Krew, pot i łzy w Londynie

- Ostatnie 10 kilometrów w Londynie to była walka z samą sobą. Zacisnęłam zęby, chciałam jedynie dotrzeć do mety – opowiada o debiucie w igrzyskach Paulina Buziak. Fot. Archiwum Pauliny Buziak

LEKKA ATLETYKA. Chodziarka Sokoła Mielec Paulina Buziak o rozczarowującym olimpijskim debiucie, pomysłach na uzdrowienie polskiego sportu i odwadze po porażce.

Na igrzyska jechała jako mistrzyni i rekordzistka Polski. W najważniejszej życiowej próbie do tego wyniku nawet się nie zbliżyła – zajęła dopiero 45. miejsce w chodzie na 20 km. – Zawiodłam i jest mi z tym bardzo źle – kajała się po powrocie do domu 26-letnia mielczanka.

- W oświadczeniu wysłanym do prasy kilka dni temu napisała pani, że przeanalizuje przygotowania i znajdzie przyczynę słabego występu na igrzyskach olimpijskich. Udało się to zrobić?
- Jeszcze nie rozmawiałam z trenerem kadry. Początkiem września wybieram się do Krakowa na zawody ligi seniorów i pewnie wtedy dojdzie do spotkania i rzeczowej dyskusji.

- Przed wyjściem na trasę w Londynie dopadły panią problemy zdrowotne. Co dokładnie pani dolegało?
- Mam specyficzny układ odpornościowy. Przy zmianie klimatu zawsze łapię infekcje, głównie górnych dróg oddechowych. Ktoś powie: to nic wielkiego, ale dla sportowca, chodziarza, to jednak jest problem.

- Na którym kilometrze dotarło do pani, że to będzie występ grubo poniżej możliwości?
- Do 10 kilometra czułam się OK., szłam w tempie ok. 46 minut, całkiem przyzwoitym. Ale na drugiej “dziesiątce” przyszedł kryzys. To było straszne. Walczyłam już tylko z sobą, z własnym organizmem. Nie liczył się czas, tylko samo dotarcie do mety, ukończenie zawodów.

- Katar, ból gardła to jedno, ale może po prostu zjadła panią trema?
- Cóż, ze stresem chyba sobie nie poradziłam… Pierwszy raz startowałam w takich okolicznościach, na tak wielkiej imprezie. Tysiące kibiców stojących wokół trasy krzyczało i dopingowało, ciężko było się skoncentrować. Oczywiście, to nie zarzut. Opowiadam tylko o sytuacji, z którą wcześniej się nie zetknęłam, nowym doświadczeniu.

- Co pani sobie pomyślała, mijając linię mety i spoglądając na czas, w jakim pomaszerowała?
- Byłam szczęśliwa, że ten koszmar się zakończył. Odczuwałam ogromne zmęczenie, po dziesięciu kilometrach każda kolejna pętla (2-kilometrowa – przyp. red.) stanowiła nie lada wyzwanie. Chwilę później pojawiło się rozczarowanie. Byłam zła na siebie, miałam świadomość, że zawiodłam. Siebie, kibiców, znajomych, sponsorów, ludzi, którzy w przeróżny sposób mi pomagali. Trochę mi głupio, że tak to wyszło. Jednak to jest sport. Nie wszystkie plany udaje się zrealizować.

- Koleżankom z kadry poszło lepiej. Były dla pani wyrozumiałe?
- Z Agnieszką Szwarnóg pogratulowałyśmy sobie występu, z Agnieszką Dygacz mam słabszy kontakt.

- A po powrocie do domu pojawiły się łzy? Tak szczerze…
- Nie. Spokojnie podeszłam do sprawy, rodzice ucieszyli się, że znów jestem z nimi, pocieszali. Gorzej było na ulicy, bo ciągle musiałam się z tego startu tłumaczyć, opowiadać o wrażeniach z pobytu w Londynie. Wiele osób doskonale mnie jednak rozumiało, życzyło wytrwałości i wyjazdu na następną olimpiadę do Rio de Janeiro.

- Z czym, oprócz własnej porażki, kojarzyć się będzie pani Londyn?
- Spędziłam w stolicy Anglii tydzień, niewiele zobaczyłam, ale poczułam niepowtarzalną atmosferę wielkiego sportowego święta. Ogromne wrażenie zrobił na mnie olimpijski stadion. Byłam tam podczas półfinałowych biegów z udziałem naszych 800-metrowców.

- Przysłuchuje się pani dyskusji o sporcie, jaka toczy się w Polsce od zakończenia igrzysk?
- Nie bardzo.

- Minister Joanna Mucha twierdzi na przykład, że naprawę trzeba zacząć od podstaw. W skrócie – więcej lekcji wychowania fizycznego w szkołach, sport masowy, zaangażowanie samorządów. Sport nie może być wciąż piątym kołem u wozu.
- Na pewno rocznie gubimy mnóstwo talentów. Młodzi ludzie rezygnują z uprawiania sportu, zniechęcają się, gdy widzą nieustającą walkę o pieniądze na obozy, sprzęt, stypendia. Już nie chcę się powtarzać i opowiadać historii o tym, jak mnie i koleżanki potraktował Podkarpacki Związek Lekkiej Atletyki.

- Plan jest taki, by przestać wysyłać na igrzyska dwie setki sportowców, tylko postawić na dyscypliny rokujące. Skoro Węgry specjalizują się w dyscyplinach związanych z wodą, to Polska ma być np. silna siatkówką, wioślarstwem i konkurencjami technicznymi takimi jak pchnięcie kulą czy rzut młotem. Taka specjalizacja to dobra rzecz?
- To chyba nie jest dobry pomysł, ale po takim występie w Londynie wolę nie zabierać głosu (śmiech). Należę do grupy sportowców, która się nie sprawdziła. Inna sprawa, że poziom chodu wzrósł i to bardzo. Łukasz Nowak był dziewiąty na 50 km, ale czas jaki “wykręcił” jeszcze kilka lat temu dawał mu miejsce na podium.

- Anita Włodarczyk powiedziała wprost, że selekcja powinna być ostrzejsza. Że minima olimpijskie należałoby poprawiać.
- Nie wiem dokładnie jak jest w młocie, ale chód jest tak wyczerpującą konkurencją, że trudno mi sobie wyobrazić, abym maszerowała tydzień w tydzień na pełnych obrotach po 20 kilometrów. Dla mnie i dla wielu innych sportowców, udział w igrzyskach był spełnieniem marzeń. Często także doświadczeniem bolesnym. Można nam zarzucać brak wyniku, ale nie brak ambicji. Walczyłam jak umiałam.

- Pani stanęła przed kibicami i dziennikarzami z otwartą przyłbicą. Nie szuka tanich usprawiedliwień i przeprasza tych, którzy na panią liczyli. Ktoś pani podpowiedział, że wypada się tak zachować, czy to był autorski pomysł?
- Nikt za tym nie stał. Czułam po prostu, że muszę się jakoś wytłumaczyć. Zawiodłam i nie jest mi z tym dobrze.

- Teraz pani odpocznie?
- Dochodzę do siebie. We wrześniu, jak wspomniałam, planuję wystartować w Krakowie, niewykluczone również, że na mityngu w Rosji. Ogromnych obciążeń już nie będzie, bo sezon powoli dobiega końca.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.