Londyńczycy tęsknią za Polską

Małgosia i Krzysiek to pokolenie Polaków, którzy nie mają kompleksów. Mogą żyć i pracować gdzie tylko chcą. Fot. Bogdan Myśliwiec

Od lat mieszkają w stolicy Anglii. Znają ją jak własną kieszeń, ale gdy mówią o domu, myślą o Polsce.

Piękni, młodzi, na dorobku i na emigracji. Według tegorocznych szacunków w samym Londynie mieszka już około 120 tysięcy Polaków. Ogromna większość z nich bardzo dobrze sobie radzi. Są pracowici, mają w ręku niejeden fach, a w dzielnicy Tooting Broadway także swój kościół, szkołę, sklepy, restauracje, biura księgowe i kancelarie prawne. Czy czegoś jeszcze brakuje nad Tamizą londyńczykom znad Wisły? Z tego, co mówią to tylko… Polski.

Krzysiek pochodzi ze Śląska. Małgosia z Podkarpacia. Poznali się w Londynie. On jest tam już od 10 lat. Ona od 6. Poznali już dobre i złe strony tego jednego z najpopularniejszych europejskich miast. Codziennie mijają na ulicach tysiące ludzi z całego świata. Tego, że są z Polski nie muszą się wstydzić.

- Polki wyróżniają się w tłumie i mówię to nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako facet – nie kryje Krzysiek. – Nasze dziewczyny są nie tylko ładne, ale potrafią się także fajnie ubrać. Po prostu dbają o to jak wyglądają. Wyglądu mężczyzn nie potrafię ocenić, ale nie da się ukryć, że jako pracownicy także jesteśmy doceniani przez londyńskich pracodawców. Polacy są pracowici, potrafią sobie radzić w każdych warunkach, mają w ręku fach i nie trzeba im dwa razy mówić, co mają robić. Najwięcej Polaków pracuje w budownictwie.

Nie udaję menedżera
Małgosia sprząta londyńskie domy. W Polsce była kelnerką. – Nie udaję przed rodziną i znajomymi, że jestem menedżerem. Wiem, że są tacy, którzy pracując poniżej swoich kwalifikacji ukrywają to, czym się naprawdę zajmują. Ja nie udaję. Taką mam pracę, dostaję za nią wynagrodzenie i jest ok. – mówi Małgosia.

Ile można zarobić, ale ile trzeba wydać na życie w Londynie? – Za mieszkanie w Tooting Brodway, dzielnicy, która kojarzona jest z Polakami trzeba zapłacić od 100 do 130 funtów tygodniowo. Zarobki za pracę fizyczną taką jak sprzątanie, czy praca w budownictwie wahają się od 1300 do 2000 funtów miesięcznie.

- Są takie oferty pracy, gdzie pracuje się od 8.00 do 18.00, z przerwami na śniadanie i lunch. Ja pracuję od 9.00 do 16.00. O 10.00 mam przerwę śniadaniową, a o 13.00 przerwę na lunch. Od lat pracuję jako budowlaniec – przyznaje Krzysiek.

Oswojony Londyn
Większość Polaków mieszkających w Londynie zna język angielski choćby w niewielkim stopniu. Ci, którzy nie znają, nie mają jednak większego problemu z załatwianiem codziennych spraw urzędowych.

- W Tooting Broadway częściej mijam na ulicy Polaka niż Anglika. Jest tu polski kościół, szkoła katolicka, bardzo znana restauracja Biały Orzeł, a także wiele innych sklepów i usług prowadzonych przez Polaków – mówi Krzysztof. – Sprawy w urzędach, czy związane z najmem mieszkania można załatwić nie znając języka. Urzędy są przygotowane na obsługę obcokrajowców. Po podaniu języka, jakim chcę się porozumieć, natychmiast, albo na umówioną godzinę pojawia się tłumacz, który pomaga w komunikacji. Gdy wynajmuje się mieszkanie komunalne, pierwszego dnia przychodzi pracownik z ankietą, w którą wpisuje się język, który się zna. Wszystkie kolejne rachunki, czy pisma przysyłane są już w tym języku.

Kiepskie jedzenie i pogoda
Młodzi londyńczycy nie kryją, że to, do czego najbardziej nie mogą się przyzwyczaić na emigracji to jedzenie. – W Londynie nie można smacznie zjeść. Królują fast foody. Do polskiej kuchni ich gotowanie w ogóle się nie umywa. Lepiej zje się poza Londynem, w mniejszych restauracjach, gdzie serwuje się bardziej swojskie dania.

Druga sprawa, na którą narzekają Polacy w Londynie to pogoda. – Przeważnie nie wiadomo jak się trzeba ubrać, pogoda jest bardzo zmienna. W Polsce są cztery pory roku, tutaj ciągle jest albo trochę cieplej, albo trochę zimniej. Rzadkością jest śnieg. Jak już jednak spadnie, albo chwyci mróz Londyn jest totalnie sparaliżowany. Korki to także utrapienie w każdego weekendu.

Polski baby boom
Małgosia i Krzysiek nie mają jeszcze dzieci. Polki według statystyk z ostatnich lat rodzą jednak na Wyspach najwięcej dzieci spośród wszystkich mniejszości narodowych. W 2010 r. przyszło ich na świat blisko 20 tysięcy. Mówi się nawet, że to polski baby boom. Od 2008 r. na Wyspach urodziło się ok. 75 tys. polskich dzieci – wyliczyła nasza ambasada na podstawie danych z Office for National Statistics, odpowiednika polskiego GUS. Londyńskie mamy otrzymują pomoc finansową po urodzeniu dziecka, mogą liczyć na długi, płatny urlop macierzyński, a także na dofinansowanie do przedszkoli.

- Polki rodzą dzieci i chciałyby, aby zdobyły one dobre wykształcenie, a niestety poziom nauczania w angielskich szkołach jest dość niski. Polacy zaprowadzają, więc swoje dzieci w soboty do polskiej szkoły katolickiej. Raz, że chcą by miały kontakt z językiem, a dwa, że po prostu tu mogą się nauczyć czegoś więcej niż zakłada angielskie minimum – mówi Małgosia.

40 procent tęskni za krajem
Krzysiek chce wrócić do Polski. Mówi, że choć w Londynie spotkał Małgosię, ma pracę, odkłada na przyszłość i stać go na wakacyjne wyjazdy to jednak tęskni za krajem.
– Czuję, że nie jestem u siebie i wiele osób tak się tu czuje – mówi wprost. – Z tego, co obserwuję, to około 60 procent Polaków chce tu zostać przynajmniej na razie. Wielu dorobiło się tu mocnej pozycji zawodowej i mieszkają w bogatych dzielnicach. Widać, że się tu odnaleźli. Pozostałe 40 procent chce się tu dorobić i wrócić w rodzinne strony.
Małgosia nie zdecydowała jeszcze czy chce wrócić. Do Polski przyjeżdżają jednak tak często, jak tylko się da.

Małgorzata Rokoszewska

do “Londyńczycy tęsknią za Polską”

  1. DYZMA

    Przewodnik! Pieknie to napisales! W budce” Dziadka Nitki” pierwszy raz wypilem „sete” czystej.

  2. wiewiorka

    Brawo Jozku twoj komentarz jest bardzo trafny! Znalam kiedys tego pana ze fotografi…..bardzo mocno wspolczuje tej blond babie-sponsoring w modzie……Neon Jak juz osiagnie twoj cel to wysle Ja do rodzinnej wsi na pokarpaciu z gola du….a!

  3. ROMAN

    –do p „emigranta” – w uzupełnieniu przypomnę piekarnię Krupy- drzewa morwowe przy murze zamku od ul. Chopina – a jeszcze kino Świt i kino Przodownik – tak to było – to miasto mam je przed oczami .

    –do p „jozka” masz rację nie byłem w UK ale byłem we Francji i Niemczech i w innych krajach – fakt takich osobników jak piszesz „buraków” można rozpoznać wszędzie ale są i osoby na poziomie które wiedzą jak się zachować mają obycie i osobistą kulturę – wszystko wychodzi za granicą kto co wyniósł z domu rodzinnego i kto go chował jakie środowisko jaką posiada elokwencję i obycie – i właśnie takie „gnioty” robią taką złą opinię wszystkim bo zawsze tam patrzą na złe uczynki a nie na dobre i te złe jeszcze „podkręcają” i afiszują.

  4. jozek

    Pojechala para burakow do Londynu i lecza swoje kompleksy eleganckimi autami, Przyjezdzaja do Polski pochwalic sie i zaszpanowac przed rodzina i znajomymi a tymczasem w ‚ekskluzywnym Tootingu’ zyja w zagrzybionych mieszkankach podnajmujac pokoje innym podobnym sobie. O i takie to ich zycie na poziomie. Pracuja byle gdzie, czyszcza innym kible zbierajac pieniadze do skarpety zeby pozniej sie pokazac w Polsce. I taka jest prawda o tych pieknych i ‚mlodych’ emigrantach.

  5. ccc

    oczywiscie zdjecie z fura haahahhah

  6. adrian

    plus Golders Green, Hendon , Wembley , Neasden tam to dopiero polakow jest :)

  7. witek

    Autorka tego artykulu z pewnoscia nawet nie byla w Uk.Tooting Brodway to nie jedyne skupisko Polakow bo nie mozna pominac Ealing Brodway,Hammersmith.

  8. live from UK

    Dobre żarty. Polki wcale nie są ładniejsze, po prostu Angielki są brzydkie. Proponuje się wybrać do Francji czy Włoch to szybko zmienicie zdanie, a i w samej Anglii jest wiele kobiet wyglądających o niebo lepiej niż Polki. Swoją drogą dlaczego prawie każda Polka w UK wygląda tak samo i zawsze ma włosy pofarbowane na blond lub rudy. O rozwiązłości i mentalności naszych rodaczek oraz opinii o nich lepiej nie wspominać. Z facetami nie jest wcale lepiej w tym względzie. Większość naszych rodaków to zwyczajna porażka jeśli chodzi o zachowanie, wielu udaje że nie jest Polakami chociaż w 99% już na pierwszy rzut oka widać skąd przyjechali. Wielu też próbuje być na siłę bardziej angielskimi niż sami Anglicy. Problem polega na tym, że mentalność samych Anglików nie jest wcale aż tak korzystna dla obcych jak samym Polakom się wydaje, a już na pewno nie przypomina otwarcia na obcokrajowców widocznego np u Francuzów czy Włochów. Niestety Polacy, którzy w większości nie byli nigdzie poza Polską i Wielką Brytanią zwyczajnie tego nie dostrzegają dlatego też są zwykle przedmiotem drwin dla Anglików.

  9. emigrant

    A ja nie tesknie do obecnego Rzeszowa.
    Rzeszow moj widze ogromny, ale kocham tylko ten stary.
    Kocham miasto mojego dziecinstwa, z pozydowskimi kamienicami z ich drewnianymi wiecznie skrzypiacymi schodami. Z balkonami od podworza i wychodkami na zewnatrz w oficynach. Z komorkami na wegiel i smietnikiem murowanym pelnym popiolu z metalowa klapa gdzie wylegaly sie szczury. Z podworkami gdzie nawet jednego zdzbla trawy nie znalazl i obejszczanymi poprzez psy naroznikami bram. Kocham te place gdzie gralo sie w kiczki, nozyk, zoske, a potem rznelo w gumiana gale. Ukochany Wislok z ostatnimi krypami piaskarzy jacy jeszcze byli przy zjezdie w zatoczce na koncu Szpitalnej obok skladow drewna. Wislok, gdzie obok kanalu z rzezni za starym cmentarzem lapalo sie ukleje jakich stada srebrzyly sie w jego wodzie. Z kapieliskiem opodal mostu kolejowego. Olszynki z kajakami i chybotliwym molo na wodzie, kortami tenisowymi z tluczonej cegly gdzie krolowal Skiba i Liske gdzie juz jako starsi chodzilismy sie kapac i podgladac w krzakach przebierajace sie dziewczyny. Kocham moj Malpi Gaj za teatrem z lodowiskiem z zimie i kortami tenisowymi w lecie, z drewniana kregielnia, wieza spadochronowa i stawem gdzie jako dzieciak lapalem karasie. Te podrywania dziewczat na Panskiej, zabawy na Poczcie. Piekarzy takich jak Krzesik czy Jamrozik u ktorych godzinami czekalo sie na swiezutki i pachnacy chleb. Rzeznikow jak Kogut czy Kosiorowski z jego budka obok bramy wjazdowej na Abrachamsberga gdzie sprzedawal, kiszki, watrobiana i salceson. Restauracji od srodka nie pamietam bo nie bylem na tyle dorosly aby tam wchodzic ale pamietam Jutrzenke, Ludowa, u Smarkatego, Tatarska (pod koniem) Podzamcze i Wisieloka. Ogrody Bernardynskie z murowanymi plotami ze szklem tluczonym na wierzchu, z rzeczka gdzie lapalo sie traszki i gdzie chodzilo sie „na jablka”. Sklad wegla na Krakowskiej za torami i Budke przy Jajczarni gdzie kupowalo sie jajka tluczki. Pamietam na rozwidleniu drog (Glogow-Sokolow) na Marszalkowskiej obok starej(pierwszej) mleczarni gdzie pod wielkim drzewem stala kapliczka a obok sklep w ktorym kupowalo sie swistawki z cukru i cukierki Grylazowe po cwierc funta jakich juz teraz nigdzie nie uswiadczy na swiecie chocby ze swieca szukal, drewniane domki na budach i Mikoske z mostkiem, Stara Alime za kanalem na Fredry, Stary cmentarz gdzie leza moje praprapradziady i te pogrzeby z konnym karawanem zaprzezonym w kare konie z czarnymi pioropuszami z kaplicy przy starym cmentarzu na cmentarz w Pobitnem. Pamietam tych dziadow zebrzacych na Wszystkich Swietych gdy szlo sie zapalic swieczke za zmarlych na Pobitno. Olszynki i te laki nad Wislokiem do kladki gdzie opalalo sie pol Rzeszowa w lecie i starego przewoznika Nitke ktorego nazywalismy Admiralem. Wygnaniec i Rudki z jego domkami i skrotami miedzy Hetmanska a Dabrowskiego, dorozkarzami Rzeszowskimi i Sierocincem. Park miejski i drzewa morwowe na Browarnej. Kasyno Milicyjne na Kraszewskiego naprzeciw Zamku gdzie jako dzieci chodzilismy zbierac pudelka po Unrowskich paczkach wyrzucone z tylu na smietnisku. Byly zrobione z takiego twardego kartonu i mialy obrazek jak rece sie sciskaja a pod spodem pisalo „Dar narodu Amerykanskiego dla Narodu Polskiego. Nie dla handlu lub wymiany”. To tam do kasyna szla ta pomoc bo my zadnej pomocy nigdy nie widzielismy na oczy. Kochalem ten WuDeK gdzie sie chodzilo do kina i te warsztaciki od rowerow na Grotgera gdzie chodzilo sie ratowac wiecznie niesprawne i porozbijane rowery i warsztat za rogiem na Grunwaldziej gdzie naprawial radia pan Zaborski i zaklady szklarskie Kleczkow z kawalkami lusterek w odpadkach.
    No nie moge. Pisal bym tak i wspominal i serce sie kraje ze to nigdy juz nie wroci.
    Kto nie mieszkal w tym miescie to nie wie co to byc i zyc posrod jego murow i mieszkancow.
    Tego ze mieszka ktos w obecnym Rzeszowie nie mozna okreslic „zyciem w miescie”.
    Dzisiejsze miasto to tylko miejsce tymczasowego pobytu.

  10. ROMAN

    do ” spowiednika” – tęsknota to uczucie braku czegoś lub kogoś istotnego dla danej osoby .
    Oczywiście że wybrali taki los bo właśnie tęsknili za czym\ś normalnym – za odpowiednim standardem- za tym że jak pracujesz to cię stać – może mieli dość tego całego dziadostwa i burdelu co trwa od 1945 roku – i dlatego zmielili klimat na normalny – a teraz tęsknią za tym co było – pies też tęskni za Panem jak wyjedzie czy jak odejdzie i jest sam- wygląda że jesteś cienki „Bolek ” i wielu spraw nie rozumiesz- życie Cię zweryfikuje.

  11. spowiednik

    za czym oni tęsknią ? sami wybrali dla siebie taki los i nikt im nie kazał emigrować , to po jakiego grzyba teraz mówią że tęsknią .Pieprzeni patrioci.

  12. l

    Tusk nieźle rządzi jeszcze parę lat i wszyscy wyjadą.Zostanie sam z synusiem i córeczką.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2013 Wszystkie prawa zastrzeżone.