Lee – ostatni żużlowiec w rodzinie Richardsonów

Fot. Paweł Bialic

Kochający mąż i ojciec, dżentelmen na torze – tak rodzina i przyjaciele wspominają tragicznie zmarłego żużlowca Lee Richardsona, którego memoriał odbędzie się już w tę sobotę w Rzeszowie.

Minęły niespełna cztery miesiące od tragicznej śmierci żużlowca PGE Marmy Rzeszów, Lee Richardsona. Dla niego samego sport był bardzo ważny, ale na pierwszym miejscu zawsze była rodzina. – To był wspaniały mężczyzna. Bardzo mi go brakuje – mówi żona żużlowca, Emma Richardson.

13 maja br. na długo pozostanie w pamięci fanów żużla. Tego dnia na skutek obrażeń, odniesionych w wyniku upadku na torze we Wrocławiu, zmarł Lee Richardson. Miał 33 lata. Zostawił żonę Emmę i trzech synów: Joshua, Jake i Jenson. – Dziękuję wszystkim w Rzeszowie za okazane serce i ciepłe słowa. Lee zawsze wypowiadał się o Was w samych superlatywach, mówił wiele o pani prezes Półtorak, trenerze, o osobach funkcyjnych w klubie, kibicach, przyjaciołach, kolegach, naprawdę czuł się u was bardzo dobrze – tak kilka dni po tragicznych wydarzeniach w stolicy Dolnego Śląska napisała w liście do rzeszowskich kibiców żona Lee, Emma, która gościła w Rzeszowie pod koniec lipca i prawdopodobnie będzie obecna także podczas sobotnich zawodów. – To już moja trzecia wizyta w Rzeszowie. Kiedy Lee zaczął jeździć w Rzeszowie, przyjechaliśmy tutaj po raz pierwszy. Zabraliśmy wtedy dwóch naszych synów: Joshua i Jake. Wtedy grali z Lee w piłkę na stadionie więc mamy stąd wspaniałe wspomnienia – wyznaje Emma.

Rodzinne fatum?
Tragiczne wydarzenia na torze we Wrocławiu to nie pierwszy sportowy dramat w rodzinie Richardsonów. Wuj “Rico”, Stephen „Steve” Weatherley w efekcie upadku na torze Hackney Wick Stadium został sparaliżowany. Te wydarzenia nie zniechęciły jednak Richardsona do żużla. Wręcz przeciwnie. – Speedway od zawsze był obecny w naszej rodzinie. Ojciec często zabierał mnie na stadion, a gdy miałem niespełna sześć lat, zacząłem trenować na minitorze w Eastbourne. Nie muszę dodawać chyba, jak bardzo mi się spodobało – to jeden z wpisów ze strony internetowej angielskiego żużlowca. Lee żużlową karierę na dobre rozpoczął w 1996 roku. To właśnie przez speedway o mały włos… nie straciłby miłości swojego życia, Emmy, z którą znał się od dziecka. Chodzili do jednej szkoły (byli równolatkami). Po jej ukończeniu i podpisaniu kontraktu z Reeding Racers, ich drogi rozeszły się. Wrócili do siebie po czterech latach, a w 2004 roku pobrali się. – Lee był bardzo, bardzo zapracowany. Jego plan dnia wypełniał żużel. Jednak zawsze zdołał znaleźć czas dla mnie i dla naszych dzieci. Uwielbiał być w domu, bawić się z dziećmi, grać z nimi na podwórku w piłkę nożną. To był bardzo wyjątkowy czas – wspomina żona żużlowca.

Prawdziwy dżentelmen
W samych superlatywach o żużlowcu wypowiadają się także jego koledzy z toru. – Miałem zaszczyt dobrze znać go od kilku lat i startować z nim w jednej drużynie w lidze polskiej i szwedzkiej. To był prawdziwy dżentelmen w każdym calu. Mam do niego duży szacunek. To był człowiek, który kochał swoją rodzinę – tak Richardsona wspomina obcokrajowiec PGE Marmy Rzeszów, Australijczyk Jason Crump, który startem w sobotnim memoriale odda hołd Anglikowi. – Lee był prawdziwym dżentelmenem na torze. Zaszczytem było z nim współpracować i rozmawiać. To nie fair, że straciliśmy takiego zawodnika – dodaje inny uczestnik sobotniego turnieju, Duńczyk Nicki Pedersen. – Żużel to niebezpieczny sport, ale to dowodzi jak bardzo odważni muszą być żużlowcy. Lee był wspaniałym zawodnikiem – tak z kolei “Rico” wspomina właściciel jego angielskiego klubu, The Lakeside Hammers, Stuart Douglas.

Lubił presję w Polsce
Chyba nikt inny, jak właśnie żona Emma nie wie, jak Richardson przeżywał kolejne niepowodzenia, zwłaszcza te z ostatnich miesięcy w lidze polskiej. – Lee miał sporo problemów tutaj w Polsce. Przez kilka miesięcy przed tym tragicznym wypadkiem był po prostu niezadowolony z samego siebie. Chciał ucieszyć Martę, chciał ucieszyć fanów, a to że nie zdobywał żadnych punktów, łamało mu serce. Zawsze czekałam na koniec każdego meczu, wyścigu. Jeszcze jak udało mu się wygrać, to było idealnie. To było naprawdę trudne. Presja na wynik tutaj w Polsce jest niesamowita. Ale on to lubił. To była jego praca i coś, co naprawdę uwielbiał robić. Uwielbiał rozmawiać z dziennikarzami, z kibicami, rozdawać autografy, a jeśli udawało mu się ich zadowolić, wtedy sam był szczęśliwy – kontynuuje Emma Richardson.

Książka dla dzieci
Lee Richardson z pewnością na długo pozostanie w pamięci kibiców. Podczas meczów w Rzeszowie, jak również na innych stadionach Enea Ekstraligi, 3. bieg (w 3. biegu meczu we Wrocławiu zginął Richardson – przyp. red.) kibice oglądają na stojąco, a przed jego rozpoczęciem skandują: “Lee, Lee Richardson!”. W niektórych miastach np. Wrocławiu, Częstochowie, Rzeszowie czy angielskim Lakeside już zostało lub planowane jest nadanie imienia tragicznie zmarłego żużlowcom skwerom, rondom itp. Na niecodzienny sposób upamiętnienia Richardsona wpadła z kolei brytyjska pisarka, Trisha Bridger, która jest autorką książki o żużlu skierowanej do dzieci. – To hołd złożony Lee, ale też wspaniała książka dla dzieci. Już nie mogę się doczekać, kiedy będą mogła ją przeczytać swoim dzieciom. Wprawdzie oni nie będą jeździli na motocyklach, nie będzie już w naszej rodzinie żużla, ale to ważne dla dzieci, w szczególności gdy są takie małe, aby wiedziały co tak naprawdę robił ich tata – przekonuje Emma Richardson.

W materiale wykorzystano fragmenty programu “Bez Hamulców”, autorstwa Miłosza Cieszyńskiego.

Lee Richardson

do “Lee – ostatni żużlowiec w rodzinie Richardsonów”

  1. miastowy

    Pani Emmo to czy żużel będzie w Państwa rodzinie to zapewne zadecydują sami synowie jak dorosną o ile nie będzie za późno!!? Takie kategoryczne deklaracje mogą się diametralnie zmienić na przestrzeni kilkunastu lat!!! Lee byłby zadowolony gdyby ktoś kontynuował jego dzieło na torze!!!

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.