie i od dekady uczestniczę w konnych rajdach po Bieszczadach. Wyjeżdżam tam tak często, jak to tylko możliwe. I latem, i zimą. Czasem tylko na weekend, a bywa, że i na dwa tygodnie.

Styl west
Miłośnik koni, jadąc w Bieszczady, zmienia się w prawdziwego kowboja. – Do Bieszczad najbardziej pasuje styl west. – Na głowie kowbojski kapelusz, buty niezbyt wysokie, koszule, jakaś chusta na szyi, kamizelka, lub kurtka w zależności od pogody. – Nie stroimy się jak dżokeje, bo prawdziwa frajda z jazdy jest wtedy, gdy przemokniemy, gdy się ubłocimy – śmieje się Wiesław Duś. – Nieraz trzeba się przeprawić przez rwącą rzeczkę, nieraz spali nas słońce. Każda z wypraw jest niepowtarzalna. Raz, że zależy od pogody, a dwa od ludzi, z którymi spędzi się ten czas. Zazwyczaj jedziemy w kilka osób, nie więcej niż dziesięć. Doświadczony jeździec jedzie jako pierwszy i ostatni. Ci, którzy dopiero poznają uroki konnych rajdów, jadą w środku.

Spotkania z niedźwiedziem
Gdy uczestnicy rajdu wyruszą w teren, muszą mieć przy sobie wszystko, co będzie im potrzebne w ciągu najbliższych dni. – Nie możemy zbytnio obciążać koni, więc każdy bierze tylko niezbędne minimum. – Trochę ubrań, trochę jedzenia i picia. Wyruszamy zazwyczaj około 7 rano, po kilku godzinach jazdy, koło południa zatrzymujemy się na tak zwany popas. Zsiadamy z koni i odpoczywamy, bo nie trudno sobie wyobrazić, że i nas pewna część ciała zaczyna boleć… Konie napiją się, poskubią trawę i jedziemy dalej. Kolejny przystanek dopiero wieczorem. Dziennie pokonujemy około 50 km. Ze względu na ukształtowanie terenu zazwyczaj poruszamy się stępem, czasem kłusem. Galopem tylko, gdy wyjedziemy na połoninę, wówczas można sobie pozwolić na 100-200-metrowy galop…

Uczestnik kowbojskich wypraw przyznaje, że nie przypomina sobie żadnego poważnego wypadku, do którego doszłoby w trakcie jazdy. – Upadki się zdarzają, ale nic więcej. Zdarzało się, że na naszej drodze stanął niedźwiedź. Po chwili obserwacji odchodził jednak na bok, a my mogliśmy przejechać. Wilków w Bieszczadach jest mnóstwo, ale nie atakują one ludzi, którzy im nie szkodzą.

Nocne wachty
Gdy przychodzi noc, cała wyprawa zatrzymuje się. – Rozpalamy ognisko, szykujemy coś na ząb i cieszymy się tą chwilą – nie kryje Wiesław Duś. – To świetny czas, można pogadać, pośmiać się, popatrzyć w gwiazdy. Wielu ludzi chodzi w góry i sprawia im to ogromną przyjemność, ale ze swojego doświadczenia wiem, że takiego konnego wypadu z przyjaciółmi nie można porównać z niczym.
- Każdej nocy jednak osoba pełni wachtę. Konie albo otacza się elektrycznym pastuchem, albo wiąże się jednego z nich, a reszta już wówczas od niego nie odejdzie – wyjaśnia Duś.

Niezapomniana przygoda
Chętnych na zwiedzanie Bieszczad wierzchem stale przybywa. Na włóczęgi przypominające wojaże znane z filmów o Dzikim Zachodzie decydują się nawet kobiety.
- Nie dalej jak dwa tygodnie temu uczestniczyłem w wyprawie, w której udział brały dwie Szwedki i Szwajcarka – przyznaje Wiesław Duś. – Płeć nie jest tak ważna, jak chęć przeżycia przygody.

Współcześni kowboje nie kryją, że emocje towarzyszą im już podczas planowania wyprawy. A gdy odprowadzą już konie do stajni i muszą wrócić do codziennych obowiązków, w pamięci ciągle mają niezwykłe chwile spędzone pod gwiazdami. I nie tylko mają co wspominać, ale i łatwiej im wziąć to miejskie życie za rogi…
Małgorzata Rokoszewska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.