Kto wyrzucił dziecko z czwartego piętra?

Tu omalże przed tygodniem nie doszło do tragedii. Fot. Archiwum

Tu omalże przed tygodniem nie doszło do tragedii. Fot. Archiwum

- Przecież nie zrobiłbym własnemu dziecku krzywdy – wypłakiwał ojciec 8-letniego Norberta. Gdyby był trzeźwy, zapewne nie, ale w momencie zdarzenia był pijany i nie kontrolował swoich poczynań.

Opadły już pierwsze emocje, a jednak jest niewielu, którzy wyobrażają sobie przebieg wypadku przedstawiony przez prokuratora. Niby na tym świecie wszystko jest możliwe, ale żeby wyrzucić z balkonu własne dziecko? To się w głowie nie mieści. Świat jednakże składa się z nieprzewidywanych przypadków i taki miał miejsce w pierwszy czwartek czerwca. Można tylko zapytać, czy do końca wszystkiego nie dało się przewidzieć. Głos tu zabierze psychiatra i raczej na pewno stwierdzi, że nie byłoby dramatu, gdyby Krzysztof K. nie zajrzał tego dnia do kieliszka.

Mieszkanie na czwartym piętrze bloku przy ul. Okulickiego w Stalowej Woli zajmuje całkiem normalna rodzina. On pracował w cegielni, ona pracuje w sklepie. Zarobki obojga niewielkie, ale wystarczające na utrzymanie rodziców i dwójki ich dzieci. Syn w tym roku przyjął Pierwszą Komunię.

- Wesoły dzieciak, w niczym nie odstający od pozostałych z naszego podwórka – mówi sąsiad. O rodzinie też dopiero po czwartkowym wypadku większość sobie przypomniała. Nie mieli tzw. niebieskiej karty, co teraz często jest wyciągane dla najłatwiejszego określenia poziomu rodzinnych emocji. Znaczy to najkrócej, że policja nigdy nie była wzywana do mieszkania K. Komendę policji od bloku dzieli spora odległość, ale sąsiedzi też nie słyszeli awantur, które miałyby zwiastować nieszczęście. Jedna awantura była jednak słyszalna. I to dość daleko.

Była jak ciężka chmura, zwiastująca niewyobrażalną burzę. W czwartek rano ojciec Norberta popił sobie z kumplami. Po nocy w cegielni wstąpili do jednego z barów. W innym przypadku można byłoby powiedzieć, że wypili trochę więcej niż powinni. W tym trzeba rozgraniczyć pijących. O ile kompani Krzysztofa mogli mieć co najwyżej „dobrze w czubie”, on choć wypił tyle samo, był niebezpiecznie pijany. Około południa wrócił do domu. Normalnie zmęczenie powinno wziąć górę i złożyć gospodarza mieszkania do kamiennego snu. 42-latek zareagował jednak zupełnie inaczej.

- Tam była jakaś totalna awantura – opowiadał jeden z mieszkańców osiedla. – Było gorąco i okna pootwierane. Słyszałem krzyki i jakiś rumor. Człowiek w takich sytuacjach stara się szybko minąć nerwówkę. Ja też tak przeszedłem, ale po chwili ludzie biegli w przeciwnym kierunku do wypadku. Wtedy skojarzyłem te odgłosy z resztą.

Ten pan mnie wypchnął…
Było ok. 13.30, gdy z balkonu na czwartym piętrze wypadło dziecko. Chłopiec na szczęście upadł na trawnik, który trochę zamortyzował upadek. Szybko wezwano karetkę pogotowia, a za nią zaraz przyjechała policja. Norbert nie stracił przytomności. Czuł przenikliwy ból, bo jakby się cofał przed wyciąganymi w jego kierunku rękoma najpierw świadków, a potem ratowników. Nad dzieckiem pierwsze załamały ręce kobiety, które były obok na pogawędce. Nie słyszały krzyków. Ich uwagę skupił dopiero tępy odgłos upadku. To im 8-latek miał odpowiedzieć na pytanie, co się stało, że „to ten pan go wypchnął, co był u nas w mieszkaniu”.

Gdy karetka z Norbertem w roli przymusowego pasażera pojechała w kierunku Tarnobrzega, policjanci poszli do jego mieszkania. Wydawało się być puste, bo nikt nie otwierał. Słowa wypowiedziane przez drugoklasistę były jednak na tyle niepokojące, że policjanci wezwali strażaków. W mieszkaniu mogło dojść do poważniejszej tragedii. To dlatego strażacy przyjechali od razu ze sprzętem do wyważania drzwi. Wcześniej jednak zapukali i wtedy otworzył im ojciec Norberta. Wyglądał na zaskoczongo najściem. Nie wiedział i do tej pory podobno nie wie, że jego 8-letnie dziecko było wtedy w domu. Że spadło z balkonu, że walczy o życie w szpitalu. Oczywiście był pijany i został zabrany na komendę policji. Miał nieco ponad 2 prom. alkoholu. W chwili, gdy ratownicy zabierali jego syna do szpitala, miał spokojnie drzemać w fotelu.

Awanturował się sam z sobą
Policjanci od razu zaczęli powątpiewać w nieszczęśliwy wypadek. 8-letnie dziecko jest wystarczająco dorosłe, żeby nie wychylać się poza barierkę balkonu. Z drugiej strony spokoju im nie dawał tajemniczy pan, który miał wypchnąć Norberta. Problem był w tym, że rozmowa z ofiarą wypadku była niemożliwa ze względu na stan zdrowia, a z ojcem ze względu na stan upojenia. Policjanci szybko odnaleźli dwóch kompanów od kieliszka Krzysztofa K. Też trzeba było zaczekać z ich przesłuchaniem do wytrzeźwienia, ale wiadomo przynajmniej było, że nie pili w mieszkaniu, tylko w lokalu. Ponad wszelką wątpliwość ustalono też, że po wypadku z mieszkania nikt nie wychodził. Śledztwo zaczęło zmierzać w najmniej korzystnym kierunku. Do upadku dziecka miał przyczynić się jego własny ojciec. Niewiarygodne, a jednak…

Rodzice mieli tak ułożoną pracę, że na zmianę opiekowali się ośmiolatkiem. Feralnego czwartku „minęli się” o pół godziny. Krzysztof K. pojawił się w domu ok. godz. 13. Nie wiedział, albo nie zdawał sobie sprawy z tego, że syn jest w mieszkaniu. Przed sądem powtarzając zeznania złożone przed prokuratorem, powie że „myślał iż Norbert poszedł do kolegi”. Ojciec rozpoczął wtedy klasyczną demolkę mieszkania. Prokurator dowie się później od niego, że „awanturował się sam ze sobą”. Nie tylko jego krzyki były dobrze słyszalne na osiedlu. Wybił szybę, przewracał meble. Roztrzaskał też telefon komórkowy, bo nie mógł dodzwonić się do żony. Swoimi metodami prokuratorzy ustali faktycznie, że zatrzymany 42-latek mógł nie kontrolować swojego zachowania w chwili wypadku. – Będąc pod wpływem alkoholu jest bardzo agresywny w stosunku do przedmiotów – wyjaśniała prok. Barbara Bandyga, prokurator rejonowa w Stalowej Woli.

Urwany film tylko w żartach jest śmieszny
Alkohol nie zwalnia jednak od odpowiedzialności karnej. Dzień po wypadku śledztwo było już prowadzone w kierunku usiłowania zabójstwa 8-latka i spowodowania u niego ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Po przesłuchaniu kilkunastu osób i przeprowadzeniu na miejscu wypadku czynności prokuratorskich, ciężki zarzut został przedstawiony Krzysztofowi K. Ze względu na zagrożenie wysoką karą i możliwość mataczenia w śledztwie, co tu należy rozumieć przez prawie pewne wpływanie na zeznania syna, oskarżyciel wystąpił do sądu o tymczasowe aresztowanie oskarżonego. Sąd przychylił się do wniosku prokuratora i najbliższe 3 miesiące ojciec Norberta spędzi w areszcie śledczym.

Oskarżony przed sądem przyznał się do winy, choć z czasu gdy w jego mieszkaniu działy się niepokojące wydarzenia, nic nie pamięta. – Przecież nie zrobiłbym własnemu dziecku krzywdy – wypłakiwał. Gdyby był trzeźwy, zapewne nie, ale był pijany i nie kontrolował swoich poczynań. Do sprawy został powołany biegły psychiatra, który będzie badał oskarżonego. Od kary teoretycznie może go zwolnić niepoczytalność, ale nie odciąży ona sumienia. Kara za usiłowanie zabójstwa teoretycznie jest taka sama, jak za zabójstwo. Wiadomo, że żaden sąd nie skaże Krzysztofa K. chociażby na 25 lat więzienia, ale zakres kar w tym przypadku rozpoczyna się od 8 lat pozbawienia wolności. Tyle sprawca nieszczęścia może zapłacić za to, że zlekceważył symptom choroby alkoholowej. Dziś mówi się o tym coraz więcej i każdy zaglądający do kieliszka powinien wiedzieć, że „urwany film” jest ostatnim sygnałem do leczenia. Stalowowolanin nie tylko się nie leczył, ale też nie stronił od alkoholu, a każda dawka jest dla niego i otoczenia niebezpieczna. Amnezja alkoholowa to nic innego, jak niepotrzebna przerwa w życiu. W opisywanym przypadku, mogła przerwać na zawsze życie najbliższej osoby.

A dziecko spadając nie przestało kochać
Norbert wraca do zdrowia i w najbliższych dniach wróci też do domu. Z wypadku wyszedł z pękniętą śledzioną, złamaną ręką, potłuczonymi płucami i obrzękiem mózgu. Młody organizm jednak ambitnie walczy o zdrowie i niedługo 8-latek będzie bawił się z rówieśnikami. W szkole też nie będzie miał problemów. Jego klasa miała specjalne spotkanie z psychologiem i wszyscy na ucznia czekają. Może nawet o własnych siłach przyjdzie po odbiór świadectwa. Ofiara wypadku może być najważniejszym świadkiem w śledztwie. Póki co, na przesłuchanie nie zgadzali się prokuratorzy. Ze względu na pokrewieństwo chłopak może odmówić składania zeznań, co jednak nie zmniejszy odpowiedzialności jego ojca. Prokuratorzy byli stale pytani o „pana, co miał wypchnąć” Norberta. – Zachodzi poważne przypuszczenie, że dziecko w ten sposób chciało bronić swego ojca – wyjaśnia prok. Bandyga.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.